TERESA URBAN: Więcej światła!

Podobno Goethe na łożu śmierci wykrzyknął: „Więcej światła!” Nie śpieszno mi na tamten świat, ale tego roku, pod koniec listopada, poczułam podobne pragnienie. Zamarzyło mi się powitać Boże Narodzenie i Nowy Rok świeżą opalenizną. W tym okresie niewielu wybiera się w podróż. Większość oddaje się tradycyjnym, przedświątecznym zajęciom, zakupom prezentów, piciem grzanego wina, wypiekiem pierniczków oraz grudniową kuliminacją: celebrowaniem dnia Świętej Łucji i oglądaniem uroczystości noblowskich. Biura podróży zwykły kusić do wyjazdu obniżką cen, ale tego roku wycieczek było mało i wszystkie drogie. Być może zmniejszone zapotrzebowanie na loty jest wyrazem troski o klimat, a może tylko wynikiem dewaluacji szwedzkiej korony.

Wybór nasz padł na Taurito leżące na południowym wybrzeżu Gran Canaria w pobliżu Puerto Mogan, gdzie akurat byli nasi przyjaciele Lisa i Lars, o których pisałam wcześniej w jednym z  felietonów. Z góry cieszyliśmy się perspektywą wzajemnych odwiedzin. Taurito to nie miejscowość, tylko kotlina między dwoma potężnymi masywami skalnymi z hotelami na zboczach, tarasowo schodzącymi ku plaży. Ze wszystkich okien hotelowych widać morze. Im wyżej położony pokój, tym piękniejszy widok. Nasz pokój leżał na siódmym piętrze. Tradycją po przyjeździe jest wychylenie kufelka lokalnego piwa. Miłym zaskoczeniem było, że z barowego kranu płynął, mój hiszpański faworyt, piwo Cruzcampo.

Hotel posiadał trzy spektakularne windy, jeżdżące wzdłuż fasady, przeszklone kapsułki o skomplikowanej obsłudze. Windę należało przed jazdą zaprogramować. Jeżeli podczas jazdy zmieniło się zdanie, należało po wyjściu z windy i zaprogramować ją na nowo. A w tym czasie winda odjeżdżała. Drugiego dnia windy przestały działać. Poradzono nam, aby korzystać z wind towarowych na zapleczu. Na szczęście usterkę szybko naprawiono. Następnego ranka zabrakło wody w kranach. Zęby myliśmy resztką wody z butelki. I z tym uszkodzeniem dano sobie szybko radę.

Według hotelowej reguły, o której nie mieliśmy pojęcia, nie wolno było przed godz. 10 rezerwować miejsc na leżankach nad basenem. Po śniadaniu ze zdumieniem ujrzeliśmy tam obcych ludzi, a nasze ręczniki i książki odnalazły się w recepcji. Na próżno szukaliśmy prysznicy nad basenem. Okazało się, że umocowane są na dekoracyjnych blokach skalnych i na tle szarego kamienia prawie niewidoczne. Plażowicze stawiali leżanki za blisko utrudniając korzystanie z prysznica. Największym zaskoczeniem okazał się przepis, że na terenie hotelu mogą przebywać tylko rezydenci. Nie chciano się zgodzić na odwiedziny naszych przyjaciół. W końcu ubłagałam dyrektorkę o przyzwolenie, którego formalnie nie dostałam, ale odniosłam wrażenie, że przymknie na to oczy. I tak też się stało. Wizyta przebiegła bez zakłóceń. Zabrało nam trochę czasu, aby hotel obłaskawić.

Z hotelowego ogrodu widać było zabudowę i fragmenty plaży Puerto Mogan. Dzielił nas tylko skalny masyw nie do przebycia, ale lotem ptaka nie dalej niż 500 metrów. Drogą lądową była to długa wyprawa ponieważ nowo zbudowana droga obsunęła się uniemożliwiając szybkie połączenie. Z hotelu jechał tam rankiem bezpłatny autobus i wracał w porze lunchu. Jazda trwała pół godziny, tunelami, tym samym raz w jedną, raz w drugą stronę, autostradą i lokalnymi drogami. O godzinie 10 dotarliśmy do Puerto Mogan. Lilia i Lars zaprosili nas do swego apartametu i natychmiast otworzyli butelkę musującego wina Cava. Mimo wczesnej pory opróżniliśmy ją bez najmnieszego problemu. Przed naszym przyjazdem Lili celebrowała swe urodziny zapraszając gości na Cavę i tapas. Zwierzyła nam się z obawy, że mingel się nie uda. „Dlaczego?” – spytałam. „Bo to byli Szwedzi!” Lili sama jest Szwedką, ale ze Skåne i uważa się niemal za obcokrajowca.

Dwie godziny spędziliśmy na plaży. Złocista plaża z nawiezionego z Sahary piasku zachęca do kąpieli słonecznych, a falochron sprawia, że morze zawsze jest spokojne. Małżonek szepnął po cichu, że jest to morze martwe. Morze w Taurito żyło, wznosiło się i opadało tworząc przy brzegu niegroźną falę. Naturalnie szary piasek skrzył się srebrem, a kiedy noc wyciszała odgłosy dnia, słychać było uderzenia fali o brzeg. Morze ostrzegało wtedy: „Jestem wielkie i silne. Mogę wszystko zniszczyć, jak mi przyjdzie ochota”.

W pobliżu Taurito leży dużo większy kurort, Puerto Rico. Topografią przypomina Taurito, ale nie posiada jego intymnego wdzięku. Hotele leżą na zboczach. Różnice poziomów, konieczność korzystania z licznych schodów sprawiają, że miejscowość nie nadaje się dla osób ruchowo niepełnosprawnych. Podobno niektóre hotele mają windy schodzące do poziomu plaży. Inne oferują transport bezpłatnym mikrobusem. Z Puerto Rico malownicza promenada wzdłuż morza prowadzi do następnej miejscowości, Amadores. Plaża w Amadores robi bajkowe wrażenie. Sierp złocistego piasku odgradzają od pełnego morza nawiasy falochronów zapewniając komfort przy pływaniu. Tak nam się przynajmniej wydawało. Rzeczywistość nie była bajkowa. Wodę przy brzegu zanieczyszczała biała piana, a ogromne bambulce na dnie nie tylko uniemożliwiały pływanie, ale stanowiły realne niebezpieczeństwo. Może piasek został z czasem wypłukany odsłaniając kamieniste dno. Może mieliśmy pecha, że w czasie naszej wizyty woda była brudna. W każdym razie byliśmy zadowoleni, że na urlop wybraliśmy Taurito.

Droga powrotna okazała się drogą przez mękę. Lili, znająca okolicę, radziła aby minąć szosę, a potem ulicą Anny Lind dojść na przystanek. Żadna z zapytanych osób nie słyszała o Annie Lind. Ruszyliśmy stromym, kamienistym bezdrożem, które niebawem zwęziło się do ścieżki wzdłuż niebezpiecznej krawędzi, gdzie każdy krok groził osunięciem ze stoku. Po godzinie mozolnej wędrówki wycieńczeni dotarliśmy do autobusu.

Wieczorem, kiedy kolacja prócz codziennego bufetu kusiła mięsiwem z grilla, zapomnieliśmy o zmęczeniu. Uczta odbywała się w aneksie na świeżym powietrzu pod słomianym dachem wspartym na belkach. W prześwitach powiewały muślinowe firanki przystrojone girlandami światełek. Oczekując na ciepłe danie sączyliśmy wino kontemplując gorejące zachodem niebo. Następnego wieczoru zaproszono na orientalny bufet. Kiedy ujrzałam tacę z sushi nie jadłam już nic innego i zaspokoiłam apetyt na ten przysmak na co najmniej rok.

Podróże są okazją do zapoznania się z najnowszymi trendami mody. U większości gości bluzki, koszule i szorty miały roślinny wzór w palmy, paprocie i monstery niekiedy ożywione czerwienią hibiskusa. Paski, kratki czy groszki były passe. Poczułam się niemodna dopóki nie odkryłam, że jeden z mych kostiumów kąpielowych, nabyty dwa lata temu na Majorce, posiada roślinny wzór, co uchroniło mnie od kompleksu nienadążania z duchem czasu. Inna obserwacja nie dotyczyła trendu tylko smutnej rzeczywistości. Wielu podtatusiałych panów wyhodowało sobie ogromne brzuchy zwane niekiedy dyplomatycznie mięśniem piwnym. Eksponują je bez żenady niby kobiety w zaawansowanej ciąży. Chciałoby się zapytać: „A kiedyż to rozwiązanie?”

Wieczorem zwykliśmy zamawiać po drinku w barze fortepianowym. Mam od dawna swoją ulubioną mieszankę, witaminę B2, czyli Baileys i brandy. Małżonek za każdym razem przeżywał dylemat. „Co by tu zamówić?” – pytał na głos. Jakby się spodziewał odpowiedzi od otoczenia. Ale otoczenie milczało. Małżonkowi nie służą słodkie drinki co ogranicza wybór. Trudno było Małżonka zadowolić: gin i tonik zbyt wodnisty, Dry Martini niewystarczająco wytrawne, rum przez omyłkę jasny, a nie ciemny, brandy zbyt konwencjonalne, a whisky, i to lepsze, pijamy w domu. Zwróciłam Małżonkowi uwagę, że jeśli nie ma poważniejszych zmartwień, może czuć się szczęśliwy.

Kiedy po dokonaniu wyboru siadaliśmy na sofach na świeżym powietrzu, a z baru dochodziły pieszczące ucho melodie klasycznych przebojów, zwracaliśmy wzrok ku zboczu naprzeciwko. Widok, piękny za dnia, nocą stawał się bajeczny. Cały stok jarzył się setkami balkonowych światełek. Na bezchmurnym niebie ani śladu gwiazd. Nie wytrzymały konkurencji. Widok towarzyszył nam jeszcze w windzie i żegnał na dobranoc na balkonie. Zabraliśmy go pod powiekami do domu, aby rozświetlił nam ponurą skandynawską zimę.

Teresa Urban

Foto: Wikipedia

Lämna ett svar