Śmiechu warte

Trudno o humor w czasie pandemii. Ale można aktywnie go poszukać albo uciec pamięcią do tego co nas kiedyś bawiło. Najprostszym sposobem na natychmiastową, ale krótkotrwałą  poprawę humoru, są dowcipy. Wprawdzie konserwują one opinie o naszych przywarach i dużo w nich sprośności, ale jeśli potrafią rozweselić warto spróbować tej metody.

W Internecie pod hasłem humor można znaleźć dowcipy na każdy temat: o blondynkach i Masztalskim, o bacy i niegrzecznym Jasiu czy z cyklu „przyszła baba do doktora”. Zaczynam aktualnym dowcipem:

Śmierć w maseczce dezynfekuje kosę i wyjaśnia: „Tak straszą tym wirusem, że i ja się przelękłam”.

A teraz seria wybranych żartów:

Rozmawiają dwaj koledzy z pracy: – Dlaczego szef jest na Ciebie zły od tygodnia? – Tydzień temu była impreza zakładowa i szef wzniósł toast: Niech żyją pracownicy!, a ja zapytałem: Tak? A z czego?

Somalijski imigrant przybył do Berlina. Zatrzymuje napotkanego człowieka i mówi: – Dziękuję wam. Niemcy dali mi mieszkanie, pieniądze na jedzenie, bezpłatną służbę zdrowia, wykształcenie i żadnych podatków. Dzięki. Przechodzień odpowiada: – To jakaś pomyłka, jestem Turek. Somalijczyk łapie drugiego przechodnia i mówi: – Dziękuję za to, że Niemcy są tacy gościnni! – Odwal się chamie, ja z Polski, ja nie Niemiec. Somalijczyk zatrzymuje jakąś kobietę, i pyta: – Pani jest może Niemką? – Nie, jestem z Syrii. – Gdzie się podziali Niemcy? Ta spogląda na zegarek i odpowiada: – Oni teraz pracują.

Przychodzi dwóch mężczyzn obok Sejmu i słyszą jak krzyczą wszyscy: Sto Lat! Sto lat. Jeden do drugiego: – Ktoś tam ma chyba urodziny. – Nie. Wiek emerytalny ustalają.

Rozmawiają dwaj starsi panowie z brzuszkami:
– Podobno codziennie intensywnie uprawiasz gimnastykę?
– To prawda.
– A możesz już dotknąć swoją prawą ręką lewą nogę?
– Jeszcze nie, ale już zaczynam ją widzieć.

Na budowie: „Panie majstrze, łopata mi się złamała.” „Olewaj łopatę, oprzyj się o betoniarkę.”, „Panie majstrze, która godzina?” „Nie wiem, ale już też bym się napił.”

– Tatusiu, czy ty wiesz, że mama jest lepszym kierowcą od ciebie? – Chyba żartujesz!? – Uwierz mi. Sam mówiłeś, że przy zaciągniętym hamulcu ręcznym samochód nie ruszy, a mama wczoraj przejechała prawie 15 kilometrów!

Pomyślałem, żeby się ożenić. – No i co? – No i nic. Myślałem, myślałem i mi przeszło.

Rozmawia dwóch kolegów: – Żonę w domu trzeba trzymać krótko. – Święta racja, góra dwa, trzy lata.

– Gdzie byłeś całą noc? – pyta żona. – Na rybach. – Złapałeś coś? – Mam nadzieję, że nie – wzdrygnął się mąż.

Lepiej się nie odzywać i wydawać się głupim, niż się odezwać i rozwiać wszelkie wątpliwości.

Nieco sprośności: Żona budzi Masztalskiego w nocy i mówi „Chłopa potrzebuję”. A mąż na to: „Gdzie ja ci babo znajdę chłopa o drugiej w nocy?”.

Czytelnicy z mojej generacji pamiętają pewnie tygodnik „Przekrój”. Czytanie rozpoczynało się od ostatniej strony. Tam Ludwik Jerzy Kern publikował swoje humorystyczno-satyryczne wiersze, Zbigniew Lengren bawił nas rysunkowymi tarapatami sympatycznego profesora Filutka i psa Fafika, a humor z zeszytów szkolnych rozśmieszał do łez. Oto kilka perełek:

Skrzetuski zobaczył jak szli: nagi dziad z wyrostkiem na przedzie.              

Za ścianą dał się słyszeć tupot kopyt i po chwili do karczmy wpadła Danusia z księżną Mazowiecką.

Ania uśmiechnęła się pod wąsem.

Bandyci wpadli do sklepu i wymordowali samoobsługę.

Robinson z Piętaszkiem wkrótce zaludnili bezludną  wyspę.

Szwedzki dziennik Dagens Nyheter posiada własną humorystyczną stronę o dziwnej nazwie Namn och Nytt (Imiona i nowiny). Publikowane są tam nadesłane przez czytelników zabawne anegdotki i powiedzonka, których humor polega często na nieprzetłumaczalnej grze słów. Polecam tę lekturę zamiast jeszcze jednego doniesienia o spustoszeniu jakie sieje zaraza.

Kabarety najlepiej prosperują za panowania dyktatury, ale takiej, która zezwala na umiarkowaną krytykę, gdzie kabaret pełni rolę wentyla bezpieczeństwa. Kabaret „Pod Egidą” przyjechał do Sztokholmu na gościnne występy w końcu lat 70-tych. Jan Pietrzak, Wojciech Pszoniak i Piotr Fronczewski stanowili niezrównane trio. Ich humor, często wisielczy i satyra polityczną wymierzona w ówczesny ustrój PRL, budziły niepohamowaną wesołość. Następnego dnia bolały mnie policzki od śmiechu. Przy każdej nadarzającej się okazji chadzałam potem na występy Pietrzaka i za każdym razem rozśmieszał mnie do łez. Dopóki nie zaczął, niby żartem, ale chyba na serio, lansować się jako potencjalny kandydat na prezydenta. „Może nie będzie lepiej, ale będzie weselej” – mawiał. Było to żenujące. A na ostatnim występie, jaki mi przyszło obejrzeć, powtarzał swe stare, odgrzewane dowcipy mimo całkowitej zmiany realiów. Wtedy nie potrzebne były już kabarety, aby przemycać krytykę, można to było robić wprost. Artysta powinien wiedzieć, kiedy należy opuścić scenę. Ale wdzięczna jestem Pietrzakowi za pieśń „Żeby Polska była polską”, ten nieoficjalny hymn z okresu Solidarności.

Literatura nie obfituje w pozycje o czysto humorystycznym charakterze. Jedyna książka tego rodzaju, jaka przychodzi mi na myśl, to „Trzech panów w jednej łódce” brytyjskiego autora Jerome K. Jerome. Angielski humor jest specyficzny, często sytuacyjny, nigdy wulgarny nierzadko z dozą autoironii. Kiedy powracam do tej książki, czytając śmieję się na głos. Trudno ją streścić w paru słowach. Pozwolę sobie tylko przytoczyć rozumowanie głównego bohatera posądzonego o lenistwo. Twierdzi, że wprost przeciwnie, praca go fascynuje, może godzinami, bez znurzenia przyglądać się ciężko pracującym osobom. Dzieli się również spostrzeżeniem, że według encyklopedii lekarskiej cierpi na wszystkie wymienione tam choroby i to w najcięższej formie łącznie z komplikacjami. Poza jednym wyjątkiem, puchliną kolan, na którą chorują służące szorujące na klęczkach podłogę.

Łatwiej znaleźć krótkie zabawne formy literackie, na przykład wiersze Boya Żeleńskiego. Potrafił kpić nawet ze swego smutku: „Smutek w moim sercu mieszka i tak gryzie mnie jak weszka.” W kuplecie o Esiku spędzającym lato w Ostendzie, pisze: „Uroczy pobyt / Tłum pięknych kobit/ W koło dobrobyt/ Wszystko aż lśni,/ Rozkosz przenika/ ciało Esika/ Nóżkami fika/ ze szczęścia drży.” Trudno się nie roześmiać. Sprośne fraszki Sztaudyngera też bawią: „Nie da ci ojciec, nie da ci matka tego co może dać ci sąsiadka” , „Myjcie się dziewczyny, nie znacie dnia ani godziny”, czy „Kiedy niewiastę w swoje łoże złoże to wiem na pewno, że nie cudzołożę.”

Dobre komedie filmowe zdarzają się nieczęsto. Wprawdzie przedwojenni komicy, bracia Marx czy Chaplin śmieszą do dziś, ale jest to dowcip z myszką. Pierwsza współczesna komedia jaka przychodzi mi na myśl, to „Pół żartem a pół serio”, gdzie dwaj bohaterowie udają kobiety, aby zmylić prześladowców. Obawiam się, że obecnie taki film by nie powstał. Twórców posądzono by o brak respektu dla niekonwencjonalnych orientacji seksualnych. Był jeszcze Fernandel o końskiej twarzy i gołębim sercem, bohater wielu francuskich komedii i szwedzki komik, Nils Poppe, który jako szeregowiec Bom doprowadzał dowództwo do białej gorączki swym przesadnym poczuciem obowiązku. Obecnie prym wśród komików wiedzie Rowan Atkinson alias Mr. Bean czyli Jaś Fasola. W tej roli prawie nie mówi, gra głównie ciałem i mimiką. Dobrotliwy, niesforny i pomysłowy Mr. Bean bawi już samym wyglądem. Grał główne role w kilku długometrażowych filmach, ale tam nie jest aż tak dobry, jak w skeczach. Filmy mają fabułę, trudno być bohaterem nie mówiąc ani słowa. Komedia filmowa, która śmieszy przez cały czas przeradza się w farsę. Pewne skecze utkwiły mi w pamięci. Na przykład ten, kiedy Mr. Bean leci samolotem, dla wygody zdejmuje buty i natychmiast wypadają maski tlenowe, a on rozgląda się wokoło nie rozumiejąc przyczyny. Innym razem Mr. Bean zakłada kąpielówki na opustoszałej plaży z pojedynczym plażowiczem w polu widzenia. Nie jest to łatwe nie zdejmując spodni, aby nie odsłonić czegoś wstydliwego. W końcu, po ekwilibrystycznym pokazie udaje mu się przebrać. Wtedy samotny plażowicz unosi się, ujmuje białą laskę niewidomego i odchodzi.

Seriale telewizyjne: Fawlty Towers (Pang i bygget) i Keeping up appearences (Skenet bedrar) to humor angielski w najlepszym wydaniu. Anglicy świadomi są swego poczucia humoru, ale odmawiają go Niemcom. Twierdzą, że książka „Humor niemiecki” jest najcieńszą publikacją świata. Niemcy rewanżują się stwierdzeniem, że książka „Wielcy brytyjscy kochankowie” byłaby jeszcze cieńsza. Bohaterem pierwszego ze wspomnianych seriali jest Basil, neurotyczny właściciel hotelu. Kiedy Basil osiągając szczyty komizmu przestrzega personel, aby nie wspominał wojny goszczącym w hotelu Niemcach, sam się w końcu przejęzycza, przypomina, że rozpoczęli drugą wojnę światową, doprowadza ich do nerwowego załamania i aby rozweselić maszeruje wojskowym krokiem trzymając ciemny grzebyk pod nosem. Serię krytykowano serię za etniczną dyskryminację Manuela, hiszpańskiego kelnera, słabo znającego angielski i nie rozumiejącego poleceń. Basil karcił kelnera tłumacząc, że Manuel jest z Barcelony. Kiedy serial szedł w Hiszpanii z Manuela zrobiono Portugalczyka.

Bohaterką drugiego serialu jest snobka, Hiacynta Bucket, wymawiająca nazwisko z francuska  Bouquet , czująca się najlepiej w towarzystwie osób wysokiej rangi, arystokracji czy lokalnych celebrytów. Jej rodzina, do której nie zawsze się przyznaje, mieszka w zaniedbanej proletariackiej dzielnicy. Serial to fascynująca galeria rozmaitych typów ludzkich. Jest mąż będąc pod pantoflem żony, twierdzi że małżeństwo przypomina wojsko, należy słuchać dowództwa, a posiłki będą podawane regularnie. Są także siostry, jedna kochliwa, druga nieporządna, ale zadowolona z życia w zaniedbanym domostwie, potrafiąca tą samą ścierką wycierać wyszczerbiony kubek i pucować buty, leniwy szwagier w wełnianej kamizelce na gołym ciele, spędzający czas na oglądaniu telewizji i piciu piwa, para sąsiadów, rodzeństwo, terroryzowane stałymi zaprosinami, podczas których zestresowana siostra za każdym razem rozlewa kawę. Bohaterowie serialu, mimo swych przywar i wad, budzą u widza sympatię.

Kiedy światowej sławy badaczka szympansów Jane Goodall miała odczyt w Sztokholmie zadałam jej pytanie, czy posiadają one poczucie humoru. Oto co mi odpowiedziała: Próbowano komunikować się z oswojonym szympansem przy pomocy obrazków, bo jak wiadomo nie są one zdolne do powtarzania dźwięków naszej mowy. Pokazano szympansowi czarą szmatkę i oczekiwano, że odpowie czarnym obrazkiem. A tu nie. On pokazał czerwony i pomimo reprymendy upierał się przy swoim. Po czym wskazał na czerwoną nitkę, która zaplątała się w szmatce. I wyszczerzył zęby w szympansim uśmiechu. Dobrze, że w procesie ewolucji zachowaliśmy poczucie humoru, przynajmniej niektórzy z nas.

Teresa Urban

Lämna ett svar