Prawie całe pokolenie

Sztokholmskich weteranów czasu stanu wojennego znam prawie wszystkich. Przynajmniej z widzenia. Zrzucono nas tutaj jak jakiś desant, gdyż niewielu przyjechało z myślą pozostania. Przyjechaliśmy bez wiz, bo tych wtedy nie było trzeba, z symboliczną jedną walizką i niewielkim planem na przyszłość. Popracować, zarobić, zrobić zakupy, odwiedzić kogoś i wrócić do Polski. I ewentualnie tam się urządzać. To był plan na kwartał albo na pół roku.

Zima 81, 82 była wyjątkowo śnieżna, nawet jak na środkową Szwecję. Ostatnią noc przed ogłoszeniem stanu wojennego nocowałem z kolegą u jego sztokholmskiej ciotki. Obudziła nas okrzykiem – chłopaki, w Polsce wojna! Bo też to tak mogło wyglądać dla wszystkich na świecie. Generał miarowo odmierzał słowa orędzia i było jasne, że dzieje się coś niezwykłego.

Pojechaliśmy pod kościół, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Ale poza domysłami i fantastycznymi teoriami, było mało konkretów. Za to na mszy, było bardziej uroczyście i podniośle. Poczułem się jak emigrant, czy banita wyrzucony z kraju, a przy słowach pieśni „…ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie…” wielu z nas, świeżych na obczyźnie, głos się załamał. Polska była za kordonem. Bez żadnej łączności ze światem. Od tego dnia, nasze walizki stały się ciężarem jeszcze większym. Były całkowicie polskie i zawierały peerelowskie skromne graty. Były kawałkiem domu z wyprasowanymi przez żony i matki koszulami. Wieczorem na Sergels Torg Szwedzi tłumnie protestowali przeciwko stanowi wojennemu, mimo corocznego wielkiego święta św. Łucji.

Było zimno, obco, niepewnie. Pierwsze kontakty i znajomości spod kościoła i pierwsza wizyta w Ośrodku Polskich Organizacji Niepodległościowych były dla mnie przeżyciem i wejściem w krąg emigracyjnych problemów. Dla wielu, OPON stał się domem dziennym, a dla kilku z nas nawet nocnym. Sam sypiałem tam na legendarnej skórzanej kanapie i tam miałem oficjalny adres. Ale to później.

W OPONie zbieraliśmy się i dyskutowali, czytali biblioteczne książki, przeglądali szwedzką prasę, poznawali ludzi w podobnej sytuacji. Zawsze się ktoś znalazł i przetłumaczył wiadomości z telewizji czy prasy. Wieści były skąpe, a polskie gazety z Londynu i paryska Kultura zaczytywane. Prasa codzienna informowała o sytuacji w kraju. Popołudniówki Aftonbladet i Expressen umieszczały duże fotoreportaże. Pamiętam fotografię rynku krakowskiego z wielką ciężarówką na środku. Podpis głosił, że rozdawano z niej najmłodszym cukierki podarowane przez dzieci z ZSRR. Była też wieść, że z ojczyzny proletariatu wysłano do Polski 2 miliony zeszytów szkolnych. Ze świata szły dary do Polski z odżywkami dla dzieci, ubraniami, żywnoscią, sprzętem medycznym, a nawet nasionami i sadzonkami.

Pewnego zimowego dnia, zebrano wśród szwedzkiego społeczeństwa ponad milion koron, a w gotowiźnie odzieżowej wartość ponad 7 milionów! Jedna z odzieżowych fabryk ustawiła na dziedzińcu kilka nowych kontenerów i tam wrzucano partie garniturów i innych ubrań, by przepisom stało się zadość. Bo z drugiej strony, pracownicy wyjmowali te pakunki i ładowali na ciężarówki. To były ubrania wyrzucone.

W OPONie, jako centrum uchodźczym, zorganizowano punkt wysyłkowy odzieży do Polski. Zatem my wszyscy sięgnęliśmy do prywatnych notesów po adresy znajomych i rodziny. Ze Szwecji i Niemiec, można było wysyłać paczki bez opłaty.

Chodziliśmy do Szwedzkiego Czerwonego Krzyża upomnieć się o rodzinę. Tam powstawały rejestry bliskich, których jak sądziliśmy, w niedalekiej przyszłości uda sie sprowadzić do Szwecji.

Nastroje wśród nas były oczywiście przygnębiające. Wszyscyśmy zostali zaskoczeni stanem wojennym, pozostawili przerwane życie w Polsce, rodziny, dzieci… Niemożność porozumienia się z rodziną w Polsce, zmęczenie obcością, zimą i niewiadomą przyszłości, zmuszało nierzadko do powrotu. Oczywiście, że zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego, wielu przygodnych znajomych odpływało coraz rzadszymi promami do Gdańska. Rozmawiałem z nimi w Nynäshamn i w ich decyzjach dominowala troska o rodzinę i obawa utraty pracy, no i o kłopotliwe tłumaczenia na milicji. Po latach dowiedziałem się o nich, że wszyscy żałowali powrotu, bo zarobione pieniądze skończyły się szybko, w pracy i tak zaczęły się kwasy, a i rodzina też miała pretensje – My byśmy wytrzymali, a teraz wszyscy się utopimy w tym g…!

W Sztokholmie spotykało się Polaków osiadłych z dawna. Starsi stażem emigracyjnym, przyjęli nas na początku ostrożnie, ale służyli doświadczeniem i pomocą w zgłoszeniu na policję, wypełnieniu blankietów urzędowych, bo już można się było ubiegać o azyl polityczny.

Ten lokal OPONu był prawdziwym przytuliskiem i ośrodkiem emigranckich początków, lokalem ludnym i tętniącym życiem. Tu był punkt wymiany doświadczeń i informacji, można było nieraz coś zjeść i napić się herbaty. Do dziś widuję przy różnych okazjach resztki serwisu do herbaty z białego szkła, bo przez te ćwierćwiecze wiele filiżanek sie wytłukło.

Nie pamiętam, czy pobierano za tamten poczęstunek opłatę, ale za Wigilię, musiałem uiścić bodajże 40 koron. Po latach dowiedziałem się, jakoby organizacja otrzymała jakieś dotacje na dożywianie nas, a tym samym na urządzenie Świąt. Ale to był czas niesławnej pamięci prezesa w kowbojskich butach. Tamta Wigilia zgromadziła nie tylko nowych emigrantów. Przyszli samotni z poprzednich rzutów, najczęściej starsi i nikt się nie dziwił, że przyjęcie było bezalkoholowe. Przybyła szwedzka telewizja, ale niewielu z nas miało chęć wypowiadać się przed kamerą. Przyszedł również ksiądz Banot ze Słowem Bożym jak do prawdziwie bezdomnych.

Nowy Rok 1992 przywitaliśmy oczywiście w OPONie. Taki więcej żałobny Sylwester bo bez tańców i alkoholu. Ale wyrywały się niektórym frywolne piosneczki, a inni mieli w zaspie przed domem poukrywane butelki…

W szwedzkiej TV pokazywano wielokrotnie filmy Wajdy „Człowieka z żelaza” i „Człowieka z marmuru”, mieszkałem wtedy w hotelu Monumentet, który był swego rodzaju przechowalnią alkoholików i narkomanów. Ale był jeszcze gorszy, w kilku barakach na rogu Ringvägen i Tantogatan, które zbudowano ok. 1944 roku dla spodziewanych jeńców niemieckich. Hotele na Farsta i przy Magnus Landulåsgatan, oraz przejściowo Columbus, były bardzo dobre, chociaż niektórzy narzekali.

Z pieniędzmi było krucho. Nielicznym udało się złapać dorywczą pracę, ogromna reszta ledwo wiązała koniec z końcem. Żeby pojść na „socjal”, należało zgłosić się do urzędu lub na policję i po przesłuchaniu oczekiwać na decyzję. Przy Kungsgatan było śródmiejskie biuro socjalne, gdzie specjalnie zaangażowano polsko-języcznych asystentów. Już w połowie stycznia, wielu paradowało w nowych kurtkach zimowych, bo takie kupowali za zapomogę dla uchodźców. Taka otwarta i odważna deklaracja na policji, rozwiązywała sprawę mieszkania. Tzw. „hotele dla młodych mężczyzn” zaludniły się nową falą polskich emigrantów płci obojga.

A tych przychodziło coraz więcej. Bywali tu również ci, dla których Szwecja była startem albo połową drogi do emigracyjnej mety osiedlenia. Wielu wcze-śniej przybyłych starało się o wyjazd na stałe do Kanady, Australii a nawet do RPA. Tacy mieszkali w mieście, umawiali się z adwokatami prowadzącymi ich sprawy w celu dalszej emigracji.

Oczywiście słyszało się głosy, że będą deportować do Polski i inne, jeszcze głupsze plotki. Niektórzy dawali im wiarę. Ale przychodzili tu adwokaci i przez przygodnych tłumaczy radzili nam w sprawach zgłoszenia i osiedlenia. Oczywiście tłumaczyli, że Szwedzi nikogo stąd nie wyrzucą.

Nie wszyscy jednak rzucili się do komisariatów by zgłaszać gotowość otrzymania azylu. To była ważna decyzja, bowiem zdawaliśmy sobie sprawę, że nieodwracalna. Jeszcze teraz, przed zgłoszeniem można było wrócić bez zbytnich nieprzyjemności. Poza tym, rozpuszczono plotkę, jakoby polscy tłumacze na policji, meldowali władzom polskim kto i co mówił na przesłuchaniu. – Zgłoszę się po azyl, a jak będę musiał wrócić, to w Polsce bedą już wiedzieli, że chciałem wybrać wolność – tak mawiali ci niezdecydowani.

Dopiero w połowie lutego, rząd szwedzki z Olofem Palme zdecydował, że możemy wszyscy zostać a nasze najbliższe rodziny w Polsce będą brane pod uwagę jako ciąg dalszy naszych spraw. Ale na tę decyzję należało czekać.

Każdej śnieżnej zimy, miewam czkawkę wspomnieniową z tamtego czasu, zwłaszcza na Gamla Stan. Pamiętam samego siebie i myśli, że mam 120 koron, moje dwa bagaże są w dwóch różnych miejscach, jestem głodny i nie rozumiem języka ani tego świątecznego podniecenia w obcym mieście. Nie znam tu nikogo, nie pojmuję tych tysiącznych świateł w oknach, iskrzenia śniegu, zapachu glogu, jestem sami i nie wiem gdzie będę nocował. Ale jakoś zawsze lądowałem na wozie, chociaż tylko na jedną noc. To były ciężkie chwile rozmyślań o Rodzinie, ale też zaufanie do tego państwa, gdy po przesłuchaniu na policji okazałem się wreszcie uchodźcą.

Emigracje wielkie i małe, wojny i wysiedlania, przepędzania i zsyłki, takie tragiczne momenty w historii leżą m.in u podstaw naszej tożsamości narodo-wej. To nas jednoczyło w Sztokholmie, ale po jakimś czasie zaczęliśmy się dzielić, bo lubimy to robić. Dzieliliśmy się sami, z polskiej zacietrzewionej głupoty i poczucia własnej nieomylności. Ale dzielono nas również planowo i rozmyślnie.

Przeciwwagą do Ośrodka Polskich Organizacji Niepodległościowych było „Ogniwo”. A tam tańczono kujawiaka i na oko wszystko było w porządku. Byłem tam raz, blisko Dworca Centralnego, zjadłem chyba niedrogi bigos, dostrzegłem na ścianie orła w koronie i dzieci wracające z próby tanecznej. Zaraz kolega uświadomił mi, że wszyscy tu zorganizowani i bywający to właśnie Polonia szwedzka. Zaś my, uciekinierzy, którzy porzucili Ludową Ojczyznę i chadzają do prolondyńskiego czy po prostu niepodległościowego OPONu, jesteśmy wrogami Polski, ponieważ szkalujemy dobre imię PRL.

A w tym czasie Polskę ściśniętą obcęgami stanu wojennego szkalowały wszystkie gazety wolnego świata. Wchodziłem czasami do Kulturhuset by przeglądać zagraniczne pisma. Polska na pierwszych stronach gazet utrzymywała się kilka miesięcy.

Byli Rodacy z całej Polski. Emigracja to Polska w pigułce, tak i wtedy byli wśród nas działacze Solidarności i innych krajowych organizacji niepodległościowych, naukowcy, studenci, robotnicy, dziennikarze… Było w czym wybrać, zatem z założeniem Kongresu i gazetą Słowo poszło nam szybko, bo już na 3go maja 1982 wydaliśmy pierwszy numer. Niektórzy pamiętają, że skończyło się to po roku kłótnią redakcyjną i rozbiciem pisma na dwa tytuły.

W kwietniu 1982 roku, wysoki Komisarz do Spraw Uchodźców przy ONZ zakomunikował, że stan wojenny zastał na Zachodzie 137 tysięcy Polaków. W Królestwie Szwecji tylko 1600 osób, a np. w Austrii 30 tys., w RFN 11 tys… Na tę ogromną liczbę, 90 tys. poprosiło o zezwolenie pozostania na dłużej do czasu wyjaśnienia sytuacji w Polsce, a 47 tys. poprosiło o azyl.

Do Konsulatu oczywiście nie chodziło się, chyba, że w sprawach urzędowo niezbędnych. Największą obelgą było zarzucić komuś, że tam bywa. Polska mała społeczność była zatem sztucznie podzielana na Polonię i na emigrację. Apolityczna Polonia tańczyła i promowała polską kulturę, a za to będąc na paszportach konsularnych, była zwolnioną z opłat przy wjeździe do Polski. Emigracja, jeśli nie miała obywatelstwa szwedzkiego, legitymowała się paszportami bezpaństwowców tzw. „nansenowskimi” i do Polski jeździć nie mogła, nawet w losowo ważnych przypadkach.

Pół roku później, kilku najodważniejszych i zdesperowanych strajkowało pod Ambasadą PRL. Przed 22 lipca, przyszedł nawet do nich polski konsul z obietnicami sprowadzenia ich rodzin i wyrazami współczucia. Na to jeden z głodujących odparł: – To niech się pan przyłączy do naszej głodówki…

Zaczeli przyjeżdżać internowani solidarnościowcy, gdyż tylko im Jaruzelski zaproponował wyjazd na emigrację. Poznawałem miasto, odwiedzałem również tzw. Polski Klub na Tantogatan, gdzie mieściło się również Związek Byłych Więźniów Politycznych. No i oczywiście wszyscy porządni ludzie brali udział w zbiorowych protestach pod PRL-owską ambasadą. Raz, przy pomocy pewnej szwedzkiej artystki, sporządziłem wspaniałą kukłę Breżniewa, która brała udział w wiecu protestacyjnym w City. Pochód poszedł pod ambasadę i tam Breżniewa spalono. Oczywiście była przy tym policja, a ponieważ nie wolno palić żadnych ogni w mieście, kolega trzymający płonącego I Sekretarza KC KPZR został ukarany poważnym mandatem. Ale solidarnie zorganizowano zrzutkę do czapki i chłopak miał na ten mandat.

Wielu z nas, uważa się dalej za emigrantów, chociaż powody emigracji ustały. Moje miejsce w Kraju zostało zajęte, a w Sztokholmie nauczyłem się sobie radzić. Po tych latach, przyjeżdżają do Szwecji Polacy jak z wolnego kraju do wolnego kraju. Europa zmieniła się. Wtedy zostawiłem Dom, bliskich, jakby na chwilę, która przeszła w ćwierćwiecze. Dla wielu to był czas próby, stąd rozwody, rozstania i późne po latach odwiedziny. Ale i układanie życia na szwedzki sposób, ze skandynawskimi partnerami.

Pewnie bym wrócił do Warszawy, ale wiem ile to może kosztować i już mi się nie chce. Wiem, jakich elementów potrzeba do zbudowania życia na nowo, ale czy bym miał tyle siły?

Tadeusz Urbański

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej nr 2/2007

 

 

Lämna ett svar