Panie Sułku… Cicho, wiem. Wspomnienie o Janie Hernhucie 1946-2020

3 maja, w wieku 74 lat, zmarł mój wieloletni przyjaciel i kolega sceniczny Janek Hernhut. Każde odejście do wieczności bliskich nam ludzi, mimo że jest to moment życia przewidywalny i nieodwracalny, budzi ból i refleksje.

Przypominają się wtedy wiersze, które kojarzą nam się z przemijaniem i z odchodzeniem – Wisławy Szymborskiej ”Kot w pustym mieszkaniu”, ks. Twardowskiego ”Spieszmy się kochać ludzi” czy ”Żal” – bo któż jak nie poeta potrafi, w tak mądry i subtelny sposób, ubrać w słowa to co czują ci, którzy pozostali? Te właśnie wiersze i wiele innych mówiliśmy w ”Zaduszkach” czy ”Impresjach jesiennych”, w których Janek brał udział. Trochę dziwna i niezwykła była jego droga „na scenę”.

Urodził się w kamienicy przy ulicy Brzeskiej 7 na warszawskiej Pradze. Opowiadając o swoim dzieciństwie mówił, z lekko ironicznym uśmiechem, że była to najbardziej ”bandycka” ulica w Warszawie. Położona w centrum tzw. północno-praskiego trójkąta bermudzkiego, czyli najniebezpieczniejszej części tej dzielnicy, była jednym z reliktów dawnej Pragi przełomu XIX i XX wieku. Dzisiaj ta stara Praga stała się Manhatanem Warszawy, do której ściągają artyści z całego miasta, a nawet Polski.

Janek wyrastał jeszcze w atmosferze tej starej Warszawy z jej, trwającymi nadal po wojnie, tradycjami, piosenkami, historiami, ”ferajną” w Restauracji ”Rybacka”, gdzie węglarze i wozacy pili piwo ramię w ramię z chłopakami z podwórka, którzy wpadali tam na oranżadę. Ale podczas gdy jego ”kolesie” zajmowali się jeszcze budowaniem czołgów z kartonów, a potem ich podpalaniem, on – ponieważ wykazywał duże zdolności – został przez rodziców zapisany do szkoły muzycznej. Musiał więc po lekcjach siedzieć w domu i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Ćwiczenia go nie zachwycały, choć muzykę nosił w sobie. Zapisywał więc te własne nutki, swoje pierwsze kompozycje, w małych zeszycikach, z których kilka zachowało się do dzisiaj.

Jan Hernhut i Teresa Tutinas

Czy to na zasadzie antidotum, czy znowu pod dyktando rodziców, którzy uważali, że trzeba mieć jakiś konkretny zawód, jeśli już nie lekarz, czy prawnik to inżynier, wybrał Technikum Budowy Dróg i Mostów. Odskocznią był Fanklub Presleya. Założył go wspólnie ze szkolnymi kolegami. Wtedy powstały pierwsze kompozycje ”na czasie”, oczywiście w stylu Elvisa. Idolów można mieć różnych, ale karierę naukową trzeba mimo wszystko kontynuować. A jaką drogą można pójść z Technikum budowy dróg i mostów? No, chyba tylko na Politechnikę. I tak się też stało. Ale o muzyce nie zapomniał. Otworzyły się zupełnie nowe perspektywy – artystyczny ruch studencki.

Wraz z kolegami założył Kabaret ”Byczo jest”. I jak twierdził, było im naprawdę ”byczo”. Potem był ”Mospan”. Tam właśnie na dobre złapał bakcyla sceny. Były też i nagrody na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. A potem ukochana ”Stodo-ła”, jego (w tym czasie) drugi dom, i przyjaciele Henryk Alber i Janusz Strobel, artystyczne dusze, wtedy jeszcze mało znani, z czasem najlepszy duet gitar klasycznych. Został ich menadżerem. Ale czasy były takie, że żeby móc ich reprezentować, móc organizować koncerty, prowadzić konferansjerkę, trzeba było mieć legitymację Artysty Estradowego,a dzięki temu i wyższe gaże. Musiał więc stanąć przed komisją artystyczną. Egzaminowali go m.in. prof. Bardini  i Kazimierz Rudzki. Zdał celująco. Teraz mógł już organizować koncerty, promować duet, który jednak, na początku swojej kariery, nie przyciągał szerokiej publiczności. Potrzebne były bardziej znane nazwiska, więc w trasach bywali z nimi m. in. Wiesław Gołas, Ela Jodłowska, Magda Umer, Ela Marciniak, Marek Gerczak, Andrzej Rosiewicz i jego bliski przyjaciel, jeden z najlepszych polskich mimów, Marek Gołębiowski.

Po jakimś czasie drogi Duetu się rozeszły. Jego zainteresowanie pracą w estradzie osłabło, a wiek dojrzały skłonił go do podjęcia nowych decyzji. Chciał na poziomie utrzymać rodzinę, założył więc własne przedsiębiorstwo.

– Wtedy przydało się to moje techniczne wykształcenie. Jakoś się to kręciło – opowiadał – gdyby nie domiary, to nawet całkiem dobrze.

Aby poznać nowe technologie odwiedził Szwecję. Zakochał się jej przyrodzie – tych surowych skałach, jeziorach, bujnej przyrodzie, przestrzeni i niebie bez końca. W 1980 roku przyjechał tu ponownie i tu zastał go stan wojenny. Nie mógł powrócić do Polski, został więc najpierw na chwilę, a potem na stałe. Tak zaczęła się jego szczęśliwa emigracja, tym bardziej szczęśliwa, że z umiłowaną żoną Alą i w bliskości ukochanej córki Kasi. Początki były, mimo wszystko trudne, jak każdego emigranta – nauka języka, kurs zawodowy poszerzający wiedzę zdobytą w innym systemie szkolnictwa, dostosowujący do wymaganych w Szwecji przepisów zdobyte w Polsce wykształcenie. Potem staż pracy w Sollentuna Kommun i w jednym z największych szwedzkich przedsiębiorstw budowlanych Skanska, które zaproponowało mu stałą pracę na bardzo dobrych warunkach. Stwierdził jednak, że nie może jej podjąć, bo łączyła się ona z częstymi wyjazdami na budowy położone poza Sztokholmen, a nawet poza granicami Szwecji. A On… On nie chciał opuszczać swojej Ali na tak długie okresy czasu. Podejmował więc inne, mniej intratne prace, w myśl swojej zasady, że trzeba zarabiać, żeby żyć, a nie żyć, żeby zarabiać.

Poszerzało się też grono znajomych Polaków, którzy znaleźli się w takiej samej sytuacji jak on. To właśnie w Sztokholmie poznaliśmy się na przyjęciu u wspólnych znajomych. Było to towarzystwo rozśpiewane. Większość z zaproszonych gości miała nie tylko zdolności muzyczne, ale również jakieś doświadczenie, jakąś przeszłość sceniczną. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałam Janka w znanym monologu ”Sak”, kilku znanych, warszawskich piosenkach i w słynnej ”Modliszce”, którą wykonywał zawsze w duecie z żoną Alą.

– Ma potencjał, pomyślałam wtedy. Zaprosiliśmy go wraz  ze św. p. Markiem Terpiłowskim (zmarł 1 kwietnia tego roku) do Zaduszek poetycko-jazzowych, które, przez kilka lat skupiały polskich muzyków i artystów tu mieszkających. Później były inne występy na różnego rodzaju koncertach, w czasie Benefisów, które organizowałam dla tutejszych artystów i występy w nowo powstałym zespole ”Bagatela”, gdzie nie tylko śpiewał, ale i recytował, przez cały czas jego istnienia.

Na którymś z koncertów charytatywnych zaśpiewał w duecie z Teresą Tutinas piękną piosenkę ”Umiłowanie moje”. Publiczność oszalała. Tej piosenki i tego wykonania nie powstydziłby się niejeden festiwal. Była to jego własna kompozycja do wiersza Kazimierza Wierzyńskiego. Pisząc ją myślał o swoim własnym umiłowaniu, o swojej żonie Ali, Jego wielkiej miłości i muzie.

Okazało się, że komponował od wielu lat. Nie tylko w dzieciństwie kiedy zapisywał nutki w małym zeszyciku, lecz potem, przez wszystkie lata, komponował melodie do wierszy mniej lub bardziej znanych poetów, a ulubieńcem wśród nich był Bolesław Leśmian. Już tutaj, w Szwecji, ”uśpiewnił”, mieszkającemu w Sztokholmie, poecie i pisarzowi Andrzejowi Szmilichowskiemu kilka jego wierszy.

Jan Hernhut z żoną, Alicją.

Kiedyś, będąc w domu Ali i Janka, spytałam mimochodem: – Janeczku, to ile ty tych piosenek napisałeś? – A będzie tego tak około 120.  – No i co? Kto je śpiewa?

– Kilka było wykonywanych w Polsce w czasie mojego ”kabaretowo-estradowego” okresu, kapnęło nawet kilka groszy z ZAIKS’u.

– To ogromny materiał. Przecież można z tego zrobić jakiś wielki koncert!

– Wiesz, próbowałem, rozmawiałem z różnymi kolegami, ale jakoś nikt nie chce się tego podjąć. To duży materiał i każdy ma świadomość ogromu pracy z tym związanej.

– A ty sam? W tym samym momencie pomyślałam, że ”szewc bez butów chodzi” i rzadko się zdarza, że artysta potrafi jednocześnie być scenarzystą, reżyserem, wykonawcą i menadżerem.

Wyszedł do innego pokoju i wrócił z grubą teczką z nutami i zeszytem, gdzie jego ręką skrupulatnie zapisane były wszystkie słowa piosenek. Położył to przede mną i powiedział: – Może ty coś z tego zrobisz?

Żeby mnie zachęcić usiadł do pianina i zagrał mi kilka piosenek, a po chwili kilka kolejnych. Słucha-łam zaskoczona, oczarowana. Jedna ładniejsza od drugiej, melodyjne, łatwo wpadające w ucho. Jaki to nie odkryty skarb, jaki materiał na ciekawy spektakl – pomyślałam.

Podjęłam się tego wyzwania. Zabrałam ze sobą zeszyt z piosenkami i postanowiłam spełnić marzenie Janka. Piosenki były bardzo zróżnicowane tematycznie – poważne i romantyczne, zaangażowane i satyryczne. Janek pisał muzykę do wierszy, które poruszały jego duszę. Niekiedy pisał je sam. Jakie wybrać, jakie pominąć? – Muszę znaleźć jakiś klucz, jakąś myśl przewodnią. Na szczęście Janek dał mi wolną rękę. Nie chciałam robić zwykłego koncertu na zasadzie – konferansjer zapowiada, wykonawca śpiewa, kłania się i wychodzi i tak kolejno. Wtedy przypomniało mi się to piękne wykonanie piosenki ”Umiłowanie moje”! O czym jest najwięcej piosenek? O miłości. Wybrałam więc 20 piosenek, które tematycznie opowiadały historię miłości od poznania przez różne jej fazy, nastroje, niepokoje, rozstania i powroty. Piosenki liryczne, dramatyczne i satyryczne. Były w nich wszystkie odcienie tego najpiękniejszego i zarazem najtrudniejszego ludzkiego uczucia. Każdy ze słuchaczy mógł na pewno znaleźć w nich swoją historię miłości, jeżeli nie całą, to z pewnością jakąś jej część. W ten sposób, ku wielkiej radości Janka,  powstał spektakl zatytułowany właśnie ”Umiłowanie moje” z podtytułem – ”Piosenki Pana Janka”.

Wybór był również pod kontem ilości wykonawców, możliwości duetów, chórów, chórków i innych możliwych układów. Wieloletni przyjaciel Janka, pianista Andrzej Kurpiel, podjął się ogromnej pracy napisania nut w potrzebnych tonacjach i akompaniowania nam. Koledzy z zespołu ”Bagatela” i muzycy zabrali się do roboty, bo materiał był zupełnie nowy. Spektakl odniósł wielki sukces. Sprawił, że szerokie grono słuchaczy poznało Jego twórczość. Janek był, jak to sam określił  ”niezmiernie usatysfakcjonowany”.  Dla mnie najważniejsze było i jest to, że mogłam spełnić Jego wieloletnie marzenie i sprawić mu tym wiele radości.

Szedł przez życie własną drogą, nie ulegał modom czy wpływom innych. Patrzył na świat z ciepłem w oczach i odrobinę ironicznym spojrzeniem, bo życie było dla niego nieustannym źródłem dowcipów i humoru. A poczucie humoru miał wyborne. Mieliśmy ze sobą specjalną relację opartą właśnie na humorze i umiejętności patrzenia na życie z lekkim dystansem. Od czasu przedstawienia, które kiedyś zorganizowała Joasia Janasz, zostaliśmy dla siebie tymi postaciami ze sceny: Panem Sułkiem i Panią Elizą. Jego sceniczna partnerka wyrażała się o nim zawsze w samych superlatywach, westchnieniach i zachwytach. Ich słowami witaliśmy się zawsze i żegnali: ”Panie Sułku, kocham Pana!”, ”Cicho, wiem” – odpowiadał niezmiennie.

Na Jego 60. urodzinach powiedziałam mu m.in. fragment wierszyka z ”Pana Sułka”:

Niech go wszystkie nieba strzegą

śpiewam o nim i dla niego

żeby mu się nic nie stało

żeby mu się nie urwało

żeby mu się nie podarło

żeby mu się nie umarło…

żeby mu się żyło długo

żebym była jego sługą….

No i niestety, umarło mu się. Ale moje sceniczne alter ego – pani Eliza . . . zawsze będzie Jego sługą.

Czarował nas barwą swego niskiego, ciepłego głosu, powagą i komizmem swoich interpretacji, poczuciem humoru i spokojnym dystansem do spraw tego świata. Nikt tak jak On nie zaśpiewa nam już ”Pijmy wino za kolegów”. Zostały jego kompozycje, wspomnienia razem spędzonych chwil, niezapomnianych, corocznych spotkań kolędowych w ich gościnnym domu.

W nieutulonym smutku zostawił żonę Alę, córkę Kasię i jej mamę Ewę, wnuczkę Zosię, zięcia Magnusa, szwagra Zdzisława, jego córkę Nataszę, dalszą rodzinę, wielu, wielu przyjaciół i mnie.

Dana Rechowicz

Pogrzeb Jana Hernhuta: Begravningen äger rum i Silverdalskapellet, Sollentuna, måndagen den 25 maj kl 12.30. Tänk gärna på Alzheimerfonden. Begravningen går att följa via länk på www.piusbegravning.se/livestream på utsatt tid.
https://piusbegravning.se/minnesrum/#/
https://piusbegravning.se/minnesrum/#/Case/649100/ Janek.
Man måste ibland trycka två gånger för att komma åt sidan.
Foto: ze zbiorów prywatnych

Lämna ett svar