Nie tylko Molenbeek

Myśląc o eksplozjach na osiedlach, wojnie gangów, o „patrolach śmierci”, rozbojach młodocianych, zabijaniu świadków i o tym, dlaczego występek związany jest z określonymi miejscami, nie od rzeczy byłoby spojrzeć na wydarzenia w Szwecji w kontekście doświadczeń europejskich.

Po zamachach terrorystycznych w Brukseli 22 marca 2016 roku, głośno było o Molenbeek  i Anderlecht, cudzoziemskich dzielnicach stolicy Belgii. Są to od dziesiątków lat znane wylęgarnie pospolitej przestępczości. Niektórzy komentatorzy uważają, że na podstawie niepisanej umowy z policją, za cenę spokoju w innych częściach miasta, nie były przez nią przesadnie nagabywane. W ostatnich latach stały się rezydencjami terrorystów islamskich (również sprawców zamachów z Paryża w 2015). Podczas stanu wyjątkowego, jaki wprowadzono w Brukseli po zamachach w Paryżu, zdołano przechwycić setki kilogramów broni, a w marcu 2016 złapać koordynatora paryskich zamachów. W parę dni po jego schwytaniu przeprowadzono w Brukseli krwawe zamachy.

Molenbeek, to spokojna dzielnica, gdzie życie toczy się powoli. To wersja oficjalna. Molenbeek to siedlisko terroru i dżihadu. Fakty potwierdzają to drugie. Do niedawna kojarzona z biedą, radykałami, ale i osiedlającymi się tu snobistycznymi artystami. Bezpiecznie mieszkali tu też sprawcy największych zamachów terrorystycznych w Europie. Z jednej strony, około 40 procent mieszkańców to populacja muzułmańska, z drugiej, ulubione miejsce hipsterów. A wszystko to zaledwie kilka przystanków metrem od rynku, czyli Grand Place. Jednak urzędnicy, którzy na co dzień pracują nad systemem kwot imigranckich, wolą się tutaj nie zapuszczać. Temat lepiej znać z akademickich teorii.

Stawianie prostych diagnoz jest zwodnicze, podobnie jak układanie cudzoziemskich osiedli pod jeden strychulec. Poza tym, spektakularny obraz dzielnic będących wylęgarniami terrorystów islamskich zaciemnia obraz „zwyczajnego” bandytyzmu nie powiązanego z islamizmem. To, co wspólne, to świetne środowisko hodowlane dla przestępczości  w dzielnicach nazywanych niepoprawnie „gettami cudzoziemskimi”.

Dlaczego niepoprawnie? Owe dzielnice występku nie są bowiem klasycznymi gettami. Ani na Kontynencie, ani w Szwecji. Te są bowiem kulturowo jednorodne, etnicznie homogeniczne z własnym wewnętrznym systemem hierarchii i kontroli. Tymczasem dzisiejsze cudzoziemskie dzielnice wielkich miast to tygle etniczne, zbiorniki wszystkiego, co chce się mieć poza granicami „normalnego, zdrowego społeczeństwa”. Jedyne co łączy różne kręgi kulturowe i grupy etniczne skupione w obrębie tych dzielnic to to, co je dzieli od pozostałych, za niewidocznym murem tak zwanego „getta”. Mimo to, przekonania o mieszkańcach tych dzielnic żywione są ujednolicającymi je uprzedzeniami. Karmione są  bowiem niechęcią i obawami, a te nie sprzyjają subtelności osądu. Najprościej o przekonanie, że wszyscy „tam” mają coś za uszami, a licho w „tych” dzielnicach nigdy nie śpi. Egzotyczna różnobarwność skąpana jest w ciemnych sprawkach, które rzadko wychodzą na jaw.

Tak się przedstawia odwrotna strona medalu oficjalnie i nachalnie lansowanej „poprawności politycznej”, która u wielu, wbrew intencjom władz, rodzi totalną podejrzliwość wobec cudzoziemców. Skoro wiadomo dziś, że politycy i media ukrywają fakty mogące pobudzić do postaw rasistowskich, bandyckich i terrorystycznych, to i podejrzenia rosną, a brak zaufania do rządzących jest coraz silniejszy (vide słynny przypadek skrywania przez policję napadów na niewiasty w noc sylwestrową w Kolonii, czy podczas festiwalu młodzieżowego w Sztokholmie, tylko po to żeby ukryć prawdę, że to sprawki grup młodzian przybyłych z dzielnic cudzoziemskich). W wielu krajach ukrywa się raporty mówiące o ilości przestępstw w podziale na grupy etniczne, w obawie przed zarzutem „stygmatyzacji” narodowej, na czym ucierpieli by niewinni.

Obraz cudzoziemskiej dzielnicy, w oczach niechętnych jej obserwatorów, jest prosty i zwarty. Mężczyźni snują się bez celu, młodzieńcy wywodzący się głównie z rodzin, gdzie tylko matka zajmuje się dziećmi (jeśli się zajmuje), szukają szybkiego uznania. Ojcowie, po tym jak się pojawili w roli honorowych dawców spermy, skrewili, w ich miejsce pojawili się kolejni donatorzy, też będący klientami „socjalu”. Młodzi mężczyźni dorastający w takich miejscach widzą, że sukces możliwy jest tylko poprzez występek. A ten popłaca. Bo za występkiem stoi wpływowy choć nielegalny biznes o rozgałęzionych mackach, oferujący nawet najmniejszym w hierarchii lepsze uposażenia niż legalna praca. Kobiety zaś siedzą w domach, przy telewizyjnych serialach, podążających przez setki odcinków, przy żurnalach i  kosmetykach, z niewielką kontrolą nad swymi pociechami, braćmi, chłopakami. Mężczyźni zapewniają byt matkom, siostrom, swoim dziewczynom, przynoszą dobra i błyskotki, dysponują money, zdobywając środki do życia dealerstwem, paserstwem, zleceniami zabójstw, napadami, kradzieżami, nielegalną ochroną rewirów gangsterskich. Coraz częściej w rabunkach i dystrybucji narkotyków wykorzystywane są dzieci, jako że,  ze względu na swój młody wiek, w sensie sądowym są bezkarne. Szkoły i urzędy socjalne nie dają sobie rady, zatem komfort życia przestępczego jest spory.

Oczywiście ci, którzy bezpośrednio związani są z bandytyzmem ulicznym, to tylko szeregowi pracownicy gangsterskiego interesu. Nie dla nich śmietana prowadzenia biznesu legalnego, dzięki wypraniu po drodze trefnych pieniędzy. Ci szeregowcy, to swoiści uliczni partyzanci, na których żerują ich zleceniodawcy, zmuszający ich do przestępstw. Częste „strzelanki” to muzyka tych dzielnic i to nawet w statecznych miastach (w Szwecji prym wiodą Malmö, Göteborg i Stockholm).

Można na zjawisko bandytyzmu spojrzeć i z innej strony. W Sztokholmie zauważono, że najwięcej zabójstw na ulicach dzieje się w kotle dzielnic emigranckich zwanym Järvafältet. Są dziełem młodocianych sprawców. Usłyszałem kiedyś w publicznej telewizji ciekawy komentarz policji szwedzkiej. Otóż sprawcy tam strzelają chętniej niż gdzie indziej, jako że czyny ich są żywiołowe, spontaniczne, nie są zaś wynikiem porachunków kontrolowanych przez hierarchię gangów, jak w innych miastach. Idąc za tym tokiem rozumowania, można by odwołać się do ulubionych tez ze znanych filmów gangsterskich. Otóż najlepszy porządek jest w miastach całkowicie kontrolowanych przez gangi, bo są dobrze zorganizowane, mają sprawną kontrolę nad własnymi poczynaniami, zaś konkurujące bandy zgadzają się na podział wpływów. Stąd i porachunki między gangami są względnie rzadkie, a policja, władze, wiedzą co jest grane… i w to im graj.

Politycy wszystkich opcji i maści nie znajdują skutecznych rozwiązań. Zmory wielkiego miasta mają się więc znakomicie. Tylko wyjątkowo restrykcyjne środki, czasem przynoszą doraźny skutek. Tak było w Nowym Jorku, kiedy policja na pewien czas otrzymała uprawnienia przeszukiwania podejrzanych osobników na ulicach. Ilość morderstw w krótkim czasie spadła wielokrotnie. Uprawnienia wyjątkowe policji wkrótce odebrano, pod zarzutem działań niekonstytucyjnych i stygmatyzujących społeczność afro-amerykanów, jako że przeszukania stosowano głównie wobec czarnoskórych przechodniów.

Proste stygmatyzacje „cudzoziemskich dzielnic występku” mają dużą moc rażenia, tym bardziej że zarządzana przez elity polityczne ideologia multi-kulti nie pozwalała (i wciąż narzuca ograniczenia) na otwartą obywatelską debatę i jawne wyrażanie obaw. To z kolei, napędza klienteli wyborczej partiom z gruntu ksenofobicznym. Pod pokrywką propagandy wielokulturowości narastają realne problemy i realne złości. Dziś są na tyle nabrzmiałe, że nawet już nie cenzuruje się poglądów wyrażających pewność, że nikt nie zna środków zaradczych. Coraz trudniej o społeczną akceptację na drogie choć interesujące projekty integracyjne, skoro auta w złych dzielnicach płoną niemal co noc, karetki pogotowia, wozy strażackie i policyjne są atakowane, strzały padają do okien mieszkań w blokach, jak i wnętrz osiedlowych pubów i pizzerii. W przestępczej akcji obserwuje się coraz młodsze dzieci. Nieletni ranią, a nawet zabijają, innych nieletnich. Kłopot jest nie tylko ze złoczyńcami będącymi na pasku organizacji przestępczych. W złych dzielnicach uczniowie atakują nauczycieli, młodociani przechodniów, złodziejskie napady są rozplenione, a handel i zażywanie narkotyków niemal nie skrywane. I ponoć nic się nie da zrobić. Albo niewiele. W 2018 roku zgłoszono na policję szwedzką 9000 przestępstw dokonanych przez młodzież poniżej 15 roku życia. A ile przypadków jest niezgłoszonych? Można tylko podejrzewać, skoro wiadomo, że bliscy ofiary, jeśli zdobędą się na składanie zeznań, ryzykują życiem i nikt ich nie obroni.

Występny mrok wieloetnicznych dzielnic okrążają pierścienie złych emocji, nasycone brunatniejącymi tonami w coraz bardziej wściekłej na otwartość kulturową Europie. Narasta nienawiść, trawione są ogniem kolejne ośrodki dla imigrantów. Na dotychczasową ignorancję i arogancję polityków, chowanie głowy w piasek przez establishment, nałoży się wkrótce ludowa agresja, podrasowana zachętami ze strony nowego typu przywódców politycznych. Również w Szwecji.

Pytanie, co się stanie, kiedy wśród rezydentów „złych  dzielnic” znajdą się autorzy kolejnych ataków terrorystycznych? Będzie to potężny bodziec dla radykalnych ksenofobów, którzy wierzą, że tylko ostra rozprawa z „obcymi” w społeczeństwie przywróci porządek. Będą mieli słuszność wypisaną na sztandarach i będą straszni.

Pewnego ranka zatem, obudzimy się w innej Europie. Która zrezygnowała z demokracji i swobód obywatelskich w imię powszechnej ochrony i totalnie potraktowanego bezpieczeństwa mieszkańców. I nie będzie to już budziło zdziwienia, wręcz spotka się ze zrozumieniem. Obudzimy się w Europie, która ideę wolności i solidarności wymieniła na słuszność i ochronę, i to przy powszechnym aplauzie. A my, pojękujący na co dzień o wolności i godności osoby ludzkiej, niczego praktycznie użytecznego nie będziemy umieli przeciwstawić.

Zygmunt Barczyk

 

Lämna ett svar