Rodzinna historia naszych chorób

Zbliża się 13 kwietnia 2020 roku – 100-letnia rocznica śmierci Dziadunia Zygmunta Komorowskiego, który zmarł na tyfus. Dla uczczenia pamięci o Nim, zebrałam wspomnienia zagrożeń w rodzinie. Wtedy, komu się udało i miał dość odporności to przeżył. A teraz? Historia się powtarza.

Choroby niebezpieczne, które występowały w mojej rodzinie, i z którymi miałam styczność to były tyfus/dur brzuszny, gruźlica, polio/Heine Medina, szkarlatyna, czarna ospa, zapalenie opon mózgowych, zapalenie ślepej kiszki, rabies. Jakiś czas temu moje dzieci poprosiły mnie, bym opisała, jakie choroby przeszłam lub jakie zagrożenia pamiętam. Nie spodziewaliśmy się, że właśnie nadciąga najpoważniejsze we współczesnych czasach.

Dzisiaj, 30 marca 2020 roku, kiedy to pisze, telefon przypomniał mi, że razem z moim synem Stefanem mieliśmy wylecieć do Mediolanu. To tylko miesiąc temu, a tyle się zmieniło. Oczywiście, o podróży nie ma teraz mowy. W Mediolanie mieliśmy spotkać moją siostrę, Jadwisię, przylatującą z Polski i wyruszyć wynajętym samochodem, na tygodniowa wycieczkę po Toskanii. Mieszkają tam dwie znajome Polki, które ewentualnie planowałam odwiedzić. Stefan miał potem pozostać dłużej nad Adriatykiem, w mieszkaniu swej przyjaciółki, w Cupra Marittima. Szukając w internecie taniego połączenia, jeszcze nie zdążyłam zrealizować zakupu, gdy Jadwisia zatelefonowała, że kupiła już bilet na 30 marca, z Wrocławia do Mediolanu.

Pod koniec lata 1972 roku objechałam całe Włochy przyłączywszy się w Wenecji do prowadzonej przez Jadwisię, studenckiej wycieczki. Przez trzy tygodnie, w grupie dwudziestu paru studentów z całej Polski, zwiedziłam „na waleta” m.in. muzea Wenecji, Florencji, Rzymu, Neapol, Capri… Mediolanu nie było jednak w planie i teraz miałyśmy to nadrobić.

A tu teraz zaczęło się!  Corona – wirus. Zadzwoniłam do mojej ciotecznej siostry, żeby dowiedzieć się, jak sobie radzi z zakazem wychodzenia z domu, na drugim piętrze warszawskiego mieszkania. Dowiedziałam się, że jej wnuk, po przerwie semestralnej, miał wracać właśnie na studia do Mediolanu, ale zamknięto uczelnie z powodu epidemii wirusa i ugrzązł w Warszawie. Przez pozamykane kluby, kawiarnie, niemożnością kontaktowania się z ludźmi, nudzi się w rodzinnym domu.

Epidemia SARS-CoV-2 wybuchła w centralnej prowincji Chin, Chubei, w jedenastomilionowym mieście Wuhan, w połowie lutego. Ogniska zakażeń przeniosły się potem do Korei Południowej, a następnie do Iranu i dotarły do Europy, do włoskiej prowincji Lombardii i jej stolicy Mediolanu. Już 11 marca 2020 r WHO ogłosiła pandemię. Od 4 marca zanotowano pierwsze przypadki w Polsce. Tymczasem w Szwecji były tylko ograniczenia zgromadzeń powyżej 500 osób i wstrzymano wiele imprez, zamknięto operę, większe teatry i mecze sportowe. Nie przyjechał oczekiwany teatr z Warszawy. Musiałam odwołać Walne Zebranie członków Towarzystwa Przyjaciół Biblioteki Polskiej w Sztokholmie wyznaczone na 17-ego marca. Już nikt nie odważył by się przyjść. W mojej parafii OO. Jezuitów, św. Eugenii, w Kungsträdgården, już na początku marca zlikwidowano wodę święcona w kropielnicach i podawanie sobie ręki na znak pokoju w czasie mszy świętej. Rozwieszono afisze z informacją o wirusie. Od niedzieli 1 marca nie odważyłam się być już w kościele, a zresztą nawet obrzędy Wielkiego Tygodnia będzie można przeżywać online.

Po mszy, na kawie, spotkałam Stefana, który dwa dni wcześniej szczęśliwie zjechał już na stałe z Moskwy po 4,5 letniej pracy w ambasadzie szwedzkiej. Łaskawy los sprowadził go do Szwecji w ostatniej chwili. Mimo, że jego mieszkanie jest wynajęte do sierpnia i musi sobie zorganizować tymczasowe lokum, jesteśmy blisko na dobre i na złe. 20 marca Dominik Terstriep, młody i mądry proboszcz św. Eugenii wysłał do seniorów parafii św. Eugenii troskliwy list, w którym proponowana jest też pomoc starszym.

Póki co, córka Maria, odprowadza moją małą wnuczkę, Matilde, do przedszkola. Te są nadal otwarte. Gdyby przedszkola i szkoły podstawowe zamknięto, jeszcze bardziej brakowało by personelu m.in w przeciążonej służbie zdrowia. Dla młodych rodziców w Szwecji to błogosławieństwo.

Niestety, odpowiedzialność za zdrowie klientek i własnej rodziny, nie pozwala Marie pracować jako kosmetyczka. Z pieniędzmi krucho. Kryzys nie tylko dla małych firm, zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Zamknięto w wielu krajach granice, szkoły i uniwersytety, ograniczono podróże itp. System społeczno-ekonomiczny świata jest zachwiany. Im dłużej potrwa pandemia wirusa, tym dłużej będzie trwał powrót do normalności. Nikt nie zna końca i rozmiaru katastrofy. A szczepionki nie ma, jak nie było jeszcze 100 lat temu na choroby zagrażające wówczas ludzkości.

Stefan Gieysztor

Dziadunio Stefan Gieysztor chorował na tyfus. Kiedy za przynależność do Polskiej Organizacji Wojskowej został we wrześniu 1919 roku skazany przez litewski sąd wojenny w Kownie na 12 lat więzienia, w ciężkich warunkach więziennych zachorował. Jego współtowarzysz z celi więziennej, Jan Niekrasz zmarł.  Żona /babcia Maria/ uprosiła u samego prezydenta Litwy zwolnienie umierającego męża i mieszkając w szpitalnej separatce, z wielkim poświeceniem go pielęgnowała, ratując z prawie beznadziejnej choroby.

Zygmunt hr. Komorowski

Dziadunio Zygmunt Komorowski zmarł na tyfus 13 kwietnia 1920 roku – teraz mija 100 lat. Zaraził go syn Juliusz K., powracający do majątku Kowaliszki z bolszewickiego więzienia. Wuj został uwięziony na początku 1919 roku, kiedy Niemcy opuszczali północną Litwę, a wkroczyli bolszewicy. Szukali mężczyzn. Ojca i brata, udało się ukryć. Żeby nie wzięli matki /mojej babci/ jako zakładniczki, oddał się dobrowolnie. Rok przesiedział w katorżnym więzieniu w Smoleńsku. Mdlał z głodu w celi. Kiedy wiosną brali więźniów do robót, idąc rwali po drodze pokrzywy, parzyli napar, co podtrzymało ich zdrowie. Kiedy dostał tyfusu, przywiązał się do szafy, na której spał i stracił przytomność. Znalazła go pani z Polskiego Komitetu i zabrany do szpitala, przeżył. Zwolnili go, gdy zaczęły się wymiany za bolszewików. Przywlókł jednak chorobę do domu.

Dziadunia Zygmunta 56-letni organizm nie wytrzymał tej strasznej choroby. Dziewiątego dnia nastąpił kryzys, paraliż krtani i mózgu. Został pochowany wśród wiosennych przylaszczek na wzgórku sosnowym, w kowaliskim parku. Burłacy specjalizujący się w ciosaniu kamieni sporządzili kamienny grobowiec.  Wnuk, Bronisław Komorowski, po latach, kiedy już można było pojechać na Litwę, w 1991 roku, postawił na miejscu splądrowanego grobu, zamówioną u litewskiego rzeźbiarza, drewnianą kapliczkę-rzeźbę.

Z tyfusu wtórnego wyleczyli się krewni przybyli do Kowaliszek po rewolucji, z Donbasu, Antonina /Józefowa/ Komorowska z synami Jasiem i Wackiem. Miesiąc podróżowali pociągiem i w czasie podróży zachorowali na tyfus. Po odbytej kwarantannie w Rydze, dotarli na Litwę do rodziny. Ich majątek był ograbiony i zniszczony przez bolszewików. Powtórnie zachorowali, ale dzięki opiece medycznej i troskliwości Babuni Elizy, doszli do siebie. Po jakimś czasie mogli powrócić do rodzinnych Gikan.

Szczepionkę na tyfus/dur plamisty wynalazł Polak z wyboru, pochodzenia austriackiego, Rudolf Weigl w 1930 roku, uczony biolog pracowni Uniwersytetu Lwowskiego, mianowany wielokrotnie do Nagrody Nobla.

Emil Gieysztor

Na gruźlicę chorował mój Tatuś, Emil Gieysztor. Wrócił na Litwę bardzo chory, po ukończonych w 1931 roku studiach na Akademii Handlowej w Antwerpii. W szpitalu wojskowym w Kownie nie robiono nadziei na dalsze życie i zwolniono go ze służby w litewskim wojsku. Dzięki domowej pielęgnacji w rodzinnym Szaltupiu, doszedł do zdrowia. Później, kiedy wyrabiał sobie polskie obywatelstwo, wpisano mu do paszportu, że jest niezdolny do służby wojskowej. Dzięki temu w 1939 roku nie był zmobilizowany i mimo starań, nie przyjęto go do polskiego wojska i obrony kraju. Za to rodzina była razem przez cały okres wojny.

Tadeusz Gieysztor

Młodszy brat, Tadeusz Gieysztor, dziennikarz, tenisista i gimnastyk, dostał stypendium Instytutu Kultury Fizycznej we Wrocławiu, na podyplomowe studia aspiranckie w Moskwie. Wrócił stamtąd wcześniej, w 1951 roku, chory na ciężką astmę, z powodu błędnego ustawienia aparatu przez rosyjską pielęgniarkę /przy leczeniu na grypę/, co spowodowało odmę płuc. Ta rozwinęła się później w gruźlicę. Leczono go na koszt państwa /poczuwano się do odpowiedzialności za utratę zdrowia/ w różnych sanatoriach, w kraju, w Bułgarii /8 miesięcy/ i Jugosławii – w Dubrowniku /2 lata/. Umarł na gruźlicę w 1967 roku w Piasecznie, osierocając żonę i troje dzieci.

Na gruźlicę zachorowała również w 1922 roku  Zofia/Zitka Komorowska, siostra Mamusi, po drugim roku Ecole de Science Polittique w Paryżu. Bardzo zdolna, musiała przerwać studia. Matka pojechała z nią na kurację do niemieckiego sanatorium w Obersdorf, w Ardenach. Po ojcu Michale Romerze, który zmarł w 1920 roku, odziedziczyła 1000 dolarów ulokowanych w Dresdner Bank. W drodze powrotnej, w Berlinie, wspominała, uczestniczyły w festiwalu wagnerowskim w Stadsopera.

Z chorobą Heine-Medina/polio zetknęłam się, gdy wybuchła w Polsce jej epidemia, w 1951 roku. Jeździliśmy z Leśniczówki do kościoła w Paczkowie. Wjeżdżając do miasteczka naszym konnym wozem ciągnionym przez Eleganta, mijaliśmy szpital zakaźny /później dom dziecka/. Gromadzono tam zarażone dzieci z okolicy. Naprzeciw był cmentarz, gdzie chowano ofiary epidemii, zaplombowany na wiele lat. W warownym, XIV wiecznym kościele, siedzieliśmy wysoko na balkonie, żeby nie kontaktować się z ludźmi i unikać ewentualnego zarażenia. Masowe szczepienia na polio wprowadzono w Polsce dopiero w 1959 roku.

Na czerwonkę bakteryjną/dyzynterię poważnie zachorowała w czasie wojny moja siostra Lula. Niemiecki lekarz doradził karmić odwodnione dziecko, tartymi, kwaśnymi jabłkami i została uratowana.

Szkarlatynę/płonicę przeszłam w 1955 roku. Byłam wówczas drugi raz z Jadwisią, na trzymiesięcznym turnusie, w prewentorium przeciwgruźliczym dla dzieci z Górnego Śląska. Mieszkaliśmy na górze, w pięknym zamczysku, w Szczytnej Śląskiej. Chorobę odkryto u jednego chłopca, po nim u mojej koleżanki Basi z Jaworzna, a na końcu mnie zawieziono do zakaźnego szpitala w Szczytnej, prowadzonego przez siostry zakonne. Na szczęście, oprócz nas trojga, nikt więcej z trzystu dzieci turnusu się nie zaraził.

Przez pierwszy tydzień obowiązywało przymusowe leżenie w łóżku, ale potem, kiedy gorączka ustąpiła, mogliśmy przebywać w ogrodzie, na kocach rozłożonych na trawie. Był czerwiec i piękna pogoda. Rodzice odwiedzili mnie tylko raz i widzieliśmy się przez szybę. Przywieźli mi Trylogię Sienkiewicza i zamówioną chałwę. Zjadłam jej od razu za dużo i bolał mnie brzuch. Trylogia z domowej biblioteki musiała niestety zostać w szpitalu. Nie dało się jej odkazić żelazkiem strona po stronie, tak jak prasowano listy do domu. Pamiętam, że bardzo podobał mi się ten chłopiec z prewentorium i śpiewałam aktualną wtedy piosenkę „Bo mój chłopiec piłkę kopie, wczoraj bramki strzelił dwie”…

Latem 1963 roku zapanowała we Wrocławiu epidemia czarnej ospy. Zachorowało 99 osób. Bez zaświadczenia o przebytym szczepieniu, nie można było opuścić miasta. Czarna ospa zapanowała w lipcu i sierpniu, w czasie wyjazdów na wakacje i kiedy w przedziale pociągu ktoś się przyznał, że jedzie z Wrocławia, robiło się pusto. Całą rodzina planowaliśmy wyjazd nad morze, do Gdańska-Oliwy. Wiadomo było, że po zaszczepieniu się można szczepionkę mocno odchorować. Ja byłam uodporniona od czasu powojennego szczepienia na ospę, rosyjską szczepionką, po której ciężko chorowałam. Mówiło się, że te same zastrzyki dostawały konie i dzieci.  Teraz, wiedząc, że nikt z nas nie mógł być zarażony, bo nie opuszczaliśmy naszego domu i ogrodu, postanowiliśmy, że uciekniemy z Wrocławia, a zaszczepimy się, gdy będziemy wracać. Nie chcieliśmy uniemożliwiać sobie kąpieli w Bałtyku i wyjechaliśmy polnymi drogami unikając kontroli na rogatkach miasta. Po wspaniałych wakacjach u gościnnej cioci, zaszczepiliśmy się w Ośrodku Zdrowia w Oliwie. Wracaliśmy do Wrocławia bezpieczni, ale Tatuś nasz po tej szczepionce jednak ciężko zachorował, a w miejscu zastrzyku miał długo ropiejący wrzód. Na pewno w tym stanie nie mógłby się kąpać w morzu.

W podwrocławskiej miejscowości Szczodre był szpital zakaźny, gdzie przebywali chorzy na czarną ospę, kilka lat wcześniej była tam odizolowana i leczona na żółtaczkę zakaźna, Mamusia Litka. Nabawiła się jej w ośrodku zdrowia, podczas pobierania krwi niezdezynfekowaną igłą. Potem nosiliśmy zawsze własne igły, kiedy robiono nam próby. Dobrze pamiętam dojazdy do Mamusi, z którą można było widzieć się tylko na odległość. Dowoziło się jedzenie, bo szpitalne było ubogie. Jadąc na dworzec tramwajem z bańka rosołu, o mało nie wpadłam pod koła. Ludzie wciągnęli mnie do środka w ostatniej chwili. Ja zdesperowana, żeby zdążyć na pociąg, nie puszczałam tramwajowego uchwytu.

Wirusowe zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych /meningitis/ przeszłam dwukrotnie. Pierwszy raz w maturalnej klasie, w Szymanowie. Z wysoką gorączką i bólem głowy przeleżałam trzy tygodnie w izolatce/infirmerii. Sprowadzono lekarza i dostawałam zastrzyki antybiotyku. Była obawa, czy będę w stanie zdawać maturę, ale zdałam. Był to rok 1962.

Drugi raz zachorowałam po powrocie z Bułgarii, w lipcu 1969 roku. Prowadziłam w czasie urlopu z NBP, wycieczkę orbisowską do Drużby. Były szalone upały, które mnie bardzo zmęczyły. Po powrocie odwiedziłam chorego kolegę, którego odwiozłam do szpitala. Stwierdzono u niego zapalenie opon mózgowych i przez ten kontakt się zaraziłam. Następnego dnia, w drodze z pracy, dostałam wysokiej gorączki i prawie zemdlałam na ulicy. Karetka zabrała mnie do tego samego szpitala zakaźnego na ul. Traugutta, gdzie leżał Ryszard. Jego stan był cięższy. Leżałam na sali z wieloma pacjentkami. Od ich rozmów pękała mi głowa, raziło światło świecących nade mną świetlówek. Nie mogłam się ruszyć. Ponieważ byłam szczupła i mogłam wygiąć kręgosłup w pałąk, studenci medycyny praktykowali na mnie robienie trudnych punkcji pobierania płynu z rdzenia kręgowego. Uczyli się trafiania pomiędzy kręgi tak, aby nie uszkodzić nerwów. Po punkcjach nie wolno było wstawać przez parę godzin i często nie mogłam się doprosić o „basen”. Potem antybiotyki zaczęły pomagać i było lepiej. Z Ryśkiem spotykaliśmy się na schodach między piętrami męskim i żeńskim. Zabroniono nam jednak tych randek. Nie wiedział, że codziennie dostawałam wielki bukiet róż od innego adoratora. Aż zabrakło nie tylko wazonów na nie, ale też nocników. Ale to inna historia. Po wielu tygodniach spędzonych w szpitalu, skierowano mnie do sanatorium w Kamieniu Pomorskim. Gdy miałam wrócić do pracy, do mojego oddziału, Narodowego Banku już nie było. Trafiłam do nowego.

Elżbieta Gieysztor, Bułgaria 1969

Na ostre zapalenie ślepej kiszki trafiłam do szpitala św. Józefa we Wrocławiu, gdy już kiszka pękła. Rezultatem, widocznie niezbyt udanej operacji, były zrosty na całe życie. Pojechałyśmy wtedy z Jadwisią na kolonie letnie do Pucka. Miałam około 12 lat. Wszyscy się kąpali, a mnie wolno było wchodzić do wody tylko do kolan. Z mojej rany na brzuchu jeszcze sączyła się ropa.

Kolejnymi ofiarami pękniętej ślepej kiszki był brat Jerzy, a potem Tatuś Emil. Chcąc zrobić przyjemność Tatusiowi, bez przemyślenia, zanieśliśmy mu do szpitala książkę Wiecha /Stefana Wiecheckiego/. Biedny, dopiero co operowany Tatuś, śmiał się serdecznie, ale równocześnie skręcał z bólu.

Na nierozpoznany atak ślepej kiszki zmarła w 1986 roku teściowa mojej siostry, Władysława Staniszowa. Akurat Jadwisia wyjechała z Sobótki na tygodniowe szkolenie, zostawiając teściową pod opieką, gdyż ta źle się czuła. Kiedy wróciła było już po operacji, ale P. Staniszowa jej nie przeżyła.

Mamusia Litka wspomina:

„Gdy miałam ok. 4 latka /1912 r/, spacerowałam wraz z mamą w parku kowaliskim i wyciągnęłam ręce do obcego psa. Był wściekły. Pogryzł mnie trochę, ale Mamę mocno, bo mnie broniła. Uratował nas wynalazek Louisa Pasteura. Zaraz pojechałyśmy koleją do Wilna, do mamy najmłodszej siostry, Cioci Maryni Romerowej, na 21 zastrzyków z surowicy, dość bolesnych. W obawie przed wścieklizną, wystrzelano wszystkie nasze kochane psy: Colly, Roksane, Mrówke”.

Mamusia kochała zwierzęta, ale może dlatego do naszych mieszkań psy nie miały wstępu. Były tylko na podwórku, aby pilnowały domostwa. Teraz w okresie epidemii Corona-wirusa, współczuję wszystkim miejskim posiadaczom psów – tam, gdzie jest zakaz wychodzenia z domu.

Elżbieta Gieysztor Ingvarsson

Sztokholm, 2020.03.30

Lämna ett svar