DZIECKO SZCZĘŚCIA. Rozmowa z profesorem Leonardem Neugerem

Poznaliśmy się tak dawno temu, że nie pamiętam już oko­liczności. Natomiast pamiętam doskonale swój podziw dla Leonarda Neugera, gdy nieco później przeczytałem przekład Posłań i Pieśni Bellmanowych. Zrobił to z wirtuozerską brawurą.

Oto przy­kład: Posłanie nr. 23. Jest letnia noc roku 1768, Bellman leży w rynsztoku koło Domu Bankowego i jest nastrojony filozoficz­nie, zapewne ma kaca.

Matko, o Matko! Kto-ć nakazywał ojcu do łoża leźć?

Tyś mego życia iskrę zapaliła, biedny ze mnie kmieć.

Przez twe płomienie

dźwigam cierpienie,

póki droga trwa.

Ległaś bezwstydna,

a gdy już stygłaś,

zapłonąłem ja.

Było pod klucz ją skryć, Żeby w cnocie żyć, żeby w cnocie żyć.

Jak powstała w Tobie potrzeba tak intymnego związku z Bell­manem? Wziąłeś się za bardzo trudnego poetę, skalda numer jeden Szwecji. Czy zdawałeś sobie wtedy sprawę z tego, co cię czeka?

Za Bellmana brałem się co najmniej dwa razy. Pierwszy raz, gdy dostałem od przyjaciela pięknie wydane faksymile pierwszej edycji. Przeczytałem i już nie pamiętam – zdaje się, jakiś chór jechał do Polski – w każdym razie zwrócono się do mnie, abym im coś z Bellmana przetłumaczył. Przejrzałem go i oddzwoniłem, że żałuję, ale muszę im odmówić, bo to jest absolutnie nieprzetłumaczalne. Mój drugi kontakt z Bellmanem ”zawinił” Adam Heymowski. Heymowski był zakochany w Bellmanie i działał bardzo aktywnie na rzecz jego popularyzacji.

Dodajmy tu informację, że nieżyjący już Adam de Heymowski był bibliotekarzem Biblioteki Królewskiej w Sztokhol­mie, a także heraldystą o europejskim wymiarze.

Tak, to była wybitna postać. I Adam zapytał mnie – było to w Klubie Pań w OPON-ie – miał odczyt o Bellmanie, czy ja bym nie przetłumaczył choć jednego z tych tekstów. Jak dziś pamiętam, szło mu o polskie posłanie, gdzie Molberg dostaje po mordzie za to, że stanął w obronie Polaków. Przetłumaczy­łem i o dziwo nawet mi to poszło. Ale potem wprowadziłem jednak około stu poprawek, więc nie poszło mi tak dobrze, jak początkowo myślałem. I tak się w to wciągnąłem.

Czy masz za sobą więcej przekładów?

Mam bardzo dużo przekładów, i to rzeczywiście dosłownie – za sobą, bo już nie tłumaczę.

Które z nich najbardziej utkwiły ci w pamięci, z których jesteś najbardziej zadowolony.

To jest trudne pytanie, pozwolisz, że podzielę je na dwie części. Tłumaczenie szwedzkiej literatury, a szczególnie poezji, na język polski, stawia przed tłumaczem dwa zadania – prze­tłumaczenie i spopularyzowanie. To jest poezja w Polsce nie ­znana i bardzo trudno się jej przebić. I to jest największa moja satysfakcja, bo udało mi się to z Bellmanem i z Tranströmerem. Obaj weszli w krwiobieg polskiej literatury, są tam na stałe. Częściowo udało mi się to z Katariną Frostenson, przetłuma­czyłem część jej dramatów, a częściowo z powieścią Magnusa Florina Ogród. Pytasz, z czego jestem zadowolony? Na pewno z tłumaczeń bellmanowskich, a także Tranströmera, choć nad nim ciągle pracuję.

Przyjechałeś do Szwecji w 1983 roku?

Tak, jestem z emigracji solidarnościowej.

Czy Uniwersytet był twoim pierwszym miejscem pracy?

Tak i jak na razie ostatnim.

Opowiedz mi o swojej drodze zawodowej w Szwecji. Niewielu emigrantów może poszczycić się tytułem profesora. 

No tak, jestem, ale muszę ci powiedzieć, że jestem też trochę dzieckiem szczęścia. Przyjechałem tu po internowaniu, dostałem azyl polityczny w Szwecji i zacząłem od obozu uchodźców w Småland. Zaraz po obozie zostałem przyjęty do pracy na Uniwersytecie, jako arkivarbetare. Z tym, że miałem z władzami uniwersyteckimi gentlemens agreement, że nigdy nie będę wykorzystywany jako pracownik techniczny i Uniwersytet dotrzymał danego słowa.

Wyjaśnijmy co znaczy – arkivarbetare. Było to stanowisko utworzone dla osób, których umiejętności zawodowe mogły predestynować je do pracy na uczelni, ale brak im było znajo­mości języka.

Tak było ze mną, i zobacz jaki powstał paradoks. Przez wiele lat mój angaż mówił, że jestem poszkodowany z racji nieznajomości języka szwedzkiego, a jednocześnie byłem lau­reatem Akademii Szwedzkiej za tłumaczenia. W końcu złożyłem podanie o docenturę, którą otrzymałem i ta docentura, wyobraź sobie, stała się przysłowiowym gwoź­dziem do mojej trumny. Oznaczała bowiem, iż znalazłem się na otwartym rynku pracy, a Uniwersytetu nie było na mnie stać. Większość dotychczasowego uposażenia otrzymywałem z AMS-u.

Który to był rok?

1993.

A kiedy otrzymałeś profesurę?

– Profesorem zostałem w 1999 roku. Ale po docenturze zaczęło być naprawdę groźnie, bo AMS – czemu się nie dziwię, się już zdenerwował. Stworzyła się taka sytuacja, że wła­ściwie należałoby wyrzucić mnie z pracy! Wtedy to wszedł do gry rząd szwedzki i utworzono nową katedrę, pierwsze w histo­rii tego kraju stanowisko profesora języka polskiego. Jak więc widzisz jestem trochę dzieckiem szczęścia.

No tak, ale uzyskanie tego tytułu to efekt Twojej pracy.

Szczęście to jest coś, co otrzymuje się za darmo. Oczywiście, ale nie należy zapominać, że spore grono moich kolegów pracowało nad tym, żeby prestiż języka i lite­ratury polskiej był w Szwecji wysoki. Gdyby nie to, że polska kultura jest jedną z najstarszych i najważniejszych w Europie, oraz to, że po roku 1980 Polska stała się ważnym miejscem zmian politycznych i światopoglądowych, to rząd szwedzki nie przeznaczyłby pieniędzy potrzebnych do utworzenia tej katedry.

Masz naturalnie rację, takie osiągnięcia nie są nigdy kwe­stią wyłącznie indywidualnych starań, to zawsze zbiorowy wy­siłek osób odpowiedzialnych za środowisko. Nie zapominając wszakże, że znane nam wydarzenia historyczne napędziły sprzy­jającą temu koniunkturę.

Słusznie, ale jest w tym także mój udział. Trzeba było jednak wygrać konkurs.

Czy było wielu kontrkandydatów?

Początkowo, w pierwszej fazie było sporo osób, a do ostatecznej rozgrywki zostało nas troje. Mniejsza o nazwiska, nikt nie lubi przegrywać.

Też i nie pytam. Urodziłeś się w Krakowie i tam, na Uni­wersytecie Jagiellońskim studiowałeś – to wiem. Ale interesu­je mnie Twój wybór kierunku emigracji, dlaczego Szwecja?

O tym zadecydowały dwa czynniki. Po wyjściu z więzie­nia w 1982 roku, zostałem wyrzucony z Uniwersytetu Śląskie­go i zrobiono to ohydnie. Otóż o tym, że już tam nie pracuję, dowiedziałem się przy kasie, gdzie poszedłem po pensję. Usły­szałem, że już mi się nie należy, bo zostałem wyrzucony. Od tego czasu pieniądze, które otrzymywałem, pochodziły z prywatnych składek moich kolegów. Mam ich za to na zawsze we wdzięcznej pamięci, przyjaźnimy się do dziś i często widuje­my. Wówczas moja żona – i to jest ten drugi czynnik – zde­cydowała, że wyjeżdżamy. Tym bardziej, że groziła nam rów­nież eksmisja z mieszkania. Byłem nauczycielem i przysługiwał mi w związku z tym ekstra pokój. Kiedy nim przestałem być, a zacząłem – pasożytem, należało mi ten pokój odebrać. Złożyliśmy wtedy prośbę o wizę do paru ambasad. Najszybciej od­powiedziała ambasada szwedzka, dając nam azyl polityczny i tu masz odpowiedź na Twoje pytanie.

Jak domyślam się, masz częste kontakty z Uniwersytetem Jagiellońskim?

Dobrze się domyślasz, mam częste i gęste. Ale także z Uniwersytetem Śląskim, tam się doktoryzowałem.

Co masz aktualnie na biurku?

Bałagan, jak widzisz!

No tak, to nietrudno zauważyć. Ale z tego bałaganu musi,w każdym razie powinno, coś wynikać!

Mam też takie nadzieje! W tej chwili pracuję nad książką o historii literatury w Polsce i to będzie nieco szokujący pod­ręcznik – ale to jeszcze potrwa, nad książką o twórczości Wi­tolda Gombrowicza – tu jestem dość zaawansowany, no i nad wierszami wybranymi Transtromera. Wydawcą wierszy jest PIW, seria celofanowa i to mam właściwie na ukończeniu. Pra­cuję oczywiście z tłumaczami, a także ”pod okiem” Maćka Za­remby. Nie uczestniczy w tym projekcie jako tłumacz, ale po­nieważ jest przyjacielem tak moim jak i Tranströmera, pomaga. Maciek czepia się dosłownie wszystkiego i to jest bardzo po­budzające! Wyboru dokonała pani Mieczysława Buczkówna.

Mówisz o mamie Tomasza Jastruna?

Tak. Pani Mieczysława dokonała wyboru i jest tam także jej jedno duże tłumaczenie. Chcę przygotować również, wspól­nie z Magdaleną Wasilewską-Chmurą z Krakowa, zebrane wier­sze Tranströmera. To poza wszystkim świetna szwedystka, po doktoracie z literatury szwedzkiej.

Będę z niecierpliwością czekał na tę pozycję. Tranströmer należy do moich ulubionych poetów. Po cichu wyznam Ci, że gdy pani Szymborska otrzymała nagrodę, moje sympatie były raczej po jego stronie. Co nie znaczy broń boże, że odbieram tym cokolwiek pani Wisławie!

Ja miałem bardzo trudną sytuację, bardzo. Jestem blisko zaprzyjaźniony z obojgiem.

Zostawmy na razie poetów ich czcigodnemu losowi. Jak oceniasz stan języka polskiego na Uniwersytecie Sztokholm­skim? Polska jest jednym z dwu największych sąsiadów Szwe­cj i. Jakie jest zainteresowanie językiem polskim, mam na myśli ilość studentów, jaka jest dynamika tego ruchu?

Bardzo trudno powiedzieć. Mamy ciekawą sytuację, mia­nowicie neofilologia, zwłaszcza germanistyka, ale również ro­manistyka i anglistyka, sytuacja rusycystyki jest także mało sta­bilna – przeżywają kryzys. My jak na razie, odpukać, mamy sporą ilość studentów. Jest ich na pierwszym roku zawsze 12 do 20 osób. Biorąc pod uwagę zaludnienie w obu krajach, w Pol­sce powinno ich być na szwedystyce pomiędzy 60 a 100, a do tej liczby daleko.

No tak, ale to są dość złudne założenia.

Oczywiście, takie szacowanie jest złudne, nie wszyscy ludzie są predysponowani do podjęcia studiów wyższych, i to z trzech powodów: społecznych, ekonomicznych i intelektual­nych.

Tak. Szczególnie ważny jest tu owoc intelektu, a ten rodzi się często alogicznie, w innych zupełnie” terminach” niż mó­wiłby o tym schemat ludzkiego rozwoju.

Naturalnie, i nie zapominajmy, że są to studia zawodo­we, mają nauczyć zawodu, i już.

Jakie motywacje rozpoczęcia studiów nad językiem i lite­raturą polską najczęściej spotykasz?

Część ze studentów przychodzi do nas, aby dobrze na­uczyć się języka, innych interesuje również refleksja nad języ­kiem. Ci pierwsi przychodzą do mnie na zajęcia z literatury, jak do rwania zęba, po prostu muszą przez to przejść i koniec. Mo­tywacje bywają bardzo różne, nawet wzruszające, miewam stu­dentów, którzy studiują język polski, aby móc porozumieć się z dziadkami. Ogólnie rzecz biorąc uważam, że stan języka pol­skiego jest w Sztokholmie zupełnie niezły.

Czy nosiłeś się kiedyś z zamiarem powrotu do Polski?

Na to pytanie mam dwie odpowiedzi: Czy Kraków to jest moje miejsce na świecie? Odpowiadam bez namysłu: ­Tak! Tam mam najbliższych przyjaciół, mamę – Różę; nota­bene kończy niebawem 93 lata! W Polsce jestem szczęśliwy. Czy mógłbym tam wrócić? – Nie! To byłby bardzo ryzykow­ny krok. Poza tym, nie należy rezygnować z tego, co się zrobi­ło. Ja mam za sobą tu, w Szwecji, olbrzymią pracę i wiele jesz­cze przede mną.

Jestem też tego zdania, my Polskę widzimy trochę jak przez szybę autobusu.

Zgoda, a poza tym, inaczej się patrzy, gdy wzrok jest młody. Powrót tam byłby wielce ryzykowny, ja już nie dości­gnę tramwaju, kiedyś dościgałem! W ogóle lepiej się już nie puszczać pędem!

Nie mówiąc już o tym, że nastąpiły w nas samych nieunik­nione zmiany mentalne, czy się z tym godzimy czy nie, zeszwe­dzieliśmy w jakimś stopniu. Ciekawi mnie Twoja odpowiedź na następne pytanie. Jakie są Twoje poglądy polityczne?

Czy ja wiem? Uciekam na ogół przed precyzowaniem odpowiedzi na takie pytanie, ale spróbuję ci odpowiedzieć. Po­dobnie jak duża część mojej formacji pokoleniowej wyszedłem od postaw lewicowych. Najbliżej miałbym chyba do przedwo­jennego PPS-u.

A więc od lewa, ale bliżej centrum?

Tak, od lewa. I tak jest dzisiaj, ale gdybyś mnie spytał, czy to znaczy, że głosuję na lewicę, odpowiedziałbym, że róż­nie głosuję! Podchodzę do polityki pragmatycznie, to znaczy interesują mnie bardziej odpowiedzi poszczególnych polityków na konkretne pytania, niż partie, do których należą. Zasadniczy problem tkwi w postawie wobec świata i ludzi. W tym sensie uważam siebie za lewicowca.

Lewicujący demokrata?

Można to tak określić.

Jaka jest twoja sytuacja rodzinna? Żonę – Jolę znam, ale dzieci, czy je masz?

Mamy dwójkę dzieci z poprzedniego małżeństwa Joli, to nastolatki. Mój syn z pierwszego małżeństwa – Grzegorz (zmienił sobie imię na Gregor), też jest w Sztokholmie. Jest kucharzem i muszę z dumą powiedzieć, że jest dobrym kucha­rzem. Ja gotuję w domu, więc znam się na tym trochę.

A wiesz, że ja też gotuję domu.

A więc rozumiesz, o czym mówimy. Ma już 31 lat, ale jest leniwy, bo jeszcze nie jestem dziadkiem.

Znowu jesteśmy w podobnej sytuacji, mam pięcioro dzie­ci, wszystkie dorosłe i też jeszcze nie jestem dziadkiem!

To są szczyty lenistwa!

Absolutnie się z Tobą zgadzam! Teraz pytanie z innej nieco beczki, choć może trochę związane z poprzednim. Wymień swoje największe w życiu rozczarowanie.

To jest bardzo proste pytanie: – Ja sam!

W takim razie drugie z kolei?

Ja sam!!

No dobrze, poddaję się. A więc może Twój sukces?

Największy sukces to … No cóż, oczekiwanie na sukces. Jestem nauczycielem od 1971 roku, to kawał czasu, a ciągle tkwi we mnie i jest żywa ciekawość studentów. I to, że ciągle tak lubię czytać. Tak, ciekawość czy­tania jest największym moim sukcesem. Interesuje mnie także, co będzie jutro. Jeszcze nie piszę pamiętników, gdyż ciągle mam coś do zrobienia.

No tak, ale to jest pytanie na jutro i nie omieszkam ci go we właściwym czasie zadać! Mam jeszcze jedno i to jest ostat­nie pytanie. Zadaję je każdemu w tej serii wywiadów. Gdybyś miał skalę od jednego do dziesięciu i przy jej pomocy miał oce­nić swoje dotychczasowe życie, którą cyfrą określiłbyś siebie?

… Powiedzmy gdzieś w połowie skali.

To bardzo umiarkowany optymizm.

Skądże znowu, to duży sukces! Nie wiadomo przecież, czy się nie zmieni w tej skali na korzyść!

Dziękuję Ci za rozmowę.

Ja również dziękuję.

Rozmawiał Andrzej Szmilichowski

Wywiad z roku 2007. Od tego czasu wielu się zmieniło, Tranströmer dostał literackiego Nobla, Leonard Neuger po przejściu na emeryturę, zamieszkał w Krakowie…

 

 

 

Lämna ett svar