Jak nie zdobyłem wszystkich szczytów

Molierowski pan Jourdain (w Mieszczaninie szlachcicem) zorientował się w pewnym momencie, że mówi prozą. Podobnie ja, skonstatowałem pewnego dnia, że kolekcjonuję najwyższe szczyty w różnych krajach. W uświadomieniu sobie tego faktu pomógł mi nieodżałowanej pamięci Andrzej Mróz, pisząc w Taterniku (2/68, s.62) przy okazji swego wejścia na Djebel Toubkal: ”Nęcą mnie najwyższe szczyty owych krajów, …więc je … kolekcjonuję.”

Zachęcony tym przykładem wybrałem się kilkanaście lat później (1982) do Maroka, by wyrwawszy się na kilka dni z atlantyckiego kurortu Agadir zwiedzić po drodze Marrakesz i wejść na najwyższy szczyt Atlasu. Była wiosna i śniegi w najwyżej położonych pasmach jeszcze nie stopniały. Strome lecz łatwe zbocze, którym w miesiącach letnich wiedzie na szczyt wyraźna ścieżka od schroniska Neltnera, pokrywał zbity, twardy śnieg.

Jakiś niemiecki turysta stwierdził po zejściu, że jest łatwo i można spokojnie wejść bez raków i czekana. Mimo popołudniowej pory podjąłem natychmiast próbę, ale chyba wybrałem nie najlepszą linię ataku, bo po przejściu kilkuset metrów uznałem, że jest nieprzyjemnie ślisko a w dodatku raz wpadła mi stopa w jakąś wyrwę w twardym śniegu, skąd z trudem udało mi się oswobodzić. Ostrożnie zszedłem do schroniska, by ponowić próbę następnego ranka.

No i wtedy, już ”po bożemu”, tj w pożyczonych rakach oraz z wynajętym i sprowadzonym błyskawicznie z dolin przewodnikiem wszedłem bez trudności na pik.

Zaczęło się jednak zgoła prozaicznie i o wiele wcześniej. W r. 1949, mając 13 i pół roku, wybierałem się na Śnieżkę, nie przypuszczając, że wiele lat później stanie się ona najwyższym szczytem nie istniejącego wówczas kraju – Czech. A i tak to najwyższe wzniesienie Sudetów nastręczyło mi nieoczekiwanych trudności. Przez cały lipiec przebywałem na obozie szkolnym w Karpaczu, ale jego kierownictwo uznało, że na tak poważną wyprawę jestem zbyt wątły, za mało sportowo wyrobiony. Jakoś przełknąłem tę gorzką pigułę, by w miesiąc później, dojeżdżając już z dalszego Swieradowa, gdzie kontynuowałem wakacje razem z rodziną, dokonać wejścia na ten wyniosły szczyt, bez najmniejszych trudności, a także przejść grań od Przełęczy Karkonoskiej do Szrenicy.

Na Śnieżkę wchodziłem jeszcze parokrotnie. Raz w 1956, kiedy próba jednodniowego przejścia całej grani Karkonoszy od Kowar do Szklarskiej Poręby załamała się (z racji wyruszenia w drogę dopiero koło południa) w okolicach Wielkiego Stawu. Błądząc już o zmroku dotarłem do zamkniętego z powodu remontu schroniska Bronka Czecha, gdzie mnie jednak litościwie przenocowano i nawet (odpłatnie) nakarmiono. Drugi raz, już w glorii najwyższego szczytu Czech, gdzieś w połowie lat 90., kiedy jeszcze raz się przekonałem, że owo jednodniowe przejście grani Karkonoszy istotnie jest możliwe a nawet łatwe, bo – znowu wyruszając zbyt późno, tym razem ze Szklarskiej  – dotarliśmy do przełęczy Okraj w połowie następnego dnia.

Na zboczu Śnieżki od Równi mija się szereg turystów; niektórzy posługują się płynną niemczyzną. Jeden z nich – na oko kilka lat ode mnie starszy – wyznał przy krótkim odsapnięciu, że to jego druga tu wizyta; pierwsza miała miejsce w roku 1945, gdy jako 15-latek żegnał się z górami, wśród których spędził dzieciństwo.

Mój pierwszy letni pobyt w Tatrach (zimowe bywały wcześniej) nastąpił w 1951 roku kiedy nie wolno było (bez specjalnej przepustki) wspinać się na szczyty położone w głównej grani, stanowiącej granicę z jakby nie było zaprzyjaźnioną Czechosłowacją. Musiałem się wówczas ograniczyć do Kościelca, zwykłą drogą od przełęczy Karb, ale dla 15-latka było to duże przeżycie, szczególnie gdy mogłem obserwować wytrawnych turystów zbiegających z powrotem na Karb piaszczystą ścieżką. Bardzo chciałem im dorównać, ale nastąpiło to dopiero po kilku latach wędrówek, zrazu grupowych, później indywidualnych czy nawet – coraz częściej – samotnych. Na Kościelec zdarzyło mi się wejść jeszcze raz we wczesnych latach 1960. i wtedy jedyny raz w życiu zobaczyłem widmo Brockena, w chmurach nad pasmem Granatów.

Ta pierwsza tatrzańska wycieczka powróciła wspomnieniem, gdy jeden z górskich partnerów doniósł mi pocztówką w czasie stanu wojennego, że przepisy zelżały i być może już niedługo będzie  można ubiegać się o specjalne zezwolenie na wspinaczkę w Tatrach Słowackich.

*

W ramach jednej z grupowych wycieczek wszedłem na szarym końcu stonki na Rysy, czego wówczas (1954) nie uważałem za łatwą trasę i słynną rysę mogłem przekroczyć dzięki pomocnej dłoni przewodnika, tak zabezpieczającego każdego uczestnika.

Bardziej karkołomne okazało się 6 czy 7 lat później wejście na Niżnie Rysy, nieoznakowaną granią od północy, w czasie kursu wspinaczkowego co nie przyniosło mi pochwały ze strony kierownictwa obozu namiotowego pod Mnichem, raczej naganę za nie zgłoszenie wycieczki i dość ryzykowne balansowanie bez asekuracji na eksponowanej grani szczytowej. Z zejścia na południe rozsądnie zrezygnowaliśmy, podobnie jak pierwsi zdobywcy tej drogi we wczesnych latach ub. wieku. Już z pełną asekuracją i pod kierunkiem wytrawnych instruktorów mogłem wejść na Mnicha przez płytę z powrotnym zjazdem przez przewieszkę oraz przejść łatwą graniówkę od Wrót Chałubińskiego do Przełęczy pod Zadnim Mnichem i (bez asekuracji) drogę na Czarny Mięguszowiecki z sanktuarium Kazalnicy.

Moje częste wizyty w Tatrach w okresie 1951-63 zaowocowały również nawiązaniem kontaktu z Witoldem H. Paryskim, autorem wówczas jeszcze nie skończonego wielotomowego przewodnika Tatry Wysokie i ówczesnym redaktorem Taternika. Do willi na Antałówce przyniosłem opis jakiejś nie istniejącej w pierwszych tomikach WHP drogi, łatwym źlebem z Pięciu Stawów na przełęcz w grani Gładkiego Szczytu, a zarazem nawiązałem współpracę z Taternikiem, pisząc o pierwszych tatrzańskich filmach Sergiusza Sprudina. Mijając wielokrotnie Kraków wpadałem na ówczesnym Pl. Wiosny Ludów 8 (dziś znów Wszystkich Świętych) do Centralnej Biblioteki Górskiej, gdzie królował wówczas bibliotekarz i bibliograf Kazimierz Polak, i redakcji Wierchów za kadencji Władysława Krygowskiego, gdzie wkrótce zacząłem publikować teksty o filmie górskim.

Zanim wspiąłem się na wyniosły szczyt Gierlachu, odwiedzałem Tatry Słowackie parokrotnie zimą, na normalną 6-dniowa przepustkę/wkładkę, której wcześniej, jak przypuszczam za pewne grzechy z okresu kultu jednostki, uporczywie mi odmawiano. Po raz pierwszy w marcu 1960 przekroczyłem granicę z pewną tremą. W banku w Zakopanem kupiłem za 600 zł – 300 koron czeskich. Poinformowano mnie tam, że w razie nie wydania całej sumy, mogę resztę przywieźć i wymienić z powrotem na złotówki w tymże banku.

Z Łysej Polany pojechałem autobusem do Tatrzańskiej Łomnicy, skąd rozpocząłem wędrówkę Magistralą Tatrzańską, rodzajem naszej Drogi nad Reglami. Tej zimy, w związku z silnym nasłonecznieniem południowych stoków Tatr, była ona prawie zupełnie pozbawiona pokrywy śnieżnej. Nie próbowałem wyjść gdziekolwiek wyżej, może poza ośnieżonym szczytem Skrajnego Soliska nad Szczyrbskim Jeziorem, a po 4 dniach pobytu skończyła się pogoda. Ale nie skończyły się korony więc wzmocniony informacją z zakopiańskiego banku pojechałem autobusem na Łysą. Na pytanie celnika czy pozostały mi jakieś korony odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że mam jeden banknot 100-koronowy, który zamierzam wymienić w Zakopanem na złotówki. On na to odparł, że nie jest to dozwolone i że muszę te pieniądze zdeponować na granicy.

–  A jakie będą ich dalsze losy?, zapytałem.

–  Zostaną wysłane do banku w Bratysławie.

–  A gdy będę chciał je wykorzystać w czasie następnego pobytu na Słowacji?

–  Wówczas musi pan w odpowiednim czasie wysłać podanie do banku w Bratysławie.

–  Przecież to na milę pachnie Frantiskiem Kafką! – zawołałem spontanicznie.

– Nic na to nie poradzę – odparł uprzejmie celnik. – Takie są przepisy.

W tej sytuacji postanowiłem nie przekraczać granicy (w końcu moja przepustka opiewała jeszcze na 2 dni) i oświadczyłem to celnikowi.

– Wolna droga – powiedział wspaniałomyślnie.

Wracałem z wolna szosą oddalając się od strażnicy na Łysej. Deszcz siąpił i aura była zgoła ponura. Widziałem jasno, że powrót kolejnym autobusem na południową stronę Tatr jest bez sensu, a równie mało zachęcająca była perspektywa zdeponowania i przypuszczalnej straty niebagatelnej w końcu wówczas sumy dla kaprysu czechosłowackiej biurokracji. Idąc powoli wzdłuż lasu zauważyłem po prawej stronie rozdwojony pień drzewa, nieopodal słupa telegraficznego. W jego korzeniach widoczna była niewielka dziupla, mogąca snadnie ukryć małą paczuszkę. Rozglądając się dalej dostrzegłem pustą butelkę, być może po lekarstwie i jakąś starą gazetę. Powoli wyciągnąłem 100-koronowy banknot, zwinąłem go i wsunąłem do butelki, którą „zakorkowałem” złożoną w trąbkę gazetą i schowałem w korzeniach drzewa. Teraz tylko trzęsienie ziemi, poszerzanie szosy lub grasujące tu dzikie zwierzęta (np. wiewiórki) mogły zniszczyć mój depozyt.

Wracając w kierunku przejścia granicznego zdałem sobie sprawę, że jak rozbitek na środku oceanu rzuciłem weń butelkę z listem–apelem o ratunek.

– No i co, zmienił pan zdanie? – zapytał poprawną polszczyzną celnik.

– Tak, ale już nie mam nic do zdeponowania.

– A co pan z tym zrobił?

– Wrzuciłem do potoku.

– Proszę nie zmyślać.

– Jeśli pan woli, to oddałem chłopakowi na ulicy.

– Oświadczam panu, że teraz pójdziemy na rewizję osobistą i jeśli znajdziemy te pieniądze może się pan pożegnać z dalszymi wizytami w Czechosłowacji.

– Proszę bardzo.

Do stripteasu jednak nie doszło. Moja determinacja sprawiła, że celnik poczuł się bez szans i puścił mnie wolno.

Pół roku później kolega z pracy wybierał się latem z wycieczką w Tatry Słowackie. Dokładnie opisałem mu miejsce „depozytu”. Wrócił i powie-dział, że nie znalazł.

Jeszcze rok później sam wybrałem się ponownie na Słowację. Z niepokojem kroczyłem szosą, wypatrując zmian w topografii. Szosa nie wyglądała na poszerzoną. Lasy nie przypominały wiatrołomu. Mój słup telegraficzny i rozdwojony pień drzewa były na swoim starym miejscu. W czasie tego pobytu nie musiałem już ograniczać konsumpcji świetnego pilsnera, miałem bowiem do dyspozycji czterysta koron, miast wymienionych aktualnie trzystu.

I może własnie tego lata Gierlach padł. Najpierw doszliśmy przez Polski Grzebień z 25-kilogramowymi plecakami do Śląskiego Domu, skąd następnego dnia na szczyt, przez Wielicką Próbę, bez obowiązkowego obecnie słowackiego przewodnika i składanego mu haraczu. Z uciążliwym lecz ciekawym zejściem przez Batyżowiecką Próbę.

Z kilku pozostałych pobytów w Tatrach Słowackich pamiętam tylko samotne przejście już przy zapadającym zmroku z Doliny Pięciu Stawów Spiskich do Staroleśnej przez Czerwoną Ławkę, dziś dozwolone tylko w jedną stronę, z racji „korków”. A wtedy było prawie zupełnie pusto. I może jeszcze – również samotnie bo rozminąłem się w Zakopanem ze swoim częstym tatrzańskim partnerem – przejście z Młynickiej do Furkotnej z zahaczeniem o szczyt Furkotu. Był już październik i na grani brnąłem w śniegu po kolana, ale w sumie pogodnie i z pełną satysfakcją.

Aleksander Kwiatkowski

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w kwietniu 2009 roku.

Lämna ett svar