Emigrant, człowiek nietutejszy

Słowo emigrant może kojarzyć się z zamkniętymi drzwiami. Zatrzaśniętymi na długo, czasem na resztę życia. Na szczęście to smutne, niekiedy tragicznie brzmiące słowo, zniknęło ze słowników. W każdym razie polskich słowników. Emigrant dziś, to już nie emigrant, a Polak mieszkający pod innym adresem.

Wydawałoby się, że relacje Polaków z miejscowym społeczeństwem, w naszym przypadku ze Szwedami, winny być naturalne i swobodne, i po części takie są. Oba narody mają europejski adres, kulturę wybudowaną na chrześcijańskich tradycjach, oddziela je tylko ca. siedemset kilometrowe pasmo Bałtyku.

A jednak nie. Może się mylę, może przykładam ucho nie tam gdzie należy, ale można wyczuć jakąś nużącą półświadomą bolesność, jakiś wstydliwy sekret stanowiący przeszkodę w nawiązywaniu sąsiedzkich relacji ze Szwedami.

Polacy rzadko nawiązują prywatne kontakty i bardzo rzadko bywają w szwedzkich domach. Jakiś niewidzialny próg uniemożliwia otwarcie tych drzwi. Tu warto dodać istotną uwagę: To nie ostracyzm, nikt nie bojkotuje Polaków. Na bojkot pracuje głównie sam bojkotowany!

Prawdopodobnie sporą rolę odgrywa niebycie u siebie. To jakiś rodzaj inwalidztwa, a co najmniej przewlekłej choroby. Coś jakby wleczenie za sobą chorej nogi innej przeszłości.

Pamiętam odległe już na szczęście czasy, kiedy niektórzy Polacy – najczęściej Żydzi wypędzani z Polski przez reżim Gomułki – przestawali mówić po polsku. To były skrajne przypadki i można było ich zrozumieć. Była to najczęściej młodzieńcza porywczość i wcześniej czy później wracali do języka polskiego. Nie można posługiwać się w nieskończoność językowa atrapą.

Nie próbowałem nawet poszukiwać jakiejś ponadnarodowej „racji” czy „sprawiedliwości”, było mi tylko przykro.

Równie przykrą, choć o innej zupełnie substancji obserwacją, była postawa niektórych postaci z tak zwanej starej emigracji. W większości tkwili oni, i tkwią, w swoich klubach, związkach, stowarzyszeniach, oddając się z niezrozumiałą pasją nierzadko groteskowym emocjom, niechęciom, nostalgiom, utopiom, mitom. Znajdują – dla mnie to niepojętą – przyjemność, w hołubieniu swoich wydumanych, nieprzylegających do rzeczywistości, za to „jedynie słusznych” wizji polskości.

Myślę, że wiodąc taki rodzaj życia krzywdzą po pierwsze sami siebie, bowiem człowieka określa jego miejsce w społeczeństwie. Wychodzą z tego, przecież słusznego założenia, ich już nie ma, nie istnieją. Cóż pozostało owym nieszczęsnym cieniom przeszłości? Spędzenie reszty życia przy stolikach sfrustrowanych anarchistów niestety.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar