ZYGMUNT BARCZYK: Emigracja: kapitał, który przyniesie owoce

Wyjeżdżając z Polski, nie mieliśmy pojęcia, czemu przyjdzie nam sprostać. Dziś wiem, że trud okiełznywania obcości to podarunek losu – pisze emigrant pokolenia ”Solidarności” Zygmunt Barczyk.  Wyskok za bałtycką kałużę okazał się wyprawą na inną planetę. Wtedy, latem 1983 r., w obozie dla uchodźców politycznych w Öxelösund, po paskudnych przejściach w Kraju, Szwecja wydała mi się rajskim ogrodem.

Zaproszeni do przestronnych mieszkań w sennym miasteczku, sami będąc kłębkami nerwów, nie radziliśmy sobie z nieoczekiwaną idyllą. Niektórzy z naszych przylecieli niemal bezpośrednio z więzień. Raz po raz budziłem się oblany potem. Dokuczał uporczywie powracający sen: otwieram oczy, patrzę przez okno – jestem na powrót w dekoracjach stanu wojennego. Obrazy szwedzkiej idylli okazują się sennym marzeniem. Nie mogę się ruszyć, chce mi się wyć.

Kolejne przebudzenie. Za oknem łąka ukwiecona i dorodny las. Kosztuję powietrza – nie, nie ma smaku Katowic. Uczucie kosmicznej ulgi . To nie zwidy, to jednak jawa. Z tej radości posyłam córkę po kanie rosnące na łące, widzę je za oknem. Panierowane smakują jak schabowy, a może i lepiej, bo są gratis. Z zasiłku dla przybyszy wiele się nie zwojuje, a i tak wielu naszych odkłada dla krewnych.

Kupujemy kremy i proszki na spółkę z innymi rodzinami, posyłamy pięciokilowe paczki kawy do bliskich w Kraju. Tu to zwykły napój, tam solidna waluta. Z desek odzyskanych ze skrzyń z przywiezionym dobytkiem majstrujemy pierwsze meble.

Czekała nas nauka pokory

Z zauroczenia nową jawą wyprowadza mnie kurs języka. Jak go przyswoić? Uczymy się nowych reguł, wymawiamy proste zwroty, składamy zdania. Im dalej w las, tym większy czuję niepokój. Przecież nauka języka obcego we własnym kraju to nie to samo co nauka języka tubylców w ich kraju.

Każdego dnia naszego mozołu przeżywam wstyd, że w rozmowie z miejscowymi i tak wyjdę na głupszego. Czeka mnie więc nauka pokory. Trzeba będzie pójść w życie bez starych sztuczek na podorędziu; bez dobrze oswojonych figur retorycznych, bez szansy na zabawne aluzje czy przekorną mowę ironii.

Część z naszych podejmuje pracę zaraz po początkowych kursach. Kusi szybka stabilizacja. Ich zawodowe umiejętności zasługują na lepsze oferty, ale język jeszcze toporny. I takim już u wielu zostanie. Przy prostych zajęciach, wśród nienawykłych do rozmów Szwedów, przy skąpych kontaktach towarzyskich, uzyskają nie więcej, niż wymaga tego proste obcowanie ze znajomymi z pracy czy sąsiedztwa.

Nie wnikając głębiej w język, trudno wejść w kraj. Nie sposób być ze Szwedami, co najwyżej jest się obok nich. Trudniej wtedy poznać ich myślenie, ich zachowania, nie sposób pojąć tego wszystkiego, co ich kształtuje. Można z tym żyć, czemu nie. Znam Polaków przybyłych do Szwecji dziesiątki lat temu, których język szwedzki nadal jest kaleki. Więcej w nich też wrogości do kraju emigracji niż u tych, którzy język w porę udoskonalili.

W Szwecji i mistrzostwo w języku nie wystarczy. Do sukcesu wiedzie droga przez bariery ksenofobii i besserwiserstwa. Powstałe z historycznie i kulturowo ugruntowanej obawy przed obcym i obcymi. Im ciemniejsze włosy i im bardziej obcobrzmiące nazwisko się nosi, tym trudniej o akceptację i o dobrą pracę. Podziwiam moją żonę cierpliwie przechodzącą różne kursy, tylko po to, by uznano jej kwalifikacje, które i tak wtedy już posiadała. Dołączała kolejne świadectwa do podania o pracę, żeby choć raczono rzucić na nie okiem. Uporczywe starania dały rezultat. Dziś odpowiada za potężny kawał ekonomii w sporej firmie. Jej i wielu innych przykład pokazuje, że najtrudniej jest ”wejść w system”. Ci, którzy wybrali drogę ku perfekcji języka i znają się na pracy, dotrą do celu – wcześniej, czy później. Choć raczej później i często za mniejsze pieniądze.

Naukowcy, humaniści, ludzie wolnych zawodów mają jeszcze trudniej. Cudzoziemcy z cenzusem akademickim zaskakująco często lądują w pracy polegającej na stemplowaniu biletów do kolejki podmiejskiej.

Jestem regionalistą, po ekonomii. Dzięki pracy w dobrym zakładzie naukowym poznałem aktualne zachodnie modele przestrzenne i samorządowe. Tu, w Szwecji, potrzebowałem okazji do wykazania przydatności, jak i praktycznego szlifu. Tylko jak wejść w ”system”? Wiedziałem, że przeszkodą nie są jedynie zgrzytliwie brzmiące w uszach tubylców moje imię i nazwisko. Musiałem ukryć doktorat, by nie słuchać dłużej wykrętu, że mam zbyt wysokie kwalifikacje. Na niewiele się to zdało. Latami szamotałem się jak ćma. Trochę tłumaczeń, pomoc w kontaktach handlowych, podczepki pod zadania badawcze, poza tym pisanki dla podziemnych pism polskich, czasem głos dla zagłuszanego radia. W weekendy zaś szorowanie szkolnych posadzek albo rozsyłanie gazetek po domach. Nie uczęszczałem na kursy, które mi w pośredniaku sugerowano, bo to był śmiech na sali. Chciałem ze Szwecji uciekać.

Na początku lat 90., po powrocie z Anglii, gdzie przez pół roku pracowałem w sekcji polskiej BBC, pewna życzliwa mi Norweżka, pośrednik pracy, po dłuższej rozmowie postanowiła mi pomóc. Wcisnęła mnie do urzędu gminy, w którym jestem i dzisiaj. Teraz, po latach wędrowania przez jego różne struktury, mam tu ciekawą, wymagającą umiejętności pracę i o wiele lepszą pozycję. Szwedczyzna moja już giętka, choć wciąż zdarzają się lapsusy. Przedarłem się w końcu w domeny pracy „tylko dla Szwedów”, ale i przebiłem pancerz obcości. Jestem tu Polakiem, ale i swojakiem. Aczkolwiek nie próbowałem nigdy szwedczeć na potęgę. Stałem i stoję przy – po mojemu rozumianych – „polskich wartościach”. I sposobie bycia. Co budzi tu szacunek. Moje polskie wychowanie, w połączeniu z tym, co sam uznałem za dobre w „szwedzkości”, pomagają mi we współżyciu. Nie ma już we mnie polskiej megalomanii, więcej zaś jest tolerancji i empatii. Choć wciąż macham rękami, dużo peroruję i chętnie obstaję przy swoim, to staram się też uczyć i od tych, których poglądów nie lubię, a może i nie szanuję.

Od ponad dziesięciu lat znów jestem akademikiem. I tu w Sztokholmie, i tam w Katowicach. Latając regularnie Wizzairem, odwiedzam stare kąty. Sztokholm w kierunku na Nyköping, lotnisko w Skavsta, lotnisko Pyrzowice i same Katowice ułożyły mi się w jeden ciąg urbanizacyjny. Już zapomniałem, że po drodze jest Bałtyk. Jadąc do pracy w urzędzie gminy czy na uczelnię, kieruję się na przedmieście Sztokholmu zwane Huddinge. Jadąc na zajęcia polskie, udaję się w jego nieco odleglejsze forpoczty – do Katowic.

Życie o innych współrzędnych

Oto wyczerpuje się formuła mojej emigracyjności. Zyski? Straty? Oczywiście, zawsze jest coś za coś. Będąc tu, płacimy dyskomfortem tego, że i tak nigdy do końca nie będziemy tu u siebie. Inaczej jest w przypadku naszych córek. Starsza, która szkołę jeszcze na Śląsku rozpoczęła, ma kłopoty z zakorzenieniem, hasa po świecie, jest globalnym obywatelem. Młodsza, tu urodzona, jest do swej szwedzkości przywiązana – ona, przynajmniej jak na razie, czuje, że jest u siebie.

Co po stronie zysków? Lepiej dziś pojmuję, jak sensownie organizować pracę i co dla komfortu życia znaczą rzeczywiste standardy demokracji i służby obywatelowi. Wiem, jak działają wspólnoty i jak się buduje więzi oparte na zaufaniu. Rozumiem lepiej to, jak można się doskonalić, również dzięki pracy zespołowej. Czuję się mocniejszy w mojej profesji.

W Szwecji poznałem dobrą praktykę, świetnych ludzi i mam wgląd w fachowe i nie tylko nowości. I chętnie się tym dzielę z ludźmi w Polsce. Organizuję kontakty: międzygminne, badawcze, kulturalne, handlowe. Nie chodzi mi tu o autoreklamę. Tak czyni wielu moich znajomych. Chodzi o zwrócenie uwagi na konkretny walor naszej emigracji.

Wyjeżdżając z Polski prawie ćwierć wieku temu, nie mieliśmy pojęcia, czemu przyjdzie nam sprostać. Dziś wiem, ze trud okiełznywania obcości to podarunek losu. Swoim studentom: tak tubylcom, jak i ”tambylcom”, mówię: warto próbować życia o innych współrzędnych. To kapitał, który przyniesie owoce, jeśli się chce żyć z szerokich horyzontów i solidnej wiedzy. A uczyć się trzeba od najlepszych, tam, gdzie standardy wysokie – cywilizacyjne i kulturowe. A dziś, jutro, pojutrze, jeśli tylko polskim politykom nie zabraknie wyobraźni, to wyjazdy i powroty na przemian czy też życie ”trochę tu – trochę tam” okażą się czymś zwyczajnym i sensownym. Krajowi przydatni mogą być i Polacy zostający za granicą, jak również i cudzoziemcy przyjeżdżający tam do pracy. Emigracyjność nabiera nowego kształtu. Dla Polski, będącej w fazie ”cywilizacyjnego doskoku” do czołówki taki znany gdzie indziej stan rzeczy może się okazać rozwiązaniem wysoce fortunnym.

Jeszcze dziesięć lat temu irytowały mnie pytania Szwedów o to, czemu nie wracam do Polski, skoro tam wszystko idzie ku dobremu. Nie przyszłoby im do głowy zapytać o to mieszkającego tu od lat Holendra, Niemca czy Anglika. Dziś już mnie nikt o to nie pyta. Niech żyje normalność!

Zygmunt Barczyk

Tekst był publikowany w NGP w grudniu 2008 roku

Lämna ett svar