Obraźnik

Bolek Wasiak był piaskarzem przez dwadzieścia pięć lat, a odszedł z zawodu kiedy mu stuknęła czterdziestka. Nie że był stary, bo nie był, ale Anioł mu się pokazał, to nie wypadało już tachać piasku z Wisły albo kłaść chodniki na Powiślu.

Był wczesny ranek i Bolek przekładał chodnik na Browarnej, kiedy mu się Anioł pokazał. Zobaczył białe buty, podniósł głowię i zobaczył Anioła. Przed Bolkiem stał Anioł! Patrzył Bolkowi prosto w oczy i skrzydła mu powiewały bo ciągnęło od Wisły. Bolek oniemiał, przysiadł na piętach, rozdziawił usta i tylko patrzył na Anioła. A Anioł uśmiechnął się jakby nigdy nic i pozdrowił – Boluś! Boluś! Kochany Boluś! A potem wyciągnął rękę, pogłaskał go po głowie, i Bolek zobaczył, że Anioł ma przeźroczystą rękę! Znaczy, nie tylko rękę, cały był przeźroczysty, ruiny Zamku Bolek przez niego widział! I zaraz zniknął. Nie żeby odfrunął albo jakoś, Anioł się rozpłynął w powietrzu, był i zaraz go nie było!

Bolek opowiedział to piaskarzom. Wyśmiali go ale tylko trochę, przestali kiedy im pokazał miejsce gdzie miał bliznę, bo zniknęła. Wyparowała jak Anioł go po policzku pogłaskał! Jakiś tydzień później Bolek był sam w domu. Wziął w rękę kawałek bristolu co leżał na stoliczku i wtedy naszła go jasność taka, że zaczął rysować Anioła. A szło mu! Jakby ktoś prowadził rękę na bristolu wyłaniała się cudowna twarz Anioła! Boluś rysował, patrzył i płakał ze wzruszenia. Nigdy w życiu nie był taki szczęśliwy.

Historia z Aniołem rozeszła się po Powiślu, sam ksiądz proboszcz wyraził ciekawość i się zachwycił! Nigdy nie widział tak pięknego Anioła i zaraz pomyślał, że może Bolek mu wymaluje na sklepieniu kościelnym parę aniołów co łaska, bo parafia i proboszcz biedni jak kościelne myszy. Farby mu kupi i będzie karmił, jeszcze coś do domu da i Bolek się zgodził. Proboszcz zamówił stolarzy, kazał wybudować rusztowanie i na koniec powiedział:  W imię Boga i Jego Jednorodzonego Syna zaczynaj Boluś! I zaraz zamknął kościół, żeby nikt Bolkowi nie przeszkadzał.

Bolek został sam z farbami, pędzlami, aniołami i Jednorodnym Synem. Jakże mu się pięknie malowało! Farby układały się w cudowne proporcje ciał aniołów w pełnym godności i wdzięku ruchu, a ich niewypowiedzianie piękne twarze uśmiechały się do Bolka jak żywe.

To wtedy piaskarze, w ogóle Powiśle, nazwało Bolka obraźnikiem i już tak zostało – Obraźnik.  Ale Bolek tego nie wiedział bo od rana do nocy był na rusztowaniu i malował. Pod wieczór szedł do domu ale już świtem wracał, wdrapywał się pod sufit, kładł na plecy, malował i tak toczyły się Bolkowi dni. Nikt już nie wątpił, że Obraźnikowi objawił się Anioł, a niedowiarków pokonywała blizna, która zniknęła z bolkowego policzka. Bo jak wyjaśnić jak nie cudem, że prosty piaskarz, pijak i półanalfabeta, dostał raptem rękę do aniołów? Nic innego tylko cud boski!

Piękne dzieło! – radował się proboszcz. A to się biskup ucieszy! I Pan Bóg oczywiście też, Boże bądź miłościw mnie grzesznemu! Maluj Boluś, maluj! Dla miłości bożej poświęcamy razem z biskupem nasze najlepsze siły!

Tak to szło i wszystko było na razie w porządku. Ostatecznie nie pierwszy cud na świecie! Bóg pokazał już wiele razy, że jest. Wszystko szło jak trzeba, Bolek Obraźnik malował, proboszcz się cieszył, a wierni czekali na otwarcie kościoła. Nikt się nie spodziewał, że to się może tak zapętlić, ale nie uprzedzajmy faktów.

Robota dobiegła końca. Miał do domalowania jeszcze parę pierdułek, tu chmurkę tam jeziorko, i uprzedził proboszcza, że może na jutro zamówić ludzi żeby zdjęli rusztowanie. Właśnie kończył skrzydełko ostatniego amorka, a tu zaszumiało, zafurkotało i raptem pod kościelnym dachem zaroiło się od prawdziwych aniołów! Bolek rozdziawił usta i tylko patrzył. Anioły, prawdziwe oryginalne boskie anioły polatywały wokół i wszystkie jak jeden zachwycały się tymi, co Bolek namalował!

Gdyby się na tym skończyło to jeszcze. Nic nadzwyczajnego w końcu, anioły przecież przylatują na ziemię, wszyscy w parafii to wiedzieli od księdza proboszcza. Ich anielska sprawa, nie ma co deliberować i koniec. Okazało się że do końca daleko, i będzie duża niespodzianka.

Bolek siedział skulony w kącie rusztowania, patrzył na anioły i nie wierzył własnym oczom. Bowiem anioły, te prawdziwe anioły, zaczęły wnikać w namalowane a te ożywały. Poruszały skrzydłami, kręciły głowami, śmiały się, w końcu załopotały skrzydłami uniosły się pod sklepienie kościoła i znikły jeden po drugim!

Ostatni Anioł i to był ten pierwszy, pamiętacie, w białych butach, załopotał i krzyknął:

– No to pa Boluś! Trzymaj się!

– Trzymam się! Nie ma sprawy! Ale dlaczego mi zabraliście moje anioły? Co proboszcz powie!

– Boś je pięknie namalował Boluś! A z proboszczem się załatwi. Nie takie sprawy się załatwiało! Anioł rozpostarł skrzydła i z szumem odleciał, a Bolek patrzył za nim pocierając miejsce na policzku, gdzie kiedyś miał bliznę.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar