TERESA URBAN: Zmiany na lepsze?

W ksiażce, której tytułu ani autora niestety nie pamiętam, przeczytałam stwierdzenie, że „wszystkie zmiany są na gorsze”. Inny pisarz twierdził, że każda zmiana jest katastrofą. Nie dlatego, że może zakończyć się niepowodzeniem, ale dlatego, że najpierw trzeba zniszczyć to, co jest. Obserwuję rzeczywistość i staram się dostrzec zmiany na lepsze. Czasem mi się to udaje, czasem nie.

Podczas tegorocznego pobytu w Warszawie mieszkaliśmy w niedawno odnowionym hotelu. Odmalowano fasadę, unowocześniono wystrój wnętrz, przebudowano łazienki. W pokoju, który nam przydzielono, chyba nikt jeszcze po remoncie nie mieszkał. Świadczyła o tym łazienka, nieskazitelnie czysta, sam chrom, szkło i śnieżnobiałe kafelki, a przede wszystkim kabina prysznicowa bez śladu pleśni. Po raz pierwszy ujrzałam kabinę niezaatakowaną pleśnią. Nawet w domowej kabinie prowadzę z nią nieustającą walkę, którą pleśń zawsze wygrywa. Niestety, hotelowa toaleta okazała się niepełnosprawna. Po spłukaniu woda dalej leciała strumieniem. Już chciałam reklamować usterkę, gdy odkryłam, że przestawała cieknąć po ponownym naciśnięciu przycisku spłuczki. Nowa toaleta nie była zmianą na lepsze.

Kiedy podzieliłam się tym doświadczeniem z pracownikiem hotelowym, zrewanżował mi się inną anegdotą z tego cyklu. Po renowacji łazienki u niego w domu, kran zaczyna piszczeć ostrzegawczo, gdy leci ciepła woda. Pracownik wstaje wcześniej niż reszta rodziny, stara się zachowywać cicho, aby nikogo nie budzić, ale piszczący kran pełni rolę budzika.

Małżonek zauważył ostatni brak perforacji na fakturach. Przedtem odrywał odcinek pełniący dowód wpłaty i czasem mu się to udawało, a obecnie musi używać nożyczek. Kiedyś słyszałam anegdotę o problemach przy produkcji samolotów, kiedy chciano wzmocnić konstrukcję skrzydeł. „Perforować!” zaproponował jeden z konstruktorów. „Jak to?” – zdziwili się koledzy. „A czy nie zauważyliście, że papier toaletowy rzadko przerywa się wzdłuż perforacji?”

Następnym przykładem pozornej zmiany na lepsze może być nasz dzwonek u drzwi. Nabrał dziwnego zwyczaju i dzwonił sam z siebie nawet po nocy. Typowa złośliwość martwych przedmiotów. Trzeba go było uciszać naciskając przycisk. Ale ostatnio przestał dzwonić. Odetchnęliśmy z ulgą. Przedwcześnie. Teraz w ogóle nie dzwoni. Trzeba pukać. Zmiana na lepsze?

W filii dużego banku w naszej podmiejskiej galerii handlowej, zlikwidowano bankomaty. Klientom polecano bankomat umieszczony w mało uczęszczanej części centrum, w pobliżu bocznego wejścia. Zmiana na lepsze dla potencjalnego rabusia, ale nie dla klienta. Niedawno okazało się, że i ten bankomat zlikwidowano. Obawiałam się, że nie będzie można w ogóle podejmować lub wpłacać pieniędzy w naszym centrum. Ale nastąpiła zmiana na lepsze. Nowe bankomaty umieszczono w pobliżu Systembolaget, gdzie z wiadomych powodów ruch jest duży. Żaden rabuś nie zaryzykuje napadu.

Przyjaciółka miała ostatnio nieprzyjemną przygodę. Jej mąż, chcąc ułatwić żonie przechodzenie przez wysoki próg drzwi wejściowych, zamontował przy nim dodatkowy stopień. Przyjaciółka zapomniała o zmianie, siłą przyzwyczajenia postawiła nogę jak dawniej, potknęła się, upadła i dotkliwie potłukła. Oby niebawem stopień okazał się zmianą na lepsze. Tyle o bagatelach, chociaż ta ostatnia mogła się niebagatelnie skończyć.

W Warszawie, po upadku socjalistycznego reżimu, zaszło wiele zmian. Jedną z nich była budowa galerii handlowo-rozrywkowych. Pierwsze takie centrum to Promenada, oddana do użytku w 1996 roku. Zaprosiłam tam kiedyś mamę i ciocię, wtedy wiekowe już panie, które same nie byłyby w stanie się wybrać. Były zachwycone. Widać to było po ich minach, kiedy odpoczywały racząc się ciastkami, kawą z bitą śmietaną i sokiem pomarańczowym, który wtedy stanowił jeszcze rarytas. Nowe galerie centralnej Warszawy rosną jak grzyby po deszczu. Jedna z nich, Złote Tarasy, przykryta spektakularnym szklanym dachem, leży w samym sercu miasta, a druga, wytworna Arkadia, na pograniczu Śródmieścia. Warszawiacy pęcznieją z dumy. Stolica się unowocześnia, goni Zachód.

Niestety, zmiany na lepsze zwykły mieć drugą stronę medalu. Galerie wykonkurowały sklepy w Śródmieściu. Ulica Marszałkowska, niegdyś reprezentacyjna arteria stolicy, na długich odcinkach straszy pustymi lokalami dawnych sklepów. Teraz dominują tam banki i sklepy z używaną odzieżą. Nawet Aleje Jerozolimskie, znane kiedyś jako “500 metrów Paryża”, straciły kilka sklepów. Dawne restauracje też znikają. Mekka miłośników flaczków, Flis, już dawno przestał istnieć, lokal nadal jest niewynajęty, a miejsce flaczków zajęły hamburgery i kebaby. Dawnego Hortexu przy zbiegu Marszałkowskiej i Koszykowej i późniejszej kawiarni Batida, też nie ma. Czy są to zmiany na lepsze? Przyszłość pokaże.

Teresa Urban

Lämna ett svar