Sven Järn, człowiek z żelaza

W moim życiu przeżyłem bardzo wiele, ale to co było związane z Polską pozostawiło najmocniejsze ślady w mojej pamięci. To było czasami tak nierzeczywiste: te wszystkie klasztory, zakonnicy, Kraków, skarbiec na Jasnej Górze, byłem tam dwa razy w prezbiterium, to wszystko były fascynujące podróże. Niczego nie żałuję, uważam, że dało mi to bardzo, bardzo wiele. NGP rozmawia z Janiną i Svenem Järn.

“Pańska wieloletnia praca stanowi najpełniejsze uosobienie wielkiej idei – Solidarności. Rozpoczął Pan swą misję jako jeden z pierwszych i dotrwał do końca tak długo jak Pańska robota była potrzebna. /…/ Pragnę także zapewnić, że wszystkim nam pozostaje bliska pamięć Pańskiego nieżyjącego brata Lennarta. Drogi przyjacielu – na zawsze zachowamy w pamięci i w sercu wielki czyn skromnego “Człowieka z Żelaza ze Szwecji”.” (Z listu Lecha Wałęsy do Svena Järna z maja 2002 roku.)

Jak się Państwo poznali?

Sven: – Spotkaliśmy się na promie w 1980 roku w drodze do Polski. Janeczka spytała się mnie, czy może zabrać się ze mną do Szczecina. Wtedy w Polsce nic nie funkcjonowało, nie działała komunikacja, były strajki. Tak nawiązaliśmy kontakt, który później podtrzymaliśmy. Dzwoniłem do niej, wysyłałem książki, spotykaliśmy się prawie co dwa tygodnie.

A jak doszło do tego, że rozpoczęli Państwo pracę przy organizacji pomocy charytatywnej dla Polski?

Sven: – Postanowiliśmy spędzić razem z Janeczką święta Bożego Narodzenia. Ale 13 grudnia Polska zamknęła swoje granice, wszyscy byliśmy zaszokowani. Ja uparłem się jednak, że Wigilię musimy spędzić razem, tak jak obiecywałem. Próbowałem uzyskać wizę w konsulacie w Sztokholmie i w Malmö, ale nie udało się. Postanowiłem więc, że mimo śnieżycy pojadę przez Kołbaskowę, a jak nie dostanę się do Polki tamtędy, to pojadę do Czech i spróbuję dostać się od tamtej strony. Nie ma rzeczy niemożliwych. Pojechałem więc do Kołbaskowej, stałem tam 10 godzin w kolejce przy 20-stopniowym mrozie.

Janina: – Gdy Sven nie mógł przyjechać do Polski, bo był stan wojenny, to dowiedział się, że jedynie wpuszczane są do Polski transporty z pomocą i darami. Szwedzi byli wtedy bardzo otwarci i chętni do pomocy, więc udało się zebrać rzeczy na ten pierwszy transport. I przyjechał. Tak to się zaczęło. Jak Sven dotarł w dzień wigilii do granicy polskiej, to celnicy patrzyli na niego jak na człowieka, który nie wie co się tam dzieje. Ale Sven jest uparty i w końcu po kilkunastu godzinach wreszcie go wpuszczono. Od czasu stanu wojennego w grudniu 1981 jeździł do Polski niemal co drugi tydzień, w różny sposób, z transportami z pomocą.

Co Pan wtedy myślał o sytuacji w Polsce?

Sven: – W tym czasie niemal wszyscy w Szwecji myśleliśmy o tej biednej Polsce, zbierano rzeczy, ubrania, żeby tam wysłać. Pomoc organizowali wszyscy, bardzo aktywne były szwedzkie kościoły. Przecież my w Szwecji mieliśmy wtedy wszystko. Miałem więc ciągle pełno rzeczy, które mogłem zabrać. Przeze mnie przesyłano również prywatne paczki i listy…

Ale żeby to funkcjonowało, trzeba było to zorganizować. Jak nawiązał Pan kontakty?

Sven: – Po prostu: pocztą pantoflową. Przychodzili do mnie ludzie z całego osiedla z paczkami dla swoich znajomych w Polsce, a jednocześnie przynosili ubrania i inne rzeczy dla potrzebujących. Kontaktowały się ze mną różne kółka krawieckie, Lion, wiele rzeczy otrzymaliśmy za pośrednictwem Margaret Söderlund, która wówczas też bardzo aktywnie pomagała Polsce.

Czasy były niespokojne, nie bał się Pan tych wyjazdów do Polski?

Sven: – Za każdym razem najpierw meldowałem się w konsulacie szwedzkim w Szczecinie albo w Warszawie w ambasadzie. Chciałem żeby wiedzieli, że jestem w Polsce i jak bym nagle zniknął, to… żeby mnie szukali. Ale ja zawsze miałem szczęście. Nigdy nic mi się nie przydarzyło złego.

Te wyjazdy do Polski i organizowanie pomocy stało się jakby Pana „codziennym życiem”…

Sven: – Byłem w Polsce niemal 150 razy. Każda podróż trwała około dwóch tygodni. To była wtedy rzeczywiście olbrzymia praca…

Najpierw była to tylko pomocy charytatywna, później zaczęliście wozić materiały dla Solidarności. Jak to się zaczęło?

Sven: – To zaczęło się w ten sposób, że skontaktował się ze mną Marian Kaleta z południa Szwecji i zapytał, czy mogę coś przewieźć do Polski. Później już poszło. I od razu duże transporty. On również utrzymywał kontakt z moim bratem Lennartem.

Ile osób było zaangażowanych w te akcje?

Sven: – Akcję przerzutową organizowaliśmy we dwójkę, Marian Kaleta i ja. Pojechaliśmy do Holandii, gdzie kupiliśmy ciężarówkę, później ją przebudowaliśmy by zrobić specjalny schowek. Kaleta był bardzo pomocny. Podobnie zrobiliśmy z innymi ciężarówkami i autobusem. Jedyni, którzy poza mną i Kaletą wiedzieli o tym przemycie, to byli szwedzcy celnicy. Nikt inny. Celnicy domyślali się, bo samochód miał długości 7 metrów, a tu brakowało w środku 1,5 metra. Więc brali śrubokręt i sprawdzali. Ale ja nigdy nic tam nie miałem jak przyjeżdżałem z Polski do Szwecji. To było przecież na szmugiel do Polski…

Czy Pani wiedziała o czym zajmuje się Sven?

Janina: – Wiedziałam, że coś wozi, ale nie wiedziałam czy są to jakieś materiały niebezpieczne. Wiem, że były to materiały poligraficzne. Czasami kosztowa-ło mnie to wiele nerwów, nieprzespanych nocy. Raz zatrzymano Svena na granicy w Gdańsku, bo w jednej z paczek z ubraniami znaleziono paryskie Kultury. Dzwonili do mnie z Polski i mówili, że może go nawet aresztują. Wtedy bardzo się denerwowałam. Ale go puścili. Gdy następnym razem jechałam do Polski to na granicy kazali mi się zgłosić na spotkanie z kimś z SB.

O co Panią pytano?

Janina: – Chodziło o te książki. Ponad to domyślali się, że my przewozimy rzeczy dla Solidarności i chcieli dowiedzieć się coś ode mnie na temat Solidarności w Szwecji. Powiedziałam im, że ja polityką się nie interesuję i nic na ten temat nie wiem. Tłumaczyłam, że my zajmujemy się tylko organizowaniem pomocy charytatywnej.

Czyli jednak podejrzewano Pana, że może Pan coś przewozi dla Solidarności?

Sven: – Tego nie wiem, nigdy nic nie znaleźli. Gdy samochód przyjeżdżał ze Szwecji, był tak załadowany, że trudno było cokolwiek sprawdzić, zwłaszcza to co jest z tyłu. Sprawdzali mnie tylko gdy wracałem do Szwecji, ale wtedy zawsze samochód był pusty. Jak celnicy szwedzcy pytali mnie o ten schowek, to mówiłem, że to dla przewozu rzeczy dla Solidarności. Ale polscy celnicy nigdy go nie znaleźli. Nawet gdy zmuszali mnie do opróżnienia całego samochodu!

Aż do czasu słynnej wpadki Pana brata w 1986 roku…

Sven: – Lennart dwa razy jechał do Polski z dużymi transportami. Pierwszy raz poszło dobrze. Pojechał najpierw w kierunku Czech, stanął przy jakimś motelu, poszedł spać, a rano samochód był już pusty. Przez Niemcy wrócił do Szwecji. Ten drugi raz, gdy go zatrzymano, to już w Malmö jacyś politrucy z Polski, a takich nie brakowało, zawiadomili władze w Warszawie, że Lennart będzie miał w ciężarówce transport dla Solidarności. Od razu gdy przyjechał do Swinoujścia, zatrzymano go na granicy, porwano mu papiery przewozowe, podłożono w kabinie kierowcy pistolet – a on nigdy w życiu nie miał broni – i tak się skończyło.

Te okoliczności zatrzymania Lennarta są nadal niejasne…

Sven: – Myślę, że wiele osób było zainteresowanych by zatrzymać jego działalność. Sprawa jest dziwna: bo jechał samochodem na fałszywych numerach rejestracyjnych i nie miał przy sobie prawa jazdy. Wszystko w tym transporcie było niewłaściwe. Szwedzka policja i celnicy powinni zatrzymać go na granicy przed wyjazdem ze Szwecji. Ale nie zrobili tego. I to jest najdziwniejsze. Według mnie wszystko było zaplanowane od początku.

Kto Pana zdaniem za tym stał?

Sven: – Jerzy Urban! Oczywiście! Był przecież rozpromieniony ze szczęścia, gdy mógł to rozegrać propagandowo. To była jego najlepsza historia! W tym czasie w Malmö działało wielu donosicieli… Zresztą byli w całej Szwecji… Ale głównie w Malmö, bo stamtąd organizowano najwięcej transportów. Tą drogą jeździły wszystkie ciężarówki. Musieli mieć nad tym kontrolę. Nie rozumiem dlaczego celnicy wypuścili wtedy Lennarta… Czy była to robota SÄPO?… Od tej historii również ja nie mogłem jeździć do Polski przez niemal dwa lata!

Swego czasu podejrzewano, że osobą która przyczyniła się do aresztowania Lennarta, mógł być sam Marian Kaleta. Co Pan o tym sądzi?

Sven: – Z pewnością nie miał z tym nic wspólnego! Przecież nie pracował by tak jak pracował wtedy. Te materiały dla Solidarności ładowaliśmy tutaj w Sztokholmie, przyjeżdżał tutaj, jechaliśmy i szukaliśmy miejsca, by te rzeczy móc załadować tak, by nikt nas nie widział. Często było tak, że ciężko było znaleźć takie ustronne miejsce. I trzeba było szukać dalej albo wybrać inny dzień.

W przypadku tej feralnej podróży Lennarta, o załadunku wiedziało tylko kilka osób. Czy wie Pan ile?

Sven: – O szczegółach dowiedziałem się dopiero później. Wiedziałem oczywiście, że transport ma jechać, ale nie wiedziałem kto był w to zamieszany. Kierował tym Kaleta. Wtedy był to duży transport, 20 palet z różnym sprzętem. Kaleta miał dokumenty, że jest to transport do jakiejś firmy w Austrii. Ale, jak się okazało, o tym transporcie wiedziało także wiele innych osób. Jak Lennart dojechał do Świnoujściu, to czekała tam na niego telewizja. Czyli jasne było, że był tam oczekiwany i wiedziano co przewozi. Ale w dalszym ciągu dziwi mnie, że nikt nie zatrzymał go jeszcze w Szwecji… To, uważam, jest najbardziej dziwne w tej historii.

Pewnie zastanawiał się Pan co się stało i kto był informatorem służb bezpieczeństwa?

Sven: – Nie zastanawiałem się nad tym, dlatego, że ja chciałem nadal pozostać anonimowy. Dlatego nigdzie nie chodziłem i nie pytałem. Dzięki mojej anonimowości mogłem prowadzić swoją akcję pomocy dla Polski. Dzięki temu też, po pewnym czasie od tej historii, mogłem ją kontynuować. Było mi tylko przykro, że w ten sposób uniemożliwiono mi moją działalność pomocy humanitarnej, która była cały czas potrzebna Polsce.

Gdy już mógł Pan jeździć  znowu do Polski, czy bał się Pan, że taka historia może i Pana spotkać?

Sven: – Nie, nigdy się nie bałem. Mimo, że KGB stało za rogiem. Nigdy nie miałem uczucia, że robię coś złego. To co robiliśmy dla Solidarności, to było bardzo ważne. A że mi się udawało? Może to zasługa mojej „pokerowej twarzy”…

Aresztowanie i proces sądowy Lennarta, konfiskata samochodu, problemy finansowe jakie się z tym wiązały, nie odstraszyły Pana od dalszej działalności?

Sven: – Nigdy przez myśl nie przeszło mi, że mam zakończyć moją działalność. Gdzieś na początku lat 90-tych powiedziano nam oficjalnie, że już tej pomocy tak bardzo nie potrzeba. Teraz potrzebne są nie rzeczy, ale pieniądze. To robiliśmy tak, że jechaliśmy przez Estonię, Litwę i dopiero stamtąd do Polski, by dostarczyć rzeczy potrzebującym. Tą drogą odbyłem co najmniej 20-25 podróży. Przecież zwłaszcza we wschodniej Polsce nadal było dużo biedy i duże potrzeby.

Po aresztowaniu Lennarta, życie wyraźnie się Państwu skomplikowało. Nie żałuje Pani tego całego trudu?

Janina: – Nie, nie żałuję. Zresztą jako Polce zupełnie nie wypadałoby mi narzekać, gdy wokół było tylu Szwedów chętnych do pomocy!

Komu Państwo dostarczali w Polsce tę pomoc?

Sven: – W Warszawie takim stałym punktem był dla nas szpital Dzieciątka Jezus. Często jeździłem do kościoła, gdzie był ksiądz Popiełuszko. Przyjaźniliśmy się, byłem na jego pogrzebie. To była wspaniała postać. Główną osobą, z którą kontaktowałem się w Warszawie, był Jacek Fabiński. Jak się porozumiewaliśmy, do dzisiaj nie rozumiem, bo nie znam polskiego. Rozumiałem tylko, że mam jechać tą i tą drogą, jak zobaczę szyld, to mam skręcić. Jak dojeżdżałem, to już na mnie czekały 3-4 osoby, i raz-dwa, samochód był rozładowany. Tak było za każdym razem. Kiedyś nawet byliśmy w jakimś klasztorze i rozładowywaliśmy. Zawsze wszystko odbywało się błyskawicznie. Często w ogóle nie wiedziałem gdzie jestem.

Przypomina Pan sobie jakieś szczególne spotkania?

Sven: – Pewnego razu zatrzymaliśmy się przy jakimś gospodarstwie i zauważyliśmy jakąś wielką kobietę, wspierającą się na kulach, która karmiła bydło. Po krótkiej rozmowie daliśmy jej nowe kule, okazało się, że w domu nie ma łóżka, więc daliśmy jej też łóżko. Dostała także wózek inwalidzki i ubrania, potem spytaliśmy ją, czy jeszcze coś potrzebuje: Tak, odpowiedziała, narzeczonego. A miała tylko jeden ząb…

Mam takie uczucie, że ten czas był bardzo specjalny dla Pana. Czy często Państwo wspominają tamte lata i rozmawiają na ten temat? Czy to dobre wspomnienia?

Sven: – To rzeczywiście wspaniałe wspomnienia, dla mnie i dla Janeczki. A ona wiele przeżyła w swoim życiu. Dla mnie to fascynujący okres życia. Jak już skończyły się te transporty do Polski, to jeździłem z pomocą do Rosji, na Białoruś i do Albanii. Tam sytuacja była najgorsza, dużo gorsza niż w Polsce. Ale te 10-15 lat, które poświęciłem pomocy Polsce, były najwspanialsze w moim życiu. Spotkałem też tylu wspaniałych ludzi…

Co jest najważniejsze, gdy chce się prowadzić taką działalność?

Sven: – Im coś jest trudniejsze, tym lepiej. Ja byłem kierowcą najdłuższego pojazdu w Szwecji o długości 41 metrów i to nie był dla mnie problem. Również zawsze lubiłem wielkie i ciężkie transporty. W moim życiu przeżyłem bardzo wiele, ale to co było związane z Polską, pozostawiło najmocniejsze ślady w mojej pamięci. Wydaje mi się czasami, że to był jakiś nierealny czas: te wszystkie klasztory, zakonnicy, Kraków, skarbiec na Jasnej Górze – byłem tam dwa razy w prezbiterium – te wszystkie fascynujące podróże. Niczego nie żałuję, uważam, że dało mi to bardzo, bardzo wiele.

Rozmawiał: Tadeusz Nowakowski

Wywiad przeprowadzony w 2007 roku. Sven Järn zmarł w Sztokholmie w sierpniu 2017 roku w wieku 85 lat.

 

 

Lämna ett svar