Ujarzmianie materii

Artyści mają w sobie wbudowany swego rodzaju radar: dzięki niemu uaktywniają swoją wrażliwość na świat zewnętrzny, potrafią zrozumieć lub wyczuwają intuicyjnie to czego my nie potrafimy zauważyć, a co prawdopodobnie może się zdarzyć. Może dlatego spotkanie ze sztuką i z artystą jest tak trudne. Świat, w którym żyje, chroni pancerz tajemniczości. Moje spotkanie z polską artystką mieszkającą w Szwecji, Elżbietą Olszewską to właśnie próba zrozumienia tego fenomenu.

Elżbieta Olszewska nie ma dzisiaj wątpliwości: znalazła w życiu coś, co nie tylko daje jej satysfakcję. To coś dzięki czemu może się realizować. Rzeźbiarka, plastyk, twórca, artystka – każde z tych określeń doskonale do niej pasuje. Ale co to znaczy być artystą? Czy rodzimy się z tym, czy dojrzewamy do tego, czy może określa tak nas zewnętrzny świat?

Pewnie początek jej drogi artystycznej wyglądał jak wiele dróg innych ludzi: gdy już czuliśmy, że osiągnęliśmy wszystko, gdy wydawało się nam, że świat ułożył się i uspokoił, nagle siadamy na puszystym dywanie przy skórzanej kanapie i budzi się w nas pytanie: co dalej? Czy to już wszystko co można było osiągnąć w życiu? Czy o to chodziło? Gdzie są granice naszych możliwości?

 

Każdy artysta chce by pisząc o nim, koncentrować się na jego twórczości. Łatwo go urazić. I trzeba to zrozumieć. Sztuka to materia delikatna. Artysta to człowiek wrażliwy, bo bez tej wrażliwości nie potrafiłby tworzyć rzeczy unikalnych i pięknych. Każdy z nas chroni własny wizerunek i we własny sposób interpretuje świat zewnętrzny. Zrozumiałe jest więc, że artysta chciałby usłyszeć coś o swojej sztuce, a nie o sobie. Ale przecież za wszystkim co tworzymy czy piszemy, jest ktoś, kto posiada własną percepcję i własną interpretację. Ktoś kto budzi naszą ciekawość. Spotkanie ze sztuką to także spotkanie z artystą.

Świat artysty to świat często dla nas niezrozumiały. Zresztą każdy rozumie go inaczej. Elżbieta Olszewska daleka jest od filozofowania o swojej sztuce. Robi to co lubi i uwielbia, co nadaje jej życiu sens i barwę. Różnokolorową, tak jak różne odcienie mają tworzone przez nią wypalane figury. W zapisanych jej ręką notatkach znajduję wyjaśnienia jej sztuki, który nakreślił jeden z jej recenzentów: tworzone przez nią stylizowane gliniane rzeźby otoczone są mistyką i tajemniczością. W jej konsekwentnym języku sztuki widać poczucie pewności i zmysłowości, ale jednocześnie jest to sztuka pełna realizmu. Inny krytyk sztuki, Mariusz Rosiak, napisał, że w swoich pracach Elżbieta koncentruje się na relacjach pomiędzy tym co powtarzalne, a tym co nosi znamiona jednostkowe.

Krytycy sztuki uwielbiają komplikować to co dla normalnego odbiorcy sztuki ma wymiar dużo prostszy. Przecież w gruncie rzeczy chodzi o nasze prywatne obcowanie ze sztuką, o to, czy budzi ona w nas zainteresowanie, czy pobudza do refleksji, czy jej estetyka (jeśli to w ogóle dobre słowo) wpływa na nasze zmysły. Sztuka zawsze, nieustannie, zajmuje się dwiema sprawami: wiecznie rozmyśla o śmierci i dzięki temu wiecznie tworzy życie. Tak swoją wizję sztuki opisywał Borys Pasternak. To próba definiowania, ale czy pasuje ona do wizji sztuki Elżbiety Olszewskiej? Nie wiem. Z jednej strony chce ona uniknąć szeregowania i narzucania interpretacji, z drugiej jednak chce usłyszeć taką próbę definicji. Ale ja nie podejmuję się tego, nie jestem krytykiem sztuki.

Elżbieta Olszewska urodziła się w Szczecinie, ale od dawna mieszka w Sztokholmie, a swoje atelie ma w  olbrzymim budynek słynnej fabryki porcelany w Gustavsberg. Historia tego miejsca sięga 1640 roku. Gustaf Gabrielsson Oxenstierna i jego piękna żona Maria de la Gardie chcieli zbudować nad urokliwą zatoką niedaleko Sztokholmu, rezydencję. By można było ją zbudować powstała pierwsza w tych okolicach cegielnia. Dopiero później rozpoczęto tu produkcję porcelany, produktu, którego oryginalność poznali Chińczycy. Mija właśnie 170 lat, gdy w Gustavsberg rozpoczęła się produkcja porcelanowych arcydzieł, o których głośno dzisiaj w świecie. Początkowo z gliny sprowadzanej z Niemiec, dzisiaj wykorzystuje się produkty z różnych stron świata. Nic więc dziwnego, że u boku olbrzymiej fabryki ulokowali się artyści. Najpierw były to – jak określano – piękne produkty codziennego użytku, cudowne zastawy stołowe, później coraz śmielsze dzieła sztuki zdobniczej.

Gliniane konie to chyba najbardziej charakterystyczny motyw dzieł tworzonych przez Olszewską. Gdy patrzę na gliniane figury koni, stojące na kółkach, wracam myślami do czasów dzieciństwa. Bo, jak mówi artystka, to jest właśnie taka próba pamięci, a piękne porcelanowe konie różnej wielkości to swego rodzaju „zabawki” dla dorosłych. Motywy zwierząt znajdziemy w wielu innych pracach Olszewskiej. I nie tylko zwierząt. Porcelanowe figury przedstawiające rycerskie hełmy, domy, piękne, niemal weneckie maski… Mimo podobieństw form, każda rzecz unikalna i inna. Wielu krytyków twierdzi, że to zasługa bardzo specyficznej i charakterystycznej dla Olszewskiej umiejętności posługiwania się szkliwem, którą pokrywane są gliniane rzeźby.

Sztuka tworzona przez Elżbietę Olszewską ma tyle samo odcieni i niuansów co twórczość malarza, który ma w swoim dorobku olbrzymią ilość obrazów o tych samych motywach. Ile jest takich samych, podobnych drewnianych figurek zamyślonych Jezusików, ile pięknych kryształów, które tylko na oko wyglądają jednakowo? Zbyt często wydaje się nam, że to co jest podobne do drugiego, to nie jest już oryginalne – mówi Elżbieta. Tak, zbyt często. Bo tak naprawdę każdy z koni, każda z masek lub hełmów ma własne życie – na jednej porcelanowa powłoka pękła w niespodziewany sposób, każdy kolor i odcień to czasami efekt niespodziewany i zaskakujący. Świat materii jest nieokiełzany. Jak ten wielki piec, do którego wnętrza Elżbieta Olszewska ostrożnie wkłada swoje dzieła.

Jak opisywał jej twórczość jeden z krytyków szwedzkich, w pracach Olszewskiej widać zainteresowanie sztuką Wschodu. Może dlatego od paru lat pracuje między innymi ze starą japońską szkołą wypalania gliny – raku. W Słowniku Kultury Japońskiej znajdziemy wyjaśnienie, że jest to ceramika zapoczątkowana w połowie XVI w. w Kioto przez Chojiro I (1516-92). Wyrabiana była z gliny znajdowanej na terenie rezydencji Jurakutei, należącej do dyktatora Toyotomiego Hideyoshiego, który jako wyraz uznania dla Chojiro, nadał mu pieczęć ze znakiem: raku (radość), stanowiącym drugi komponent nazwy rezydencji; stąd nazwa ceramiki pieczętowanej znakiem raku. Ręcznie lepione naczynia do herbaty, glazurowane na czerwono lub czarno miały chropowatość, ciepłą fakturę i cieszyły się wielkim uznaniem mistrzów ceremonii herbaty. Najsłynniejszymi twórcami raku byli Chojiro I, Donyu i Hon’ami Koetsu. Chcąc wykonać przedmiot w technice raku niezbędne jest zmieszanie gliny z szamotem (przepaloną w wysokiej temperaturze i zmielona gliną). Szamot zabezpiecza wypalany przedmiot przed zgubnymi skutkami szoku termicznego jakiego doznają naczynia wkładane i wyjmowane z pieca. Po uformowaniu przedmiotu i wysuszeniu go, następuje wypał w typowym piecu ceramicznym np. elektrycznym na tzw. biskwit. Następnie naczynie pokrywa się szkliwem o niskiej temperaturze topnienia i wypala ponownie.

Pracownia Olszewskiej przypomina niewielki warsztat produkcyjny. Na jednych półkach leżą małe wypalone już kółka do figurek koni, na innych schną gotowe już figury, które powędrują niedługo do pieca. Worki z gliną poukładane, wszystko na swoim miejscu. Na środku stół, na którym równie dobrze można by przycinać deski, co kleić z gliny zmyślne figurki. Z boku leżą elementy do budowy pieca raku. Ta pracownia to prawdziwy gabinet ujarzmiania materii.

Elżbieta przygotowuje się do kolejnych wystaw. Na początek przyszłego roku ma zaplanowane już dwie. Wystawa dla artysty to wyzwanie i próba. To okazja do dzielenia się twórczością. W życiu można znaleźć piękno, ale można je także tworzyć. I można się nim otaczać. Bo piękno – jak głosi definicja – to pozytywna właściwość estetyczna bytu, wynikająca z zachowania proporcji, harmonii barw, umiaru i użyteczności, odbierana przez zmysły.

Skoro tyle galerii, skoro tyle zbieraczy dzieł sztuki, skoro i ja zachwyciłem się formami Olszewskiej, to znaczy, że potrafiła wpłynąć na nasze zmysły. Immanuel Kant uważał, że piękne jest to, co podoba się powszechnie, bezinteresownie i bezpośrednio. To znaczy, że nie trzeba tego określać, nie trzeba nad tym filozofować. Twórczość Elżbiety, jej podejście do sztuki, do własnej kreatywności, chyba najbliższa jest pojęciu Kanta.

Polski świat artystyczny w Szwecji byłby uboższy, gdyby nie było w niej Elżbiety Olszewskiej i jej poczucia piękna.

Tadeusz Nowakowski

Tekst był publikowany w Nowej Gazecie Polskiej nr 21/2006
Foto: © NGP

Lämna ett svar