ZYGMUNT BARCZYK: Waszyngton szatański

Antagoniści globalnego postępu chętnie przywołują metaforę Babilonu, jako miasta-wszetecznicy, dla podkreślenia naganności pomysłów scalających świat, a de facto przybliżających apokalipsę. Ich interpretacje ześlizgują się chętnie w stronę teorii spiskowych na temat tego, kto zawładnął światem. W tym kontekście należne miejsce przypada opowieści o wielkiej nierządnicy współczesnej, jaką jest Waszyngton. Ich zdaniem, masoński i lucyperski.

Zwolennicy teorii spiskowych rozniecają podejrzenia o istnieniu tajemnych sterów świata, które trzymają nieliczni wybrani, zaś ogół jest bezbronny (vide działania Grupy Bilderberg, iluminatów, masońskie spiski, w tym na rzecz federalizmu Unii Europejskiej itp.) Spiski i „spiskowcy” od zawsze mnie śmieszyli, nie należy jednak ignorować ludowej popularności ich guseł.
Wiemy, że Waszyngton zbudowany został od podstaw z określonym zamysłem całościowym. Miał, wedle życzenia jego architektów, ilustrować istotę wartości demokratycznego porządku, opartego na trójpodziale władzy legislacyjnej, wykonawczej i sądowej. Dla jednych jest zatem stolicą Nowego Ładu w sensie pozytywnym, dla drugich urósł do rangi symbolu miasta, które – w ich mniemaniu – działa w służbie Lucypera. Ci drudzy starają się przekonywać, że układ miasta pełen jest symboli wyrażających masońską władzę nad miastem, a zważywszy rolę Ameryki w świecie – i nad całym światem. Zwolennicy spisków, którym to, co okultystyczne, masońskie czy szatańskie, łączy się w jeden fatalistyczny wzór, wskazują na schemat ulic Waszyngtonu. Wyraża go pięcioramienna gwiazda, symbolizująca ducha Lucypera, na której szczycie umiejscowiony jest Biały Dom. Układ ulic i okręgów (rond) wyraża figury i kody ulubione przez okultystów. Masońskie pentagramy, kwadraty, koła, ukazują symboliczne ułożenie najważniejszych budynków i monumentów miasta. To, zdaniem zwolenników prawd tajemnych, dowodnie wskazuje na masońskie zawłaszczenie władzy nad Ameryką i nad światem. Oto Nowy Babilon, siedziba Lucypera.

Wysiadamy z Elą na stacji metra Farragut West. Widzimy pękate gmachy, szerokie aleje, liczne zieleńce. Wzrok przykuwają urzędnicy w kolejkach do budek na kółkach z falafelem, girosem, wokiem, kosher food i podobnymi. Toż to czas lunchu. Do knajpek nie zaglądamy, bary kanapkowe za to liczne, łatwo się przyżywić na wędrówkowy sposób. Po paru godzinach krążenia wiemy, że nie jest dobrze. Waszyngton zdaje się być miastem po prostu… nudnym. Włócząc się po ulicach miasta, z rozmysłem zbudowanego jako centrum władzy i administracji, nie wie się, rzecz jasna, co mu w środku gra. To zaś co na powierzchni, nie budzi przesadnych emocji (kojarzy się z nudnawym Kungsholmen w moim ukochanym Sztokholmie).

 

Waszyngton z pewnością jest bytem wyjątkowym. Toż to centrum decyzyjne największego mocarstwa na świecie. I o tę wyjątkowość Waszyngton w „tekście miasta” zadbał. Co nie od razu zresztą rzuca się nam w oczy. Podchodzimy zatem pod Biały Dom, liczne barierki nie pozwalają na przyklejenie się do płotu. Wokół pojedynczy protestujący. Ruch Falun Gong oskarża Komunistyczną Partię Chin o handel organami jego zwolenników, czarnoskóry mężczyzna w średnim wieku na dykcie, którą trzyma nad głową, ma napis: „Build the Wall!”. Obok, bezdomny, wydający silną woń ignorancji okazywanej higienie osobistej, trzyma przed sobą gęsto zapisany afisz z nagłówkiem sugerującym brzydkie ruchy wobec aktualnego prezydenta (namawia przechodniów, acz z celowo popełnionymi błędami ortograficznymi: Fwck Trwmp!). Widzimy, że pod niepozorną skądinąd centralę władzy, będącą źródłem i supłem decyzji o brzemiennych skutkach dla całego świata, raz po raz podjeżdżają czarne limuzyny, bez przerwy też ktoś wchodzi i wychodzi z budynku.

Charakter miejsca, jako symbolu USA, najsilniej tworzy jednak pobliski National Mall, ku któremu zmierzamy od strony Ellipse. To stąd turyści oglądają White House w ujęciu, które najczęściej widzi się w przekazach telewizyjnych, tu też ustawia się kolejka do „selfików”. To, co stanowi zasadniczą część National Mall, to trzykilometrowy, naładowany symboliką teren parkowy, uformowany niczym szeroki pasaż. Jest przestrzennie uszykowaną narracją o tym, co na tym wielkim kontynencie sprawia, że wszystkie stany są zjednoczone. Poszczególne emblematyczne obiekty pozostają względem siebie w nieprzypadkowym ustawieniu. U jednego krańca pasażu Kapitol z najwiekszą biblioteką świata, na przeciwległym Lincoln Memorial, przy którym wygłosił swoje słynne przemówienie Martin Luter King. W pobliżu prostokątny basen: Reflecting Pool, pośrodku pasażu Washington Monument, najwyższy kamienny pomnik na świecie (169 m wysokości). Spoglądamy na trakt pełen symboli, wpierw ze stopni Lincoln Memorial, by po godzinie stanąć na stopniach Kapitolu i spojrzeć w stronę przeciwną. Lepiej się teraz rozumie symboliczną wymowę pasażu, wzdłuż którego położone są i pomniki wojenne i muzea w słynnej serii Smithonian. W pobliżu płynie rzeka Potomak. Na przeciwległym jej brzegu cmentarz w Arlington, nieco dalej Pentagon. Obiekty realnej władzy łączą się, na stosunkowo niewielkiej połaci ziemi, z historycznymi symbolami siły i zwartości USA. Nie starcza czasu na muzea, wybieramy zatem jedno: Muzeum historii i kultury Afroamerykanów. Pasjonująca ekspozycja uformowana wedle najnowszych pomysłów w sztuce muzealnictwa. Trzeba by co najmniej tygodnia, by oddać sprawiedliwość bogactwu zbiorów w pozostałych muzeach.

Czas na ponowne wejście w pobliskie śródmieście. Waszyngton powstał na mokradłach, na ziemi trudnej do oswojenia. Powstał tam z uświadomionej potrzeby ustanowienia symbolicznego centrum USA. Miasto wybudowano pod sztrychulec w miejscu o koszmarnym klimacie, by politykom, w tym malarycznym powietrzu, odechciewało się przedłużać swoje kadencje w nieskończoność.

Dzisiaj miasto nie kojarzy się z klimatycznym koszmarem, jest, stosownie do swego przeznaczenia, zadbane, funkcjonalne, myślę że i wygodne do życia. Jest miastem zielonym – mnóstwo tu drzew, parków, tras rowerowych, ścieżek turystycznych i spacerowych. Niska zabudowa sprawia, że widzi się więcej zieleni niż betonu. Najwyższy „drapacz chmur” ma raptem… 13 pięter.
Obecność Białego Domu odciska swe piętno na społecznej tkance miasta. Najbardziej prestiżowa część to North West (czyli północny-zachód), mieszka tam wielu dyplomatów, lobbystów, prawników oraz szefów firm – cała tzw. śmietanka Waszyngtonu. Ceny nieruchomości są tam też odpowiednio wyższe. W okolicach Kapitolu – z wyjątkiem prezydenta i jego rodziny w Białym Domu – nikt nie mieszka. Po zmroku ulice A, B, C etc. (nazwane są literami alfabetu) pustoszeją. Pracownicy rozjeżdżają się do swoich domów, które opuszczą wraz z zakończeniem kadencji kolejnego prezydenta, bądź parlamentu. Waszyngton jest miastem o najwyższych podatkach w całym kraju. Dlatego też nie ma takiej siły przyciągania jak inne ośrodki na wschodnim bądź zachodnim wybrzeżu.

Śródmieście nabiera barw po godzinach pracy, kiedy beneficjenci dobrych posad i niezłych apanaży umykają do swoich podmiejskich willowych idylli. Na mieście zostają ci, którzy nie mają gdzie umknąć. Wtedy dopiero widać, że statystyki nie kłamią: 60% jego mieszkańców miasta to Afroamerykanie. Co nie znaczy, że część z nich nie udaje się też za miasto, ku swoim osiedlom, korzystając z zatłoczonego metra.

Po kilkunastogodzinnym chodzeniu, i przypadkowych kanapkach jadanych w biegu spraw, siadamy do „kreatywnej pizzy” w ogromnym lokalu, który się chwali dostawami dla Białego Domu. Zaiste, pizza tu wyborna. Przejadamy się więc chętnie.

Potem już chce się tylko wracać. Wsiadamy do metra, kiedy akurat zmierzch zaczyna okrywać miasto. Szybko traci ono wigor popołudnia. Tłok przy zejściach do metra nieopisany. Wychodzący z wagonów muszą się przeciskać z wsiadającymi na tej samej platformie. Po 45 minutach jazdy docieramy do końcowej stacji: Shady Grove. Przyjaciele, u których rozbiliśmy obóz, wiozą nas do pobliskiego Gaithersburg. Dzięki nim poznajemy też pobliskie Rockville i idylliczne w swej urodzie miasteczko Frederick.

Tak, „plusy dodatnie” Waszyngtonu, znajdują się głównie poza jego śródmieściem. Najciekawszy z nich to dzielnica zwana Georgetown, do której wybraliśmy się z Andrzejem, naszym gospodarzem, innego dnia. Dzielnica akademicka, wibrująca życiem, muzyką, kolorami. Jazz, hipsterstwo, knajpki z kuchnią świata. Głównym stemplem dzielnicy, będącej de facto osobnym miasteczkiem, jest jezuicki uniwersytet. Zagrałem z profesorem Karskim partyjkę szachów na ławce przed rektoratem. To najlepsza forma uwieczniania wielkich postaci, ciekawsza niż wielkie monumenty na ważnych placach.

Krzątając się po Georgetown, natrafiamy na położony wybornie w pobliżu kompleksu Watergate, tuż nad rzeką Potomak, wyróżniający się architekturą, House of Sweden, żywy ośrodek kultury szwedzkiej. Oto przykład „pijaru” w wersji turbo. Nie raz przekonywaliśmy się podczas naszej amerykańskiej podróży, że kraj ten budzi pozytywne konotacje. Często byliśmy pytani, skąd jesteśmy. Szwecja budziła wyraz uznania na twarzach rozmówców (nawet jeśli niekiedy mylili ją ze Szwajcarią).

Na obrzeżach stolicy jest zatem miło, zielono, kolorowo, domy zgrabne, zasobne, dzielnice schludne, i te wielorodzinne i te willowe. Miasteczka zdają się mieć europejski sznyt (po szwajcarsku zadbane, z angielską, czasem holenderską urodą). Może dlatego budzą u nas dobre emocje, czyniąc ten świat lepiej przyswajalnym. Może to sprawa syndromu inżyniera Mamonia, któremu podobały się tylko te piosenki które już znał.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar