Na tak długo, na zawsze…

Wziąłem z półki ”1859 dni” Władysława Bartoszewskiego. Czytałem tę książkę po raz pierwszy dziesiątki lat temu. Ogromny, wspaniały pomnik wojennej Warszawy, osiemset stron wspomnień historycznych zmagań i jednocześnie lekcja poglądowa jak należy pisać dzieło historyczne.

Samego Bartoszewskiego minimalnie, bardzo niewiele słów wypowiedzianych jego własnym głosem, a przecież sam dzielnie walczył. Cenna pozycja, naocznych świadków tych heroicznych zmagań już prawie nie ma, ani Bartoszewskiego, i szczuplejąca z roku na rok, warta najwyższego szacunku i pamięci, gromadka staruszek i starców, ostatni żywi co to Na Tygrysy mieli Wisy.

Książka Bartoszewskiego ożywiła po wielu latach echa innej wojny, nieznanej mi z autopsji, jaruzelskiej. W sztokholmskiej Polsce pokolenie ludzi codziennych, ale także niekiedy wybitnych karier w PRL-u, dawno przeszło na emeryturę i wymiera w zapomnieniu. Normalna kolej emigracyjnych losów wielu pokoleń Polaków, a z perspektywy młodego państwa pewnie i dobrze.

Wystrzegając się generalizowania i osądzania, na najuczciwszych nawet ludziach wychowanych w PRLu, pozostała cząstka kurzu historii. Musiała pozostać, Radziecja i Ludowa trwały wystarczająco długo, aby pozostawić na ich życiu trwały ślad. Pokolenie mutantów, egzystujących w szaroburej strefie wspomnień nieistniejącego państwa.

Książka Bartoszewskiego zogniskowała „mój” stan wojenny, jak lupa filatelisty przyszpila serię U-bootów. Obudziła wspomnienia i asocjacje natury moralnej. Jakie inne mogłaby? Nie przypuszczałem, że stawiając w 1974 roku nogę na trapie promu „Wawel” w gdańskim Nowym Porcie, zostanę wypchnięty aż na tak długo, na zawsze.

Joseph Conrad-Korzeniowski, wychowany na Mickiewiczu-Norwidzie-Słowackim, pisał o nakazie wypełniania obowiązku. Czy ja się tego obowiązku sam nie pozbawiłem, czy nie umknąłem? A gdybym pozostał, co działoby się ze mną, jakbym zareagował? Urodziłem się w warszawskim, w czasie okupacji „akowskim” domu, wychowałem w Trójmieście, nie wyobrażam sobie, że mógłbym być tylko biernym obserwatorem.

Antoni Słonimski napisał we wrześniu 1939 roku, w Paryżu, wiersz „Alarm”, który zakończył słowami: Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy. Niech trwa! Jego myśli były w Warszawie, zapewne pragnął tam być i walczyć, inaczej nie napisałby tego wiersza. Alarm zyskał ogromną popularność.

Proszę wybaczyć, że wspominając wybitne dzieło historyczne oraz wielkiego poetę, mieszam w to własne sprawy. Ale moje wiersze również były w Polsce czytane. W stanie wojennym czytała je, w kościele Świętej Brygidy w Gdańsku, aktorka gdańskiego teatru dramatycznego, pani Czyżewska. Wysyłałem je mojej przyjaciółce, również aktorce tego teatru, Lucynie Legut, bo musiałem jakoś odreagować duszę. Inaczej eksplodowałbym, rozpadł się na tysiące kawałków. A tak, choć obcymi ustami, ale zawołałem.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar