ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Solastalgia

Nowe słowa przyjmowane są zazwyczaj z rezerwą i lekką niechęcią. Cóż to za twór? Co znaczy ta cała solastalgia? Zanim wyjaśnię, od razu powiem, że lepiej się przyzwyczaić do solastalgii, bowiem określa dolegliwości i schorzenia świata i ludzi. Bliższą i dalszą przyszłość, oczywiście pod warunkiem, że takowa istnieje w planach (czyich?).

Słowo solastalgia jest zbitką łacińskiego „solus” – porzucenie, i greckiego „nostos” – powrót, ciepienie, tęsknota. Wymyślił je w 2005 roku filozof Glenn Albrecht, by opisać smutek osób, którym zmiany klimatyczne zniszczyły środowisko, gdzie się urodzili i byli zmuszeni porzucić dom.

Co tu niepotrzebnie wywodzić, nad czym się zastanawiać? Nie ma nad czym, jest normalnie po prostu! – zawoła wielu. Otóż jest nad czym. Będziemy potrzebowali wielu nowych słów, by opisać, jak świat wokół nas się zmienia, staje niepewny i zawodny, jak ilość ludzi wzrasta i stawia coraz surowsze warunki przyrodzie, jak agresywne miasta zajmują coraz więcej terenów wokół, jak bezmyślnie wycinane są pralasy, jak sawanny zamieniają się w pustynie, jak topnieją lodowce. Gdzie tylko dotrze spojrzenie upewniamy się, że świat tej planety, flora i fauna, człowiek wraz z cywilizacją, którą stworzył, słowem wszystko, zbliża się do stacji z napisem: Koniec.

Amerykańska psychiatra Lise Van Susteren, badaczka zajmująca się eko-psychologią, stworzyła słowo oddające chorobę, jaką coraz częściej stwierdza u zgłaszających się do niej pacjentów, dotkniętych problemami związanymi ze zmianami klimatycznymi. Nazwała to post traumatyczny syndrom stresu. Innymi słowy mówiąc: niekontrolowane odruchy agresji, bezsenność, dramatyczne sceny toczące się pod zamkniętymi powiekami, stres. Wielu pacjentów mówi o kłopotach z zasypianiem, możliwym tylko przy włączonym świetle. Nota bene spanie przy zapalonym świetle nie jest niczym nowym. Wspaniały żołnierz, superman, bohaterski marszałek Józef Piłsudski, zasypiał tylko przy zapalonej lampie. (Jak wielu wielu innych ludzi kiedyś i dziś, w tym niżej podpisany).

Czyż nie ma w tym wszystkim trochę przesady? Czy hardzi dzielni mężczyźni bardzo minionych lat i ich krzepkie solidne kobiety, nie bali się, że ich świat runie pod ciosami apokalipsy? Nihil novi sub sole, bali się i to jeszcze jak! Bali się, ale przetrwali i zapewne my również przetrwamy, ale przysłowiowy zdrowy duch w zdrowym ciele, ma coraz mniejsze szanse w niemożliwym świecie.

Coraz trudniej być optymistą w niestety bardziej i bardziej psychopatycznym spektrum osobowiści coraz większej ilości ludzi. George Orwell napisał kiedyś (przewrotnie?):

„Dobrzy ludzie śpią spokojnie w swoich łóżkach, ponieważ źli ludzie są gotowi do przemocy w ich imieniu”.

Moją metodą na w miarę spokojne życie jest jedno co potrafię – wypisuję się ze stresu. Pocieszam się również wiarą, że wieczność istnieje. Wierzę, że wieczność jest zasiana w ludzkiej duszy, a podążając tym śladem uważam, że strach przed śmiercią jest tylko brakiem wiary w istnienie Boga.

Jak żyć w dzisiejszym świecie, krainie kultury post religijnej? Dobre pytanie. Co więcej, nie ma na nie odpowiedzi. Żyj chwilą? Kolekcjonuj dobre wspomnienia? Nie miej dzieci? Nie bój się śmierci? Wydaje się, takie przynajmniej znaki wokół, iż budzi się kolektywna trwoga, lęk, że człowiek sam siebie zmiecie z powierzchni ziemi. Ludzie, tak to w każdym razie zaczyna wyglądać, w końcu pojęli, że przestali być tylko oberwatorami i stali się uczestnikami.

Amerykańska grupa aktywistów The Bureau of Linguistic Reality, która zajmuje się między innymi tworzeniem nowych słów, wyprodukowała ostatnio – bardzo moim zdaniem celne słowo – slowpocalypse. W swobodnym tłumaczeniu; powolutku mili ludkowie, powoli i spokojnie, nikt nie ujdzie z życiem z życia.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar