W objęciach zarazy

Szukam słów prostych i krótkich zdań, by wyrazić co czuję w obliczu tego, co mnie u schyłku życia spotkało. Jestem grubo pod kreską „strefy ryzyka”, jak mówi się o umieraniu na zarazę nazywaną pandemią. Pamiętam, jak przez mgłę, ale pamiętam, mord dokonywany na Warszawie, na nas, w 1944 roku. Siedzieliśmy w piwnicy, słuchali gromów bomb, i serca nam stawały, a głosy drżały razem z murami.

Dziś nikt mnie nie bombarduje, ale czuję podobną bezsiłę. Nie wychodzę z domu, a jeśli muszę, patrzę z obawą na ludzi mijających mnie zbyt blisko. Niezręcznie naciskać klamkę łokciem, a kodu w sklepie i na słupku parkingowym zupełnie niemożliwe. Robię to w rękawiczkach, ale co z nimi potem, w domu? Prać? Wyrzucić? Trzeba o tylu rzeczach pamiętać w nowy sposób.

Czy istnieje obowiązek pamiętania? Nie, tak jak nie ma obowiązku miłości. Myślę, że to co się dzieje (w ogóle) czyni z nas pionierów czegoś zupełnie nowego. Jesteśmy uczestnikami ewolucji opartej nie na genach, a kulturze. To może oznaczać, że przyszłość będzie zupełnie inna niż przeszłość. Sądzę, że epidemia koronowirusa niesie nie tylko śmierć, ale także nowy porządek.  Wiele ludzi – większość myślę – widzi przyszłość w posępnych barwach. Nasz ziemski mikro system zdaje się wyczerpał już swoje zasoby, tak materialne jak niematerialne, w ogóle wszystkie, Ziemia zmaga się z przeludnieniem. Wielki rosyjski wizjoner  Konstantin Ciołkowski pisał:

Jesteśmy uwięzieni na tym okruchu pyłu. Twierdził, że Ziemia to tylko punkt odbicia.

Rodzi się chyba z wolna świadomość, że będziemy uczestniczyć w eksperymencie organizowania nowego życia we wszechświecie. Jesteśmy w drodze do gwiazd, szepcze natura duszy i potakują futurolodzy. Zajmie nam to jeszcze kilkaset lat, ale co by nie mówić jesteśmy w drodze. Chyba że to czyjaś zabawa, ktoś bawi się nami jak my klockami lego.

Słyszałem takie zdanie: Im więcej wiemy o wszechświecie, tym bardziej wydaje się bezsensowny. Nie sądzę, uważam że życie, w ogóle istnienie, jest sztuką, nie nauką! Jak daleko sięgnąć w pamięć świata, zawsze było tak, iż sztuka życia nadawała sens istnieniu, ale piękno i mądrość były (i są!) w mniejszości. Zawsze tak było, ale dopóki istnieją, dopóty świat ma sens. Najważniejsze, że nie rezygnujemy z poszukiwań.

A Bóg? Co z Bogiem? I zaraz następne pytanie. Co ze śmiercią? Boga wolałbym nazywać Duszą Wszechświata. Duszą z którą się po śmierci łączymy, zachowując swoją inteligencję i niektóre wspomnienia. Gdyby tak było oznaczałoby, że się z naszą inteligencją dokładamy się do super wiedzy i arcymądrości? No nieźle! Możliwe, że Duch Wszechświata i umysł, nasz umysł, to to samo.

I jeszcze jedno. Nie jesteśmy maszynami! Nie jesteśmy, bo posiadamy aspekt moralny, który jest cząstką umysłowości Duszy Wszechświata. Aż się uśmiechnąłem do tej myśli: To znaczy, że poprzez  umysł jesteśmy krewniakami z Bogiem?

Tu bym się jeszcze dołożył jedno. To, co fascynuje człowieka jak ludzkość stara, mianowicie nieśmiertelność. Nie ma w tym śladu minoderii, gdy powiem, że od długich lat zastanawiam się nad odejściem. Nie jestem już tak sprawny jak kiedyś i to się nie zmieni. Czeka mnie dalszy zjazd, obsuwanie się.

Cóż, gdyby nieśmiertelność była realna, sprawy mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Na całe szczęście nie jest możliwa, bo trudno sobie wyobrazić postęp i rozwój, w ogóle bycie, gdybyśmy się starzeli równocześnie. Nie mówiąc już o prokreacji.

Co by nie mówić, na razie mamy narodową kwarantannę (pisane 31.03.20) i można trochę poproroczyć. Gdy miną tradycyjne trzy kwartały, napotkamy nowy problem, wysyp na tym najlepszym ze światów ponad kontyngentowej porcji progenitur. Efekt – jak kiedyś w Nowym Jorku – zdyscyplinowanego przestrzegania niewychodzenia z domu obywatelek i obywateli Rzeczpospolitej.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar