Robinson Crusoe

Siedząc kiedyś w wagonie sztokholmskiego metra podsłuchiwałem – bez szansy na „niesłyszenie”, siedziały naprzeciw mnie – rozmowę dwóch pań. Mówiły o niczym, typowe wybijanie czasu: – Ach, być w końcu poza tym wszystkim! Znaleźć się na bezludnej wyspie i nie mieć do czynienia z tą koszmarną codziennością! I tak dalej i tym podobnie.

A mnie „bezludna wyspa” skojarzyła się jak należy, z Robinsonem Crusoe. Bezludna wyspa i samotny rozbitek. Jeden z pierwszych dziecięco-młodzieńczych światów, który mi Mama wyczarowała pod choinką w postaci książki „Przygody Robinsona Crusoe”, pióra pana Defoe. Zapałka rzucona na stos chłopięcej wyobraźni. Wyspa Przygoda. Wyspa Szczęśliwa. Wyspa Utopia. Kawałek niezamieszkałego lądu wykrojony z oceanu, mój kawałek!

Młodzieńczej wyobraźni w niczym nie przeszkadzało, że po dziesiątkach lat spędzonych na wyspie Robinson Crusoe nie zestarzał się ani o dzień. Przeciwnie, odmłodniał! Oderwany od świata człowieka odrzucił czas i został nugatem, bryłką szlachetnego kruszcu Wyspy Szczęśliwej.

Jakże mu zazdrościłem! Z głębi duszy wołałem: To ja, mocarz! Patrzcie, jaki jestem silny i piękny! Oto ja samotny władca! Chodziłem gdyńską ulicą Świętojańską i prężyłem pierś w przekonaniu, że wszyscy przechodnie mają świadomość, kogo mijają!

Co zrobił nam Defoe powołując do życia Robinsona Crusoe? Wiele zrobił. Chociażby to, że odkurzył cnoty i przefiltrował złogi cywilizacyjnych brudów. Wskazał, że zło jest z poza, nie jest częścią dobrego z natury człowieka. Los, rzucając go na bezludną wyspę, umożliwił Robinsonowi ucieczkę w głąb siebie. Mówiąc językiem współczesnej etyki – Ucieczkę od mechanizmów międzyludzkich wytwarzających zło.

Robinson Crusoe, pokładowy marynarz oceanicznego żaglowca ocalony mocą bogów przed wszechpanującym złem. Bogowie wyrzucając na plażę okazują mu łaskawość i pozwalają urodzić się na nowo.

Aby przeżyć Robinson otrzymuje pomoc w postaci przedmiotów z rozbitego statku. Defoe pozwala mu znaleźć w skrzyni garstkę zboża, które ten nad wyraz lekkomyślnie wyrzuca. Ale bogowie czuwają, gdyż wyrzuca ziarenka w miejsce, gdzie mogą wyrosnąć. Co dalej wie każde dziecko: zboże, mąka, chleb!

To nie wszystko, bowiem Robinson znajduje na dnie skrzyni Biblię i tą drogą otrzymuje wskazówkę, że może uczestniczyć w cudzie dobra. Dostaje możliwość zorganizowania nowej przestrzeni, świata bez zła, klinicznie czystej bożej dobroci.

Defoe wysyła komunikat, że człowiek ma wrodzoną umiejętność rozróżniania dobra od zła i – co ważne, jest z natury religijny. Zerwij ze skażoną złem cywilizacją, a uwolnisz w sobie dobro! Spróbuj, to nadzwyczaj łatwe, wszak jesteś dzieckiem dobra a wiadomo, że dobro przezwycięża zło!

Nieźle, nieźle, tylko, że… Jak to w życiu (i w książkach) często bywa, na scenę wkracza adwokat diabła. Czyżby Defoe przemycał ukradkiem krytykę tradycyjnego chrześcijańskiego obrazu świata? Może w zakamuflowany sposób sugeruje, że w doskonaleniu jednostki najlepsze wyniki osiąga się uczestnicząc w zbiorowej modlitwie, pod dobrotliwym błogosławieństwem kapłana?

Może powołując do życia Robinsona Defoe, (który odradza się na moralnie dziewiczym pustkowiu i zamiast zdziczeć i wpaść w tępotę szlachetnieje), dmie w religijne surmy? Przekonuje, że szczyty chwały dostępne są zdecydowanym na wszystko eremitom, szlachetnym samotnikom ozdabianym w nagrodę aureolą świętego?

Wygląda na to, że Defoe pozornie trzyma się tej linii. Jego Robinson Crusoe nie jest ani dobry ani zły. Jest jak każdy, jest zwykłym facetem, który w sytuacji nadzwyczajnej dba po pierwsze o własną skórę.

Uratowany Robinson płynie okrętem, który otaczają indiańskie czółna i cała załoga kryje się pod pokładem, w obawie przed zatrutymi strzałami dzikusów.

Co robi Robinson? Wysyła na pokład Piętaszka, aby im zagroził, że jeżeli natychmiast nie odstąpią, zostaną porażeni piorunami. Co robią Indianie? Zabijają biednego Piętaszka przeszywając go rojem strzał. Co robi Robinson? Nic nie robi! Przechodzi nad śmiercią Piętaszka do porządku dziennego, nie roni ani jednej łezki nad jego zwłokami!

Osiemnastowieczna literatura dała nam w osobie Piętaszka, być może pierwszy obraz niezdeprawowanego cywilizacją dzikusa, dziecko przyrody znajdujące się w stadium jeszcze nie bardzo ludzkim, ale dobrze rokującym. Defoe pokazał istotę prymitywną i naiwną, ale na wskroś dobrą.

A co z samym Defoe? Nic, czego by współczesność nie znała. Ścigany przez wierzycieli sprzedał znane mu tajemnice prasowe swoich kolegów, politycznym partiom. Zdemaskowany nie miał wyjścia, więc uciekł na bezludną wyspę, która przyniosła mu chwałę i sporo pieniędzy. Amen.

Czy akurat tą wyspę miała na myśli pani z metra nie udało mi się podsłuchać, bo wysiadła.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar