…póki my żyjemy

Mam po dziurki w nosie polskich skażeń, uwarunkowań, chorej historycznej wyobraźni, cierpiętnictwa, skłonności do oskarżeń, czepiania się ludzi, obrażania o byle co, orzekających o wszystkim durniów z profesorskimi tytułami. Mam gdzieś polski romantyzm podparty liczbą czterdzieści cztery, matką Polką, konfabulacją Polska Chrystusem Narodów, pustosłowiem Bóg-Honor-Ojczyzna, mitem o najdzielniejszym na świecie polskim żołnierzu. Jestem śmiertelnie zmęczony dzisiejszą Polską.

Sięgając do historii najbliższej powiem, że potrafię zrozumieć, dlaczego część polskiej powojennej młodzieży otwarła ramiona Marksowi i tandemowi Lenin/Stalin. Pragnęli wydobyć się z udawania, z trochę operetkowego partykularyzmu, chcieli zostać ludźmi służącymi sprawiedliwości społecznej.

Nie mieli niestety orientacji (skąd mieliby ją wziąć?), że ten system nie miał nic wspólnego ze szlachetnością, z troską o człowieka i obywatela, że jedno, co potrafił, to pogrążać polski naród w smrodzie. Ale to nie zmienia faktu, że przez chwilę – niektórzy nawet długo, czuli się spełnieni i szczęśliwi.

W większym jeszcze zakresie pogrążyli się w tym amoku młodzi Żydzi. Kończyli z polskością, kończyli z podporządkowaniem rodzicom, religii i zostawali komunistycznymi internacjonałami. Żydowska młodzież, oczarowana hasłami ponadklasowego marksizmu, rezygnowała ze swego żydostwa.

Marksizm (później leninizm) był swoistą religią i posługiwał się podobnymi hasłami, co chrześcijaństwo. Chrześcijańska katecheza, zatrzymana na poziomie najprostszym miała służyć masowości, przekonaniu ludu (w on czas ludu Izraela) do Pierwszego Sprawiedliwego, do Jezusa (katecheza oczywiście wówczas nie istniała, ale wiadomo, co mam na myśli). Czego innego pragnęli autorzy skróconego kursu marksizmu? Tego samego, pragnęli prostych haseł. Wszystko w jednej kapsułce, lek omnibus, aspiryna.

Jak można najprościej zrecenzować dzieła Marksa? Marks zaczerpnął z Tory, wykreślając Boga. Co uczynił Jezus? Odrzucił Boga zemsty i kary, zamieniając go w Boga miłości i wybaczenia, co wyłożył w Kazaniu Na Górze.

Wiemy jak los obszedł się z komunizmem. Jesteśmy naocznymi świadkami, jakie kłopoty przeżywa katolicyzm.

Na zakończenie parę słów osobistych, są tu niezbędne. Nie jestem „zdrajcą ojczyzny”, Nie jestem ani -anty ani filosemitą. Daleko mi do bezbożnictwa. Jestem polskim patriotą kochającym swoją polskość miłością synów, świadomych licznych i przykrych wad ojców.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar