Heniek z Żar

Heniek pierwszy raz przyjechał do Szwecji w 1999 roku. W jego rodzinnych Żarach właśnie zamykano kolejne przedsiębiorstwo, a jazda na tak zwane wystawki do sąsiednich Niemiec, nie przynosiła oczekiwanych dochodów. Mieszkał wraz z rodziną w starej kamienicy, niedaleko centrum, chociaż w Żarach wszędzie jest blisko. W lokalnej gazecie przeczytał, że gdańska firma Interregion oferuje pracę w Szwecji przy zbiorach borówek. Za jedyne 800 złotych obiecywano kokosowe zyski. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te, niczym nie uzasadnione, obietnice. Po powrocie ze Szwecji Heniek poszedł do prokuratury, uznając, że został oszukany. Nie on jeden.

Ale to było już dawno. Sentyment do Szwecji nie minął  i mimo niezbyt miłych przeżyć, Heniek kolejny raz, już po maju 2004 roku, zawędrował do Szwecji. Najpierw miał popracować tylko parę miesięcy, później zrobił się rok, a jeszcze później… Pieniędzy nigdy nie jest za mało, a słabnąca korona wymuszała wręcz na Heńku, by został dłużej, bo inaczej wyjazd nie będzie się opłacał.

Pierwszy pracodawca dość szybko zrezygnował z jego usług, po prostu zabrakło mu pieniędzy na remont domu. Drugiego pracodawcy Heniek szukał długo, tak długo, że zarobione wcześniej pieniądze powoli, acz systematycznie topniały. A przecież i zapalić trzeba i piwko wypić. I czasami coś zjeść. Rodzina w Polsce jakby nieco osłabła w swoich kontaktach z Heńkiem, nawet lepiej go o to nie pytać. On też nie był święty.

Chude czasy przetrwał, może dzięki wsparciu nowej partnerki, a może dzięki temu, że po prostu nie miał już gdzie wrócić. Ani z czym. Więc jak dar z nieba przyjął ofertę kolejnego pracodawcy, przed którym co prawda ostrzegali go wszyscy, ale który obiecał, że poza stałą pracą na budowie, zagwarantuje mu także stały pobyt w Szwecji. To była okazja do świętowania. Wódka kupiona od kierowcy TIRa, który parkował w Alby, starczyła na huczne przyjęcie dla starych i nowych znajomych.

Heniek był solidny i pracowity. No, może z tą pracowitością to przesada. Przecież wie, że jak będzie szybko pracował, to w końcu praca się skończy. Może więc lepiej wolniej…? Ale z pewnością był solidny. Na kacu czy bez kaca, zawsze rano do pracy. Zresztą to polska głowa: na każdy problem, wydawało by się nie do rozwiązania, potrafił znaleźć proste recepty. To dorobił, to wymienił, to zaszpachlował, to zasłonił dyktą… Pracodawca był zadowolony, bo pomysły Heńka, to oszczędność. Heniek nawet nie wiedział jak duża.

Czasami w domu – a wynajął sobie większe mieszkanie, bliżej centrum – z namaszczeniem oglądał kontrakt o pracę i papierek z urzędu imigracyjnego pozwalający mu na pozostanie i pracę w Szwecji na okres 5 lat, i był z siebie bardzo zadowolony. Pensja choć może niezbyt regularnie – ale i do tego można się przyzwyczaić – wpływała na konto Heńka.

Nie, to nie tak. Heniek nie miał konta. Pracodawca wypłacał mu gotówkę, skrupulatnie potrącając podatek. Rzekomo tak miało być łatwiej i lepiej. Heniek nie miał powodu wątpić. Przecież pracował na biało… no może też nie do końca tak. Na szaro. Połowa pensji na biało, reszta na czarno. Tak też miało być łatwiej i lepiej – przekonywał pracodawca.

Wszystko toczyło się spokojnie przez kilka miesięcy. Do czasu, gdy Heniek na budowie wsadził rękę nie tam gdzie trzeba, i nie sposób było obyć się bez pomocy pogotowia. Wyrok był brutalny: przez miesiąc Heniek powinien wypoczywać i pracować nie powinien. Ale przecież Heniek był na biało, więc nic wielkiego: kasa chorych wypłaci mu odpowiedni zasiłek. Tak myślał Heniek. I pewnie tak myślą wszyscy jego kumple z Żar. Ale kasa chorych nie płaciła, tłumacząc, że pierwsze dwa tygodnie zwolnienia musi zapłacić pracodawca. A ten pojechał na urlop, pewnie z heniowymi pieniędzmi.

Heniek znowu żył na kredyt, to co zarobił wcześniej jakoś się wydało… Wreszcie pracodawca wrócił, kręcił nosem, stwierdził, że płacić w zasadzie nie powinien, bo to nie jego wina, że Heniek wkłada ręce tam gdzie nie trzeba. Ale w końcu wypłacił i zagnał Heńka do roboty. W końcu jedną ręką też można malować ściany. – Chcesz u mnie pracować, to musisz robić – mówił. Nie było wyboru, bo do Żar wracać nie było po co.

Znowu minęło parę miesięcy, aż przysłali Heńkowi deklarację podatkową. Bo przecież był legalnie i na biało. A tam… zero. Totalne zero. Heniek oficjalnie nie zarobił w Szwecji w ciągu ostatniego roku, ani grosza. Jak to???!!! krzyczy Heniek. Przecież ja legalnie, regularnie, codziennie rano na budowę, nawet w sobotę. Nic – mówią urzędnicy. – Nic nie wpłynęło od pracodawcy. Pan tu jest na czarno.

Heniek złapał pustą butelkę (pełnych już nie było) i trzymając ją wysoko w rękach pobiegł do pracodawcy.

Sąd nie był pobłażliwy. Pracodawca, chociaż przeżył atak szału Heńka, wylądował na długo w szpitalu na Söder. Gdy go w kilkunastu miejscach zszywali już na stole operacyjnym głośno zapewniał, że nigdy już żadnego Polaka nie zatrudni, nawet jeśli by ten chciał u niego pracować za darmo. Heniek trafił do Mariefred. Tuż za miastem jest coś w formie ośrodka wypoczynkowego dla tych, którzy są na bakier z prawem. Heniek był, i to nawet bardzo.

Ręka mu się zagoiła, wikt i opierunek zapewniało państwo szwedzkie, wreszcie był w Szwecji bardziej niż legalnie. Rodzina z Polski przesyłała czasami pozdrowienia zapewniając go, że jemu się nawet poszczęściło, bo u nich bieda aż piszczy. Nawet stary kolega Heńka prosił o przekazanie, że mu zazdrości pobytu w Szwecji, bo sam siedział w więzieniu, ale w Koronowie. Tylko ostatnia partnerka Heńka jakoś do Mariefred nie chciała zawitać, zapewniając go przez telefon, że ma tyle pracy „na sprzątaniu”, że nie ma chwili wolnej. W więziennej biblioteczce były książki, nawet po polsku, więc życie Heńka płynęło spokojnie i w sposób kulturalny. Nawet nie wiedział, że w zamku Gripsholm, który leżał zaledwie 3 kilometry od jego celi, w dawnych czasach ciężki los doświadczała Katarzyna Jagiellonka, ale skąd mógł wiedzieć, z tą Katarzyną nigdy się przecież wcześniej nie spotkał.

Sprawował się dobrze, więc gdy już odsiedział to co odsiedzieć w Szwecji trzeba, wyszedł na wolność. Za bramą nikt nie czekał. Było lato, na pobliskim jeziorze majaczyły białe żagle, ludzie na ulicy uśmiechali się, ale Heńkowi wcale nie było do śmiechu.

Powrót do sztokholmskiego domu zapewniło mu państwo, lecz na drzwiach jego ostatniego lokum widniało już inne nazwisko, zresztą brzmiące jakby po arabsku. Czekał cały dzień, ale nikt nie otworzył, dopiero późnym wieczorem pojawił się jakiś ciemny gość, gdy wyjaśnił, że to on jest obecnie lokatorem, a o poprzedniczce nic nie wie.

W kieszeni Heńka było pusto, a pragnienie suszyło. Powędrował do znajomych kumpli, którzy jak za dawnych czasów, w piątkę mieszkali w jednym pokoju. Jedno co się zmieniło, że na środku stała nowa lodówka – może nie do końca nowa, bo znaleziona na śmietniku – ale działała i chłodziła browarki.

Chłopcy przyjęli Hańka na waleta, bo Polacy słynną z gościnności. Strong iskrzył się bursztynowo, Lech mroził, a Warka grzała. Życie na wolności jest piękne. W nocy śniły mu się Żary.

Rano towarzystwo zwlekło się do pracy, Heniek został. Miał urzędowy bilet na prom, więc losu nie chciał kusić po raz kolejny. Wieczorem był już na morzu. Gdy po długiej podróży dotarł do Żar, miasto wydało mu się Ziemią Obiecaną. Wśród łanów rzepaku sterczała wieża kościelna, a polskie niebo było bardziej błękitna niż kiedykolwiek. Gdy wysiadł z pociągu i szedł szosą w kierunku domu swoich rodziców – mieszkali cztery kilometry za miastem w kierunku Żagania – z zza zakrętu wyjechał sportowy samochód, który pełnym pędem wyprzedał na linii ciągłej ciężarówkę. Gdy kierowca zjechał gwałtownie na pobocze, z Henia została mokra plama. Nawet się nie dowiedział, że sportowy samochód był na rejestracji szwedzkiej…

Tadeusz Nowakowski

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w listopadzie 2010 roku

Lämna ett svar