Swoje miejsce

Moi polscy znajomi, których sporadycznie będąc w kraju spotykam, dziwią się jak można tak się zmienić. Zmieniłeś się, mówią, a w ich oczach widzę dezorientację. Kiwam głową na zgodę, ale w cichości ducha to ja się im dziwię, bo nie zmieniłem się ani o łut. To oni kolosalnie się zmienili!

Tak pobieramy wspólnie – czy oni mają tę świadomość nie wiem, ja mam – lekcję relatywizmu. Co oznaczają słowa „obiektywna prawda”, gdy jesteśmy kroplą w oceanie subiektywizmu, oddychamy nim?

Trudno zaprzeczyć, przewędrowaliśmy, oni i ja, kawałek czasu, ale rzecz w tym, że nasze drogi rozeszły się dawno temu i dziś bardzo się różnią. Mogę mówić tylko za siebie, ale na mojej drodze skala wartości i oceny zmieniła się ogromnie. Kim jestem dziś? Trudne pytanie i nie proste, gdyż, jak każdy człowiek – jestem wiele. Zarzucam na plecy opończę obrońcy spraw, o których po jakimś czasie – za godzinę, za rok, za dziesięć lat – myślę już inaczej. Jaki miałby tkwić sens w posiadaniu przez całe życie tych samych poglądów (z czego wielu jest ogromnie dumnych)? Tym bardziej, że często są zapożyczeniem, głoszeniem poglądów czy prawd powstałych w głowach innych ludzi.

W życiu każdego człowieka jest miejsce na czas walki, oraz czas namysłu i refleksji. Dla mnie czas walki to już historia, nie mam potrzeby podnoszenia bojowych sztandarów. Oczywiście mam szacunek dla flagi, dla religijnych symboli, ale nie są moje. Wiem doskonale, że w ten sposób czynię swoje życie cięższym, bo łatwiej się idzie za przewodnikiem, ale co robić, widocznie tak już ma być, że sam mam przecierać moje ścieżki. Tym bardziej, że intencjom oraz umiejętnościom funkcjonariuszy państwowych, jak także religijnych, ufam średnio.

Wyznam, że nawet lubię ten stan samodzielności. Powiem więcej, myślę, że to się również podoba Bogu. Mojemu Bogu się podoba. Pochylam głowę przed mocą ukrytą za Stworzeniem i nazywam tę energię, tę inteligencję, moim Bogiem.

Szanuję funkcję prezydenta państwa, ale już niekoniecznie człowieka ją piastującego. Nie odbieram katolicyzmu jako zbioru nieprzekraczalnych dogmatów i kanonów wiary które należy absolutnie i bezdyskusyjnie akceptować, bo inaczej przestaje się być dobrym katolikiem. To zbyt uproszczona forma wiary w Boga. Odbieram chrześcijaństwo jako symboliczną formę wyrażania podstawowych prawd o ludzkiej duchowej egzystencji. Niestety życie dowodzi, że wielu panów w czerni nie potrafi sobie z tymi sprawami poradzić.

Gdy podróżuję czasem przez Polskę i mijam ukryte wśród kęp drzew stare wiejskie kościółki – budowanych ostatnio okropnie pompatycznych i brzydkich jak śmierć katedr w ogóle nie oglądam – często zatrzymuję się i wchodzę do środka. Czuję bezpieczeństwo należenia do tej historycznej tradycji, gdyż daje mojemu życiu korzenie i kontynuację.

W pewnej części mojej laickiej duszy mógłbym siebie nazwać katolickim humanistą, ale jednocześnie mam wrażenie, że każdy człowiek winien sam zapalać swoje światełko w swojej ciemności. Inaczej może nawet będzie mu trochę jaśniej, ale to pozorna jasność, będzie świecił światłem odbitym

Na dobrą sprawę nie wiem dlaczego napisałem tych parę zdań, pewnie dlatego, że na razie wiosenny Sztokholm taki ponury, wilgotny, i w ogóle …

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar