Nigdy się nie wzruszam

Przestałem chodzić do teatru – powiedział mój stary, jeszcze z czasów młodości dobry znajomy (staram się nie nadużywać słowa – przyjaciel), trudniący się tu, w Sztokholmie, malowaniem akwaler na zamówienie pewnego mancharda (Potrzebuję czterech łódek na stawie, dwóch staruszków podpartych laską, jedną dziewczynkę ze skakanką, i trzy małe pałacyki. Ile potrzebujesz na to czasu? Miesiąc. Aż miesiąc? Miesiąc to przecież szybko! Dobrze, nich będzie miesiąc, tylko zacznij od dziewczynki, dobry klient zamówił), bo się nigdy nie wzruszam. Nie potrafię się wzruszyć. Wiem – to skaza, ale co mam robić?

Staram się go zrozumieć, choć u mnie akurat przeciwnie, wzruszam się łatwo, a im jestem starszy, tym łatwiej. Dobry spektakl teatralny jest dla mnie jak dobra książka, do której chętnie powracam. Teatr wypełnia mnie poczuciem wspólnoty, oto w jednej przestrzeni i czasie doznajemy wspólnie podobnych duchowych przeżyć. Scena i kunszt aktorów wzruszają i pobudzają delikatne wartwy wrażliwości.

W mojej pamięci tkwi zamocowane na stałe pewne wspomnienie: Gdański Teatr Dramatyczny, scena w Sopocie, lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, „Dwoje na huśtawce” z Cybulskim i Kępińską. Oglądnąłem ten spektakl przypadkiem/?/, wziął mnie z sobą, dosłownie z ulicy, znajomy któremu nie przyszła dziewczyna. A potem, już sam, byłem na tym jeszcze cztery, czy pięć razy!

Znak zapytania przy „przypadkiem” ma podkreślać, że nie ma przypadków. Przypadek to pseudonim Boga, kiedy nie chce się osobiście podpisać (nie moje słowa). Życie to, mówiąc obrazowo, efekt motyla. Chaotyczny, szarpany, bez określonego sensu, nie do zrozumienia, nie do ujęcia w karby logiki, budzący obawy o bezpieczeństwo, lot motyla. Czyżby życie było dotknięte ezopowym zarażeniem, pra-skażeniem?

Prawda nas wyzwoli. I bardzo dobrze, ale z ostrzeżeniem – bo zanim co, może solidnie sponiewierać. Życie, fenomen obarczony nieprzewidywalnym chaosem, potrafi jeszcze wzmagać trudności z chwilą pojawienia się talentu. Talent, wielkie słowo, przez wieki obiekt westchnień i zazdrości wielu ludzi. Cud, dar boży wymykający się kontroli genów, który niektórzy ludzie – bez żadnych własnych zasług! – otrzymują z chwilą urodzenia.

Defetystyczna myśl mnie naszła. Są dwa nieszczęścia w życiu:

1. Osiągnąć upragniony cel

2. Nie osiągnąć upragnionego celu.

Przewrotne, ale prawdziwe, bowiem życie składa się z różnych odcieni, ale na talent nie zapracujesz. Jest, albo go nie ma, punkt!

Talent może mieć i najczęściej ma wielkie, częstokroć decydujące o całym życiu, znaczenie. Można go nie doceniać, nie zrozumieć, zmarnować, nie dorosnąć, przehulać, bezpowrotnie stracić. Talent uszczęśliwia, ale może też uczynić życie nieznośnym. Człowiek wyróżniony talentem ma w ręku cud, za który płaci, za wielki talent, za geniusz, cena potrafi być bardzo wysoka.

Geniusz, prócz cudownej wyjątkowości, może być wielkim obciążeniem i powodować chaos nie do opanowania, ponieważ geniusz nierzadko przekracza granice szaleństwa. Historię wypełniają przykłady wybrańców, których dotknął palec Boga, ale także takich, których ogrom talentu przerósł i ściągnął na dno auto-destrukcji.

Pokaż mi swoją przeszłość, a ja ci pokażę przedsmak tego, co ma nadejść oraz cień tego, co nadejdzie. Zawarta w tych słowach przestroga mówi: Pomimo, że życie jest przepełnione chaosem, nic nie dzieje się samo z siebie. A co zastanawiające i zarazem niezwykłe, szczęście ma tu niewiele do powiedzenia, jeśli w ogóle cokolwiek, ponieważ szczęście to nadzieja, nie stan rzeczy. Nadzieja zaś – przytoczę słowa greckiego historyka Tukidydesa, trzeci wiek p.n.e. – Nadzieja z natury swej jest rozrzutna.

Jak by nie było, w końcu Bóg spełniając swoje różne cele, posługując się różnymi ludźmi i czasem, dla rozrywki a może na poważnie, sadza ich na huśtawce i przygląda się, jak sobie poradzą.

Andrzej Szmilichowski

FOTO: © CC0 Public Domain

Lämna ett svar