To nie jest zajęcie dla przyzwoitego człowieka

Nie lubię wieczorów autorskich. Ale jeżeli byłbym zmuszony wybierać między ospą a malarią, to jednak wolę uczestniczyć w spotkaniu ze mną poetą, niż ze mną prozaikiem. Jako poeta mogę mówić mniej, bo poeta przeżywa do wewnątrz i o tym każdy wie. Pomimo to przyjmuję oczywiście każdą propozycję. Cóż, samo życie.

Czego nie lubię najbardziej, to gadania. Czytać mogę, lubię i podobno nieźle mi to idzie. Z powodu konieczności gadania staram się w miarę możliwości tak sprawą pokierować, żeby na osobę prowadzącą zaprosić elokwenta nadzwyczajnego. Wtedy wystarczy siedzieć i robić mądrą minę. Albo zadumaną, gdy spotkanie z poetą.

I tak to idzie. Siedzę sobie, prowadzący nawija, a następnie zachęca słuchaczy aby stawiali pytania, a ludzie spuszczają głowy i udają, że ich nie ma, bo o co tu pytać: Co poeta myślał jak myślał? Pierwszy przeważnie wyrywa się nawiedzony. Albo wariat się zgłasza, zawsze się jakiś znajdzie. Wstają i z rozmazanym posłannictwem lub szaleństwem w oku, jadą bez zatrzymania czas dłuższy. Ci co najdłużej, to moi faworyci.

Pamiętam debiut, pierwsze spotkanie autorskie. Nie nie, przepraszam, to drugie było. Pierwsze urządził mi LGG w OPONie, po wydaniu debiutanckiego tomiku wierszy. To o którym myślę, prowadził Tomasz Jastrun, młody wówczas i nieopierzony dyrektor Instytutu Kultury Polskiej, sam poeta. Czytałem wiersze i czytałem, a co spojrzałem na Tomka, to kiwał głową żeby dalej.

Potem była dłuższa dramatyczna cisza bo nadaremnie oczekiwaliśmy, że słuchacze będą mieli coś do powiedzenia. Wreszcie wstał siwy pan i rzekł, że owszem, słuchał z zainteresowaniem, ale czy może mam przy sobie jakiś tomik z prawdziwą poezją. A jeśli szczęśliwym trafem Konopnicką miałbym, to już byłby zupełnie szczęśliwy, ponieważ panią Konopnicką uwielbia i może słuchać bez przerwy.

Innym razem spotkanie prozatorskie było. Musiałem mówić i coś mówiłem, zahaczając nieopatrznie – leciutko i niewinnie, aż tak głupi nie jestem żeby zadzierać z sutannami na poważnie – o wiarę. Wtedy wstał masywny pan w wieku słusznym i rzekł mocnym a groźnym głosem, że on sobie nie życzy abym mu tu kalał. Stuliłem uszy, bąknąłem jeszcze parę zdań i zamilkłem, ale do końca obserwował mnie uważnie, czułem się jak przed sądem skorupkowym.

Teraz wariaci pojawiają się sporadycznie, może znaleźli lepsze miejsce? Za to nawiedzonych jakby troszkę więcej. Niektórzy twierdzą, że to dlatego, że ojczyzna znormalniała. Może, ale pewności nie ma, coś mało na to dowodów.

W PLUTcie (Polska Ludowa Towarzyszy) to pisarz miał życie! Nie żebym sam doświadczył, ale słyszałem niejedno. Był taki miesiąc w którym pisarze, a szczególnie już poecie, potrafili nastukać dudków na cały rok. Władza ogłosiła bowiem maj Dniami Oświaty Książki i Prasy, a w tej rozległej definicji mieścił się każdy kto zdołał utrzymać w ręku pióro. Literaci krążyli po Polsce jak rój pszczół, od miasta do miasta, od jednej wiejskiej biblioteki do drugiej, od domu kultury do szkoły, i bezwstydnie chałturzyli.

W sztuce panowała suwerennie i niepodzielnie muza socrealizmu i nasze gimnazjum odwiedził poeta ludowy Ozga-Michalski. Pierwszy do auli wszedł dyrektor szkoły, za nim poeta, a za poetą smuga gorzelnianego chuchu. Dyrektor coś zaczął mówić, ale poeta wstał, wyjął z teczki kartki i rozpoczął: Po południu wreszcie przywieźli z powiatu knura…. i tak ciął socrealistycznie przez bez mała dwie godziny, wypalając w międzyczasie paczkę papierosów i pół.

Pamiętam również spotkanie z parą Centkiewiczów. Oboje krążyli bez przerwy po Islandii, Grenlandii i o ile to możliwe jeszcze dalszych północnych wertepach, a potem pisali o tym książki. Antoni Słonimski nadał im honorowy tytuł „Żydzi Polarni”.

Chodziłem również sam na spotkania autorskie i inne. To z Dygatem, to z Siemionem, Hanuszkiewiczem, Holoubkiem, Konwickim. Dygat mówił o Hłasce, że ten zdradził bo uciekł z PLUTa, Siemion udawał chłopa, Hanuszkiewicz pozwalał się tylko oglądać z lewego profilu bo podobno miał ładniejszy (Łapicki wolał z prawego), Holoubek wsłuchiwał się z uznaniem w swoje mądre słowa i timbr głosu, Konwicki był na bani i nawijał coś o sobie ogromnie macho.

Tu, w Sztokholmie, też chodzę. Na paru chodzę, na paru nie chodzę, ale nie powiem na których nie chodzę bo co się mam znowu narażać. Wystarczy mi co się działo po książce „Zapiski z przyjacielem w tle”, którą nieopatrznie napisałem. Jedni nie podawali mi ręki bo o nich napisałem, inni się nie odkłaniali bo pominąłem.

Introdukcja miała miejsce w Instytucie, którym wówczas władał dyrektor Cegielski. To się odbyło mniej więcej tak: Bubu nawymyślał mi od garkotłuków, Redaktor chciał mnie do sądu podać, pani Alusia przeszła demonstracyjnie na per pan, Moszkowicz wrzucił do rynsztoka, Rzewuski zbluzgał. Reszta tylko nawymyślała.

Chyba polubiłem spotkania autorskie.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar