Han var en djefla man, czyli śladami świntuszenia

Wkrótce nowy rok, ciemno choć oko wykol! Co poradzić – taka już skandynawska uroda. Kto twierdzi, że Szwedzi to ludzie nudni i bez fantazji, sam jest nudny i bez fantazji! Czytam listy Augusta Strindberga i robi mi się wesoło na duszy, bo szanowny August pięknie świntuszy.

Lubię jędrny i dosadny, trochę nawet rubaszny język, budzi krew w żyłach i przysparza życiu rumieńców. Ale nie u wszystkich budzi ją jednakowo, gminna mentalność niektórych Pań i Panów, uzewnętrznia się obrażonymi minami, mającymi sugerować iż właśnie została urażona ich delikatność i dobre wychowanie. Tak „wypada”, a poza tym „wypada się lepiej” robiąc miny, Ale każą się nazywać Alicjami, Jasie Sebastianami. Język damulek i ich nadętych mężczyzn był zawsze i jest nadal miałki i bezbarwny, zupełnie jak oni sami.

Kiedyż wreszcie pozbędziemy się tego okropnego stygmatu prowincjonalności, robienia min na wszystko co nie mieści się w etosie, który przyjęliśmy za swój! Nikt nie odmawia prezydentowi i premierowi RP inteligencji i wykształcenia, jeden ma tytuł profesora, drugi doktora, na które z pewnością zasłużyli pracą i dokonaniami, ale na Boga, w zachowaniach są prowincjonalni do szpiku kości!

Wracając do Strindberga trzeba z niejakim podziwem powiedzieć, że należał do mistrzów sztuki epistolarnej, więcej – był jej fanatykiem! Zgromadzono i wydrukowano około dziesięciu tysięcy jego listów! Strindberg uwielbiał pisać, załatwiał interesy, kłócił się z ludźmi i godził, uwodził kobiety i porzucał, tworzył niezapomniane dzieła i grafomanił, nieomal dosłownie – nie wstając zza biurka. Potrafił być ogromnie efektywny, zdarzało się, że zatrudniał gońca, który biegł z listem z Blå Tornet (gdzie Strindberg mieszkał), do wydawnictwa Bonniersa z poleceniem, że ma tam czekać przed bramą na odpowiedź!

Gdyby Strinberg żył w dzisiejszych czasach, byłby żywiołowym użytkownikiem Internetu, wielbił E-maile i bloggował aż iskry by szły z komputera. Han var en djefla man! (Był z niego kawał faceta!), jak mówili o nim współcześni mu literaci, wydawcy, przyjaciele.

Papier i pióro były najwierniejszymi przyjaciółmi Strindberga, a pisał językiem niesłychanie żywym i tak dosadnym, że nierzadko powodował protesty wydawców, proszących o złagodzenie siły wyrazu.

Dokonanie poniższego wyboru cytatów wymagało trochę bobrowania wśród listów Strindberga, ale jeśli zdarzy się, że sprowokują tylko parę min, czy kilka niezadowolonych prychnięć, spełnią swoje zadanie. Strinberg pisał:

Dobrze, zrezygnuję z brzydkich wyrazów, których użyłem. Ale nie pozwolę wyciąć sobie jaj, jak to zrobiliście z Nordensvanem i Geijerstamem! (fragment odpowiedzi na list Karl-Otto Bonniersa, 1884).

To piękne zadanie – być poetą. Wydaje się być równie honorowe jak oszukiwanie przy wydawaniu reszty, tylko że o wiele mniej opłacalne! (z listu do Siri von Essen i Carla Gustawa Wrangela, 1875).

Zupełnie nie wytrzymuję podróży. Ale gdy siedzę w jednym miejscu trzy miesiące, poczynam czuć odrazę do wszystkiego na co patrzę i wtedy muszę się ruszyć. Ach gdyby ktoś wynalazł ruchomy krajobraz! (list do Alberta Bonniersa, Szwajcaria, 1886).

Cholera jasna, cóż za niemiłe zaskoczenie! Zgoda, pomarańcze omamiły mnie pierwszego dnia. Ale potem? Morze Śródziemne? Bez żartów Panowie! Sik dziewicy jest o wiele piękniejszy! (do Carla Larssona z Genui, 1884).

Zgodnie z właściwościami sprośnych literatów, szczególnie troskliwie studiuję hotelowe klozety i najwspanialszy wynalazek odkryłem w Hamburgu. Otóż tam sra się do czegoś, co przypomina wazę do zupy, a gdy się człowiek obejrzy do tyłu nie widzi nic, aczkolwiek mógłby przysiąc, że wyprodukował parę metrów. (z listu do Pera Staaffa, 1883).

Wśród listów Augusta Strindberga trudno wytypować faworytów. Eksperci twierdzą, że listy z lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, są najbardziej interesujące, często drastyczne w treści i sformułowaniach, ale celne i pełne humoru. Listy późniejsze są bardziej skoncentrowane, przez co mogą się wydawać nudniejsze, ale jędrność języka nie opuściła go nigdy. Han var en djefla man!

Andrzej Szmilichowski

Tekst publikowany był w NGP w 2007 roku
Foto: Wikipedia

Lämna ett svar