Migawki z Australii

Był rok 1988. Po doktoracie objęłam kierownicze stano­wisko przy kontroli leków w Pań­stwo­wym Zrze­sze­niu Aptek. Tego roku kongres Międzynarodowej Federacji Farma­ce­u­tycz­nej, FIP, miał się odbyć w Sydney. W kongresach zwykły brać udział osoby piastujące ważne funkcje w FIP. Inni pracownicy mo­g­li ubie­gać się o wyjazd jeśli mieli do zaprezentowania ciekawe wyniki włas­nych prac ba­daw­czych. Tak się zło­żyło, że przy współpracy z firmą farmaceutyczną ukończyłam akurat interesujące badania. Firma, której zale­ża­ło na pre­zen­tacji wy­ni­ków sponsorowała podróż. Trasa do Australii prowadząca przez Bangkok i Singapore była jednym z etapów naszej podróży dookoła świata. W Australii spędziliśmy dwa tygodnie. To­wa­rzy­szył mi Małżonek, oczywiście na koszt własny. Stwierdził że „ktoś musi nosić walizki”.

Lecimy ogromnym samolotem z barem na piętrze. Przesuwamy zegarki do przodu. Pytamy, czy będą po­da­wać szampana przy przekraczaniu równika. Mówimy, że to nasz debiut w tej dziedzinie, tzn w prze­kra­czaniu równika, nie w piciu szampana. Trochę później pół butelki szampana ląduje na naszym sto­liku. Py­­tamy po czym poznać, że przekraczamy równik. Stewardessa żartuje, że poczujemy wstrząs jak przy wy­boju na szosie. Rano lądujemy w Melbourne, chłodnym o tej porze roku. Nie mamy za­mó­­wio­nego lokum i ze specjalnej tablicy z bezpośrednim telefonem udaje nam się zarezerwować cen­t­­ralnie leżący hotel, spartański, ale czys­ty, z funkcjonujacą prywatną ła­zien­ką, ale ogrzewany tylko nocą. Dresy posłużyły nam tu za pi­żamy ratując od zamarznięcia podczas porannej regenerującej drzemki.

Po 2 godzinach snu wyruszamy na miasto. Niewielkie centrum Melbourne to konglomerat wik­toriańskiej zabudowy Londynu z wysokościowcami Nowego Yorku. Miasto zamiera wraz z zamknięciem sklepów. W napotkanym biurze podróży rezerwujemy wycieczkę na Phil­lip Island, na paradę pingwinów i po południu wyruszamy w drogę. Autokar jedzie kra­wę­dzią parku narodowego, będącego rezerwatem koali. Zanim szofer zdążył zwolnić, doj­rza­łam jedne­go miśka na drzewie eukaliptusowym. Następna koalka siedziała bardzo wysoko, ale trzecia była na wysokości wyciągniętej ręki. Zaklinowana w klasycznej pozie w rozgałęzieniu konarów obejmując gałęzie puchatymi łapkami, spoglądała na nas ospałym wzrokiem,  cudowna ze swoim czarnym noskiem i strzępiastymi usz­ka­mi. Pasażerów ogarnął wtórny infantylizm. Po­waż­ni Japończycy wołali rozpromienieni ”hallo, koala”.

Do zatoki morskiej z wielokilometrowym piaszczystym wybrzeżem dojechaliśmy o zmierzchu. Plaża przechodziła w wydmy porośnięte niską roslinnością, gdzie ping­wi­ny miały swoje jamki. Betonowy amfiteatr i drewniane pomosty ułat­wiały ob­ser­wa­cję. Widowisko rozpoczęło się zgodnie z zapowiedzią punktualnie o godz. 18:20. Było zu­peł­nie ciemno. Scenę oświetlało kilka niezbyt mocnych reflektorów, a sama natura była reżyserem. Na tle ciemnej tafli wody zajaśniała nagle grupa białych brzuszków – jedna, druga, trzecia. Pingwinki szły w tyraljerze, powoli, kołyszącym się krokiem. Potem formowały się w szeregi i mozolnie podążały w stronę wydm. Coraz to nowe grupy wyłaniały się z morza. Przypominało to desant na Normandię. Z pomostów można było przyjrzeć się im z bliska. Nie­które przystawały by czyścić sobie piórka, inne zaczynały się czubić, niektóre wy­da­wały dźwię­ki zbliżone do terkoczącego budzika przerywane śpiewnymi wstawkami. Podobno był to okres godowy. Spotkanie z pingwinami to jedno z naszych silniejszych przeżyć.

Następny dzień spędziliśmy w Zoo. Po raz pierw­szy widzie­liś­my dziobaka w specjalnym akwarium imitującym strumień, tudzież wiele typowo austra­lij­skich, azjatyckich i południowoamerykańskich zwierzaków o egzotycznych naz­wach: liso­po­dob­ne coati, czerwoną pandę, wombaty podobne do dużych świnek morskich, jesz­cze większe ca­py­bara i misiowate malajskie biturongi. No i oczy­wiście kangury, różnych maś­ci i roz­mia­r’w, pewne z nich zwane walaby.

Z kangurami za­poz­naliśmy się bez krat i płotów w ”buschland”, gdzie turyści i kangury spacerowali wspólnie po tych sa­mych trawnikach. Jeden z nich podszedł do mnie i zaczął lizać mi rękę. Gromadki kangurów kicają w koło, matki z ma­­­­­łymi w torbach. Matki szczypią trawę, małe robią to samo wyciągając pyszczki z toreb. Pewien kangur za­leca się do kangurzycy i poszczekuje do niej zalotnie. Kangurze dziecko, za duże aby zmieś­cić się w torbie, wkłada do niej głowę i ssie mleko. Nagle wszystkie zwierzaki stają na tylne ła­py, nadsłuchują, po czym szarżują gromadnie przebiegając obok na jakiś nieuchwytny dla nas sygnał. W spe­c­jalnym żłobku obejrzeliśmy wylęgarnie osieroconych kangurków. W in­ku­batorze na wieszakach wi­sia­ły torby z kos­matego materiału z podłużnym przecięciem. W każdej  był kangurek i wychylał na świat co pewien czas to pyszczek to ucho. Osobny rozdział to koale. Kilka sztuk siedziało na drzewie wsród eukaliptusowych gałęzi umieszczonych w pojemnikach z wodą. Jedne spały, inne wcinały liście – dwa ulubione zajęcia koali. Była tam nawet mamusia z malutkim koalątkiem uczepionym raz jej brzucha, a raz grzbie­tu. Pilnujący wartownik pozwolił nam wejść za ogrodzony teren i obejrzeć je z bliska, niestety bez dotykania. Koale to chyba najsympatyczniejsze zwierzaki świata.

Przed nami droga do Canberry. Dziw­ne, że nie było bezpośredniego pociągu do stolicy kraju. Najpierw jedzie się pociągiem, a potem autobusem. Kraj­o­braz monotonny, głównie pastwiska z masą owiec, które Małżonek chyba pro­bówał liczyć, bo zasnął przy oknie. Trochę drzew i krzaczków, tu i ów­dzie bardziej pofa­lo­wany krajobraz, rzeki, jeziorka-wodopoje. Kolej przystaje w miasteczkach wielkości przeciętnej stacji benzynowej, robiących wrażenie krańca cywilizacji. Widać, że to młody, pionierski kontynent. A przecież jedziemy wzdłuż trasy prowadzącej pomiedzy trze­ma głównymi miastami Australii. Jak musi być w centralnej części tego kraju?

Can­berra leży w głębi lądu, w związku z czym temperatura jest niska, jeszcze chłodniej i ostrzej niż w Melbourne. Zatrzymaliśmy się u znajomych na przedmieściu miasta (co nie oznacza, że Canberra ma środ­mieście). Miasto, a właściwie założenie urbanistyczne, nie ma ludzkiej skali, tu i ówdzie nowo­czes­ny bu­dy­nek wokół sztucznego jeziora, parę małych centrów handlowych i domki jedno­ro­dzinne. Zwiedzamy miasto, nowy parlament z ciekawym dachem porośniętym trawą, po którym schodzi się na poziom uli­cy, i monument w stylu socjalizmu realis­tycz­nego poświęcony ofiarom wojny.

Następnego ranka na śniadanie jemy olbrzymie jajka na miękko, śmiejemy się, że to strusie. Są urodziny Małżonka, celebrujemy je w restauracji wraz z gospodarzami. Wino do posiłku kupuje się w specjalnym ”Bottle shop”. Taki tu zwyczaj! Wieczorem zostajemy odwiezieni na stację au­to­busową. Przed od­jazdem mili gospodarze częstują nas kawą z whisky, aby nas wzmocnić przed podróżą. Machają nam na pożegnanie stojąc pod szyldem ”No standing at any time”.

Podczas jazdy do Sydney mijamy pastwiska, swojskie sosnowo-swierkowe lasy, rozlewiska. Ostatnim miasteczkiem w drodze do Sydney jest Parramatta, znana nam z serialu ”Against the Wind”, gdzie dawni więźniowie zesłani z Anglii, po uzyskaniu wolności, jeździli kon­no ze swych chatek na zakupy. Nigdy nie przypuszczałam, że będę kiedykolwiek w Parra­ma­t­ta.

Hotel zarezerwowany jeszcze w Szwecji leży na King Cross, w – delikatnie mó­wiąc – rozrywkowej dzielnicy. Ruch, sklepy i bary otwarte na okrągło. Turyści przy­jeż­dżają tu specjalnie z wycieczkami. Kilka hoteli, nie­któ­­­re luksusowe, inne chyba wynajmują pokoje na godziny. Masa restauracji, barków na każ­dą moż­liwość finansową, sexklu­by, znar­ko­tyzowane panienki ku swawoli, ofiary dna społecznego śpiące na ulicy. Ale ogólnie at­mo­sfera cie­pła i przyjazna. Poza tą ulicą centrum Sydney z częściowo oświetlonymi biurowymi wieżow­ca­mi wymiera nocą.

Oglądamy ”Syd­ney by night”. Drzewa przybrane światełkami z okazji jubileuszu 200-lecia, tak jak w Szwecji na Boże Narodzenie. Im bliżej morza tym więcej świateł. Wy­so­kościowce w City tworzą zwartą grupę, na przeciwnym brzegu drugie centrum, oba połączone sławnym jednoprzęsłowym, silnie oświetlonym mostem. Na prawo biała sylwetka pod­­­świet­lo­nej Opery.

Następnym rankiem udajemy się do portu, Darling Harbour, gdzie mieści się centrum kongresowe, aby się zarejestrować. Dokupujemy dla Małżonka bilety na pewne atrakcje, które dla mnie są wli­czo­­ne w opłatę kongresową. Kosztują fortunę, oby były tego warte. Port łączy z centrum miasta jednotorowa kolejka ze stacjami w postaci szklanych tub.

Po załatwieniu kongresowych formalności udajemy się stateczkiem na drugą stronę miasta do Ta­ron­ga Zoo. Wysiadamy przez pomyłkę za wcześnie i jakiś nieznajomy mężczyzna również z branży farmaceutycznej, widząc moją kongresową torebkę proponuje nam podwiezienie samochodem. Roz­mowa toczy się …o jakości mikrobiologicznej prezerwatyw, od których ów pan okazuje się być międzynarodowym  ekspertem. No cóż, mam taki paskudny zawód! Zoo pięknie położone na wzgórzu po drugiej stronie Sydney. Cudowne widoki na miasto. Mocno zalesione brzegi, zatoczki i nieregularna linia brzegowa przypominają nieco Sztokholm wi­dzia­ny ze wzgórza Skansenu. Ale tu woda bardziej błękitna, zieleń bujniejsza, zabudowa bardziej imponujaca. Pogoda wspaniała mimo iż to tylko przedwiośnie. Zoo ładne, ale duży tłok bo niedziela i za bardzo skomercjalizowane.

Uroczyste otwarcie kongresu odbywa się w Operze, spektakularnym budynku o surowym pięknie. Architektem był Duń­czyk a ceramiczny materiał dachu pochodzi ze szwedzkiego Höganäs. Konstrukcja przy­pomina, w za­leż­ności od położenia i wyobraźni, albo gigantyczne muszle, albo żagle na wie­trze, czy nawet szczęki re­kina. Wnę­trze Opery w czystym stylu skandynawskim ale już nadszarpnięte zębem czasu prosi o renowację. Po południu czekają nowe przeżycia, Australia Spectacular. W po­r­cie, pod dachem, w ogromnym halu dla pasażerów stworzono Australię w miniaturze. Wśród snop­ków siana lokalne atrakcje: rąbanie drzewa, strzyżenie owiec, zagrody z kangurami, koa­la­mi i wom­bat­ami. Orkiestra z buszu przygrywa, prządki obracają kołowrotki. A do tego stoły, jedne ze stertami serów i owoców, inne pełne pieczonego mięsiwa. W barach leje się wino i pi­wo. Całe wy­tworne towarzystwo, światowa ”elita” naukowa rzuciła się jak wygłodzona szarańcza na se­ro­we stoły, które stały na widoku. Olbrzymie bochenki chleba, służące do de­koracji, ro­ze­r­wano na kawałki i porzucono bo okazały się czerstwe. Resztki z owoców walały się na obrusach i po­dłodze. Stanęłam koło góry truskawek i ją po­chło­nęłam. Małżonek kur­sował pomiędzy serami i barem. Na pieczyste, które stało w głębi sali zabrakło nam siły. Resztę czasu spędziliśmy na kontemplowaniu koali, które zupełnie nie przej­mując się wrzawą, jadły eukaliptusy i od czasu do czasu zapadały w drzemkę. Moż­na je było z umiarem dotykać. Spełnieniło się jednego z moich życio­wych marzeń.

Następne przedpołudnie upływa na przejażdżce statkiem po wielkim porcie w Syd­ney. Pogoda piękna, widoki cudowne, porośnięte bujną zielenią zbo­cza zdo­bią wspaniałe wille, nowo­cze­s­ne i z okresu wiktoriańskiego, zatoki, plaże z bielutkim pias­kiem, nawet dla nu­dystów. Wjazd do portu z wylotem na Pacyfik strzegą for­ty­fi­kacje ukry­te w skałach. Popołudnie odsiaduję na kongresie wysłuchując nowości na temat mo­dulatorów układu immunologicznego. Mała pluszowa koala siedzi ze mną na wykładach. Wieczorem spacerujemy po naszej dzielnicy grzechu oglądajac dziewczynki w bramach ignorując naganiaczy z klubów nocnej rozpusty.

Kolejny dzień upływa na całodniowej wycieczce w Błękitne Góry i do rezerwatu zwierząt. Mijamy pastwiska i farmy, poprzez pofalowany krajobraz wjeżdżamy na płaskowzwyż porośnięty eukaliptusami. Drzewa mają osmalone konary na skutek czę­stych pożarów. Upalne i suche lata powodują, że eteryczne olejki eukaliptusów ule­gają samozapłonowi. Pewne rośliny uzależniły się od ognia i potrzebują go, aby nasiona mogły pęknąć i zakiełkować. Góry tworzą ogromny kanion, podziwiamy wodospady i formację skalną ”Trzy siostry”. Zjeżdżamy kilkaset metrów w dół kolejką linową po szynach jadącą niemal pionowo przez rozpadlinę skalną. Stalowa krata na dachu chroni przed wypadnięciem. Kolejka służyła niegdyś  poszukiwaczom złota do transportu znalezisk. W rezerwacie zwierząt po raz pierwszy widzimy czarnego, podobnego do psa diabła tasmańskiego o paskudnej mordce. U koali kolejka do fotografii. Odstałam ją trzy razy, aby móc miśka trzymać 3-krotnie na reku.

Nareszcie nadszedł dzień prezentacji mojej wystawy na kongresie. Przez dwie godziny komentuję wyniki zainteresowanym obserwatorom. Tematem wystawy jest wpływ selenu na funkcje fagocytarne leu­ko­­­cytów jako ochrona przed szkodliwym działaniem wolnych rodników tlenowych. Potem zo­sta­jemy zaproszeni na lunch do, finansowanego przez firmę farmaceutyczną, skandynaw­skie­­go kącika. Znów orgia potraw: przystawki, dania ciepłe, sery, torty i owoce. Nie jem ciepłego dania na rzecz 3 kawałków tortu Pavlowa. Po południu zwiedzamy muzeum australijskie. żenująco niewielkie są zbiory sztuki rdzennych mie­szkańców Australii, Abory­ge­nów. Sprzę­­ty i tkaniny zdobią charakterystyczne wzor­ki z punktów.

Ostatni dzień, przy nieco zamglonym niebie, spędzamy na pobliskiej plaży Manly. Położona na wąskim półwyspie ma, na podobieństwo Helu, jedną piasz­czystą plażę ze spokojnym morzem od strony zatoki portowej i drugą od strony wzburzonego Pacyfiku, na tym odcinku zwanym Morzem Tasmańskim. Po całodziennym plażowaniu, które niestety nie dało żadnego widocznego efektu, przeszliśmy się pieszą uliczką łączącą obie plaże. Atmosfera jak w kurorcie letniskowym: butiki, restauracje, bar­ki, kawiarnie i pijalnie świeżych soków. Pozazdrościć mieszkańcom Sydney takich  miejsc wypoczynku, oddalonych o 1/2 godz. jazdy promem lub kil­ka­na­ście minut samochodem. Pogoda jak na koniec kalendarzowej zimy zupełnie przy­jem­na, 20 stopni i na ogół słonecznie.

Przed odjazdem mamy przygodę, która mogłaby nieprzyjemnie skomplikować dalszą pod­róż. Znosimy nasze bagaże na parter i stawiamy w pobliżu hotelowej recepcji. Wokół stoją in­ne walizki. Biegniemy po raz drugi na górę, aby donieść resztę i po powrocie wi­dzimy, że nasze  torby podróżne zniknęły wraz z resztą walizek. W recepcji informują nas, że przed chwi­lą duża grupa turystów odjechała autokarem i że nasze bagaże pewnie pojechały z ni­mi. Ale, być mo­­że, autobus nie zdążył jeszcze odjechać za daleko. Małżonek blednie i wybiega przed hotel z uni­wer­salnym, międzynarodowym okrzykiem ”Problem, maestro”. Na szczęście au­to­kar stoi o 100 m dalej pod innym hotelem. Leszek i kierowca przekopują górę bagażu i od­naj­dują na­sze nie­bies­kie torebki. Uspokojeni ruszamy na lotnisko w drogę na Fiji.

Teresa Urban

Foto: © CC0 Public Domain

Lämna ett svar