Sprawa sprzed lat

Po niespełna trzech miesiącach od ujawnienia afery (wrzesień 2009 – patrz NGP) zapadły wyroki skazujące sprawców sprowadzenia do Polski zleżałego (dwudziestoparoletniego) szwedzkiego mięsa. Wyroki były łagodne, bowiem nie stwierdzono zatruć pokarmowych spowodowanych konsumpcją tego mięsa (co nie znaczy, że takich zatruć nie było). Skazano zarówno importerów tego produktu, jak i urzędników, którzy wydali zezwolenia na jego rozpowszechnianie na terenie Polski. W tym samym czasie redaktorzy TVN z  programu Uwaga, którzy ujawnili tę aferę odebrali nagrodę za najlepszy reportaż roku p.t. Dobre, bo szwedzkie. W tydzień później temat szwedzki znowu zagościł w mediach polskich. Choć nie od razu.

Rankiem 20 grudnia 2009 roku krajem i światem (patrii et orbi) wstrząsnęła wieść straszna: Ukradziono relikwię – portal z nad bramy oświęcimskiej z napisem Arbeit macht Frei. Ze względu na napis nazywano to w Polsce tablicą, w prasie szwedzkiej, gdy uprawdopodobnił się ślad szwedzki, szyldem. Co jest najlepszym określeniem. Wszyscy w Polsce, a i na świecie, byli oburzeni na tę profanacją. Przy czym dość żenujące były wypowiedzi w dyskusjach telewizyjnych. Znawcy tematu wywodzili hasło Praca wyzwala to z ewangelii, to z Boskiej komedii Dantego.

W rzeczywistości twórcą sloganu Arbeit macht Frei był założyciel i pierwszy komendant obozu Rudolf Höss, który swego czasu w Republice Waimarskiej odbywał wyrok paru lat więzienia i najbardziej dokuczała mu bezczynność.  Uważał on w dobrej (jak pisał w swojej biografii) wierze, że jego więźniowie też marzą o pracy. Brzmi to jak ironia. Z dyskusji telewizyjnych zapamiętałem jeszcze wypowiedź jednego z dyskutantów, który uznał, że: naszym obowiązkiem jest szybkie odnalezienie sprawców bo w obozie zginęło też dużo Polaków. Tu zareplikował redaktor Sierakowski mówiąc, że: gdyby nawet żaden Polak tam nie zginął to i tak naszym obowiązkiem jest dołożenie wszelkich starań w tej sprawie.

Sprawa nabrała wielkiego rozgłosu. Niektóre zagraniczne media krytykowały Polskę za zaniedbania w ochronie byłego obozu w Oświęcimiu. Tu muszą wyjaśnić, dlaczego nie używam obowiązującej dziś ”poprawnej politycznie” nazwy Auschwitz. Jestem z pokolenia, któremu nazwa Oświęcim nie kojarzyła się z pięknym miastem, ale tylko z obozem zagłady. W czasie wojny ludzie się bali wywiezienia do Oświęcimia, na murach pisano Oświęcim pomścimy. Po wojnie dowiadywaliśmy się o tych co Oświęcimia nie przeżyli. Większość tzw. literatury obozowej poświęcona jest obozowi oświęcimskiemu.

W najlepszych i najuczciwszych wspomnieniach z obozu takich jak Listy z pod morwy Gustawa Morcinka czy Pożegnanie z Marią  Tadeusza Borowskiego obóz po prostu nazywa się tylko Oświęcimiem. Krystyna Żywulska swoje wspomnienia zatytułowała Przeżyłam Oświęcim. A wersję polską swojej pracy doktorskiej prof. Józef Garliński zatytułował Oświęcim walczący. Można mnożyć przykłady. Mamy ulice Oświęcimiaków, biuletyny i stowarzyszenia oświęcimskie. To jest nie do odrobienia i nie ma powodu tego odrabiać. Auschwitz to niemiecka nazwa Oświęcimia, tak jak Warschau Warszawy, a Krakau Krakowa. Podobnie jak my nazywamy Dresden Dreznem, a Leipzig Lipskiem czy London Londynem. Pretekstem do wprowadzenie niemieckiej nazwy polskiego miasta były skróty myślowe w prasie zagranicznej, gdzie z racji lokalizacji czasem pisano o polskim obozie… Auschwitz. Bo na całym świecie (z wyjątkiem Polski i Rosji) obowiązywało niemieckie nazewnictwo miejscowości z Europy środkowej i wschodniej. Wiązało to się z doskonałymi pracami geografów niemieckich z VIII i IX wieku. Tak, że zmiana nazwy obozu w języku polskim nic nie zmienia w światowym odbiorze czy niechlujstwie publicystycznym. Tak jak obóz theresiński nazywany jest czeskim, tak auschwitzki polskim.

Niesmak i groza minęły po trzech dniach, gdy między innymi na skutek ufundowania nagrody w wysokości 120.000 zł, szyld oświęcimski się odnalazł a sprawcy zostali ujęci. Gdy podejrzani złożyli zeznania tragedia zamieniła się w burleskę. Całość akcji przypominała sceny ze skandynawskich komedii kryminalnych takich jak Gang Olsena czy Banda Jönssona. Grupa nieudaczników na zlecenie tajemniczego Szweda jedzie do Oświęcimia małym samochodzikiem by wywieźć  pięciometrowy szyld zawieszony trzy metry nad ziemią. W biały dzień  (o 18-stej) wchodzą po siatce na ogrodzenie i próbują prymitywnymi narzędziami odkręcić szyld. Gdy im się to nie udaje, schodzą na dół, nikt dalej się niemi nie interesuje, i jadą kupić odpowiednie narzędzia oraz drabinę. Wracają po północy, odkręcają szyld, tną go na trzy kawałki (bo naturalnie w całości nie mieści się on im do samochodu) przy okazji gubią jedną literę z napisu. Wracają do domu gdzieś w województwie Kujawsko-Pomorskim. Obok domu jednego z nich zakopują napis w lesie.

Trzech z pięciu sprawców  zostaje tam aresztowanych (prawdopodobnie jakiś sąsiad złakomił się na nagrodę) dwóch pozostałych zostaje zatrzymanych w Gdyni z której chcieli płynąć do Karlskrony (co potwierdza ślad szwedzki). Według ostatnich danych akcję ze strony szwedzkiej mieli zorganizować członkowie skrajnie prawicowej grupy, by odsprzedać szyld jakiemuś kolekcjonerowi za grube miliony. Polacy mieli od nich otrzymać według jednych źródeł 20 a innych 60 tysięcy złotych. Wielomilionowy zarobek miał iść na działalność polityczno-terrorystyczną. Informacje te pochodzą raczej z niepewnego źródła czyli z tabloidu Aftonbladet. Ślad szwedzki wydaje się być prawdopodobny. Ale cała reszta informacji budzi poważne wątpliwości. Owszem są w Szwecji bogaci kolekcjonerzy, jeden taki nawet kiedyś kupił i przetransportował do Szwecji pomnik Lenina z Nowej Huty, gdy Lenin tam przestał być już mile widziany. Swego czasu jakiś zamachowiec urwał temu Leninowi tylko nogę, bo ładunek dynamitu był za słaby na zniszczenie całości. Ludzie kolekcjonują i kupują wszystko. Bogaci ludzie skupują stare bojowe samoloty, czołgi i działa. Stawiają to sobie potem w ogrodach zamiast krasnali. Ale znanego całemu światu portalu z bramy oświęcimskiej raczej nie można będzie wystawi na widok publiczny. Może złomiarze myśleli, ze w Szwecji dostaną więcej? No ale to żart. To się później wyjaśni.

Cała sprawa ma tę dobrą stronę, że przypomniała hitlerowskie ludobójstwo. Wszystkie gazety i portale internetowe podając sensacyjną wiadomość o kradzieży przy okazji podały notki o samym obozie. W większości rzetelne. Nawet Aftonbladet posłużył się danymi z Wielkiej Narodowej Encyklopedii Szwedzkiej.

Po wojnie, nie od razu zdecydowano co z poniemieckimi obozami zrobić. W większości pozostawiono je jako przestrogę. W pierwszym okresie Rosjanie, ale i alianci, w obozach tych trzymali swoich więźniów i jeńców. W Polsce paradoksalnie władze zamykały tam na równi z folksdojczami członków polskiego podziemia (akowców). Dotyczyło to Majdanka nie dotyczyło Oświęcimia, który od początku wykorzystywany był propagandowo – był świetnym parawanem dla zbrodni sowieckich. W styczniu 1945 wojska radzieckie zajęły ewakuowany obóz i zastały tam 8 tysięcy więźniów niezdolnych do marszu. Potem Rosjanie dogonili ewakuowaną kolumnę ok. 60 tysięcy więźniów. Mimo to podali, że z 4 i pół miliona więźniów oświęcimskich ocalało tylko 8 tysięcy. Ta liczba 4 i pół miliona ofiar oświęcimskich utrzymała się tylko do procesu norymberskiego. Tam ją zredukowano do 2 i pół miliona. I tę liczbę długie lata podawały encyklopedie w bloku wschodnim sugerując ze tylko połowę z tego stanowili Żydzi. Na zachodzie zrobiono rzetelniejsze obliczenia ponieważ zachowała się w Niemczech kopia kartoteki i więźniów. Nie było wątpliwości, że w obozie zamkniętych było ponad 350 tysięcy więźniów zewidencjonowanych (tzn. z numerami) z których ponad jedna trzecia nie przeżyła. Natomiast transporty Żydów kierowanych od razu do gazu policzona na 1 milion 350 tysięcy co dało w sumie 1,5 miliona ofiar. Dziś wiemy, że liczba ofiar była szczęśliwie trochę mniejsza. Obecnie liczy się 1 150 000 w tym milion Żydów i 150 tysięcy nie Żydów. Ofiary polskie policzył dokładnie jeden z pracowników Muzeum Auschwitz i zrobił spis imienny.  Wyszło mu ok. 70 tysięcy zamordowanych Polaków i Polek. Pierwszy egzemplarz tego spisu został przekazany do Watykanu Janowi Pawłowi II i od tego czasu skończyły się spekulacje na ten temat. Pozostałe 80 tysięcy ofiar nie żydowskich to Cyganie, jeńcy radzieccy i inni.

Zaraz po wojnie jeszcze w 1945 lub na początku 1946 Kazimierz Koźniewski opublikował w Przekroju artykuł, w którym proponował wysadzenie w powietrze budynków obozu i zaoranie ziemi. „Zapomnieć i żyć normalnie” – postulował. Rzucono się na niego jak na burą sukę i musiał to odszczekać. Po latach, gdy już był czołowym propagandzistą PRL-u, uznał, że się wtedy pomylił „Nie docenił roli wychowawczej pamięci o zbrodniach Hitlera”. Jak rzekliśmy Oświęcim rozmiarem dokonanych tam zbrodni miał przyćmić zbrodnie Stalina i pamięć o zsyłkach i o Katyniu a także o zbrodniach rodzimego UB i innych zbrodniczych formacji Polski Ludowej.

Ludomir Garczyński-Gąssowski

Tekst publikowany był w NGP w 2010 roku

Lämna ett svar