Róbmy swoje. Rozmowa z prof. Stanisławem Brzozowskim

Za fenomenem profesora Stanisława Brzozowskiego stoi jego doświadczenie zbierane przez lata, chociażby gdy był uznanym solistą Pantomimy Wrocławskiej Henryka Tomaszewskiego w latach 50-tych i 60-tych, a także wykładowcą w Teatrze Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu. Wielokrotnie był nagradzany. Zanim trafił do Szwecji w 1969 roku prowadził zajęcia u słynnego Eugenio Barby, i w ten sposób karierę solisty pantomimy, zamienił na pracę dydaktyczną. Szybko okazało się, że metody dydaktyczne Brzozowskiego znalazły uznanie zarówno kadry profesorskiej, jak i samych studentów. Znany reżyser i aktor Lars Rudolffson, uznaje Brzozowskiego za swego mentora, podobnie zresztą jak jeden z bardziej znanych dzisiaj aktorów szwedzkich, Dan Ekborg. Trudno było wyobrazić sobie szkolenie aktorów bez Brzozowskiego, nazywanego tutaj ojcem szwedzkiej pantomimy.

Jesteś profesorem pantomimy, ale czym zajmujesz się w swojej pracy w Szkole Teatralnej?

St.B: – Zajmuję się tym, co interesowało mnie od bardzo dawna: kształceniem aktorów, którzy myślą ciałem. Bo aktora radiowego słuchamy, a aktora scenicznego w pierwszym rzędzie oglądamy. Słuchanie jest czynnością bardziej automatyczną. Podbudowa tego słowa rodzi się w ciele.

To chyba bardzo ważna sprawa, jeśli chodzi o kształcenie aktorów?

— Mam satysfakcję, że zostało to dostrzeżone i w jakiś sposób uznane. Zresztą, ja kieruję się zasadą sformułowaną przez Młynarskiego: róbmy swoje, nie patrzmy na to jak inni to oceniają i co o tym sądzą. Ja staram się, by praca była w pierwszym rzędzie interesująca dla mnie, bo każda lekcja to taki show. Jak w jazzie: mam temat, ale nieco improwizuję podczas zajęć, bo najgorsza jest nuda.

Czy spełniasz się bardziej jako pedagog, czy nie brak ci tej sceny, na której kiedyś sam występowałeś jako mim?

— To pytanie często zadają mi studenci. Ja znalazłem swoją niszę i wydaje mi się, że jest ona ciekawa. Stoję na scenie codziennie: staję przed studentami, ale z tą świadomością, że w każdej chwili mogę z tej sceny zejść. Jak się wchodzi na prawdziwą scenę, to trzeba na niej trwać do końca. W pracy pedagogicznej dzieją się takie rzeczy, które bardzo inspirują, których często nie da się powtórzyć. A scenę odbieram jako swego rodzaju powielanie. Najciekawsze jest to, jak się tworzy, a gdy się odtwarza, to już nie ma tej samej przyjemności. To oczywiście moja bardzo osobista ocena. Są ludzie, którzy kochają właśnie to powielanie – które w zasadzie nie musi być powielaniem, bo każde przedstawienie może być nieco inne. Ja natomiast czuję, że im człowiek jest starszy tym ma więcej wymagań w stosunku do siebie. 10 lat temu odważyłem się wejść na scenę, chociaż robiłem tylko współreżyserię z Jurkiem Sawką. To było bardzo męczące, wymagało olbrzymiej koncentracji. Ta koncentracja to odganianie tych codziennych myśli. A to wymaga samokontroli na czasami pół godziny albo dłużej. W pracy ze studentami wystarczy parę minut. Ważne jest także to, że studenci inspirują, są młodzi, głodni, poszukują.

Kiedyś w innym ze swoich wywiadów wspominałeś, że początki pracy w Szwecji nie były łatwe…

— Na początku uważano mnie niemal za dyktatora. W Polsce panowała pewna hierarchia w teatrze. Sprzątaczka to była sprzątaczka, a reżyser to był reżyser. Ale nie to było najważniejsze. Chodziło o to, że miało się większy respekt dla ludzi starszych. Ja byłem nauczony, że należy z siebie dawać maksimum i żądałem w zamian maksimum. Pamiętam pierwsze wykłady w Szkole Teatralnej. Zaczynaliśmy o dziewiątej. Przychodziłem już o wpół do dziewiątej, byłem gotowy i czekam. Minutę po 9-tej ktoś wchodzi, później powoli inni. Trochę to trwało. Jak już wszyscy się zebrali zapytałem, czy oni mają w tym kraju demokrację. Oczywiście, mówią. To znaczy, że należy to szanować, również i mnie. Jeżeli ja potrafię być punktualny, to oni powinni również. Doszliśmy „demokratycznie” do wniosku, że punktualnie o 9 zamykamy drzwi na klucz. Wtedy zrobił się szum na całą szkołę, że wprowadzam nowe porządki. Ale ja wiem, że ta praca wymaga koncentracji i dyscypliny.

Gdy znalazłeś się w Szwecji, był to dość szczególny czas, koniec lat 60-tych…

— To rzeczywiście były czasy dziwne. Te lewackie prądy były bardzo silne, a ja miałem uczucie, że z jednego komunizmu trafiłem w inny komunizm. Ja przez pewien czas byłem traktowany niemal jako burżuj i wróg klasowy tej młodzieży, która była bardzo lewicująca.

Wkrótce uznany zostałeś za ojca szwedzkiej pantomimy…

— Czytam o historii szwedzkiego teatru i dowiaduję się, że wielu aktorów interesowało się pantomimą, widziało tam korzenie aktorstwa. Jeździli do Paryża i stamtąd czerpali inspirację i naukę. Być może więc trafiłem na dobry grunt, a ponieważ nie było innych, to udało mi się zyskać pewien autorytet. Ale moja pantomima to nie jest tomaszewszczyzna ani Marcel Marceau, to raczej coś, co sam u siebie wyhodowałem, bazując oczywiście na naukach tych wspomnianych. Głównie Tomaszewskiego.

Czy pantomima to sztuka, która już przeminęła? Nie ma na nią mody?

— Pewnie coś z tą modę jest. Pantomima przeżywała renesans w latach 50-tych. Wtedy zaczęły powstawać teatry pantomimy: Gest, Teatr Pantomimy i Grupa Fjalka. Póź-niej rynek się nasycił i coś innego zaczęło być modne. Jeszcze później znowu to wróciło. Rodzą się nowe generacje i odkrywają pewne rzeczy na nowo. Pantomima to nadal jest sztuka bardzo trudna i bardzo interesująca. Ludzie są znużeni tym ciągłym gadaniem, a ruch trafia do widza bezpośrednio. Nie poprzez intelekt, ale poprzez uczucie.

I nie masz tu na myśli filmów akcji…

— Mówimy o TEATRZE.

Jakbyś ocenił sztukę aktorską w Szwecji?

— Ja od 1974 roku wychowałem już parę pokoleń aktorów. Ale to jest tak, jak z winem. Jest rok, że jest znakomite wino i znakomici aktorzy. Sporo ludzi, którzy wyszli z tej szkoły, siedzą w tej branży i odnoszą sukcesy, ale większości przychodzi to trudniej i działają jakby w szerokim obszarze teatru czy też sztuki aktorskiej. Ale ze statystyk wiem, że z mojej linii, pantomimy, jest najmniej bezrobotnych.

Czym to jest spowodowane?

— Moi studenci od początku uczą się pracować sami i tworzyć sztukę sami. Czyli nie czekają na gotowe sztuki i reżyserów. Od pierwszego tygodnia nauki, w czwartki, pracują nad własnymi etiudami, w piątki je pokazują. Przez trzy dni pracujemy nad techniką. Wydaje mi się, że to uczy ich samodzielności. Może dlatego, że nie ma gotowych sztuk pantomimy, trzeba je samemu tworzyć.

Czy jest jakaś różnica w szkoleniu aktorów w Szwecji i w Polsce?

— Nie wiem. Chciałbym kiedyś pojechać do Polski i zobaczyć to.

Do tej pory nie dostałeś żadnej propozycji, by przyjechać do Polski na gościnne wykłady?

— Nie. Kiedyś była mowa o tym, że Instytut Polski w Sztokholmie chciał taką wymianę zaaranżować, ale nic z tego nie wyszło. Taka wymiana bardzo byłaby korzystna, gdyż uważam, że polska szkoła jest znakomita, z tego co widzę w telewizji, w teatrach…

Nadal?

— Tak! Nadal! Nie chodzi mi o aktorstwo w serialach, ale o tych najlepszych aktorów. Taki kontakt byłby interesujący, by wymienić idee.

Czy czujesz się doceniony w Szwecji?

— Trudno mówić o sobie. Jestem dość zamknięty w swojej pracy, i po prostu… robię swoje. Ale myślę, że pracujący tutaj w Szwecji Polacy, którzy działają w obszarze Sztuki, wnoszą coś nowego. Inną kulturę do tej kultury. Poszerzamy ją, mamy inne perspektywy. Przez te niemal czterdzieści lat wszedłem w kulturę szwedzką, trochę ją poznałem, nie do końca. Ale nie zapomniałem o swoich korzeniach. I mam inne spojrzenie, niż ktoś, kto siedzi tylko w jednej kulturze.

Rozmawiał: Tadeusz Nowakowski

Wywiad publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w 2009 roku
Foto: Archiwum

Lämna ett svar