Awantura o Polskę

Polski kołtun zwykle śpi. Nie obchodzi go nic oprócz własnego światka. Żyje zamknięty w kokonie własnych spraw. I jest mu z tym dobrze. Nikomu nie wadzi i patrzy dookoła zamglonymi oczami. Budzi się nagle, kiedy słyszy słowo Polska i wydaje mu się, że została skrzywdzona. Zaczyna wówczas, kołtun, walić na lewo i prawo pięściami, i nawet nie pyta o co na prawdę chodzi. Gdzieś w szwedzkiej prasie napisano o „polskich obozach koncentracyjnych”. Kołtun chce natychmiast zlinczować dziennikarza nie pytając o co chodzi i co się na prawdę stało. Obudzony kołtun, to tyle co bitwa pod Grunwaldem.

W zeszłym roku (tekst pisany w kwietniu 2006 roku – dop. red) ukazała się po szwedzku powieść Zbigniewa Kuklarza „Hjälp, jag heter Zbigniew”. Powieść, można powiedzieć, satyryczna. Opowiada przygody z polską rodziną bohatera, który nie chce być Polakiem. Chce być taki jak wszyscy dookoła, chce być Szwedem. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby chodziło tu o jakąś inną rodzinę, na przykład o rodzinę hisz-pańską lub afrykańską. Pokażcie mi dziecko, które nie chce być takie samo, jak jego koledzy w szkole. Pokażcie mi emigranta, który w jakimś momencie życia nie zechciałby zrzucić z siebie swoją starą osobowość i przemienić się w Tuziemca. Szkopuł w tym, że powieść traktuje o rodzinie polskiej. Kołtun natychmiast się obudził, żeby bronić czci i dobrego imienia Polaków. Najchętniej zabroniłby druku tej książki. I jest wściekły, że książka zdobyły duży rozgłos na szwedzkim rynku wydawniczym. W dodatku twierdzi, że gdyby ta książka ukazała się po polsku, to byłoby to pranie brudów we własnym ogrójcu. A to by było możliwe tylko wówczas, gdyby kołtun napisał ją sam.

Ale kołtun nie jest w stanie nie tylko pisać, ale również czytać. Powieść Kuklarza jest książką dla Szwedów o szwedzkim chłopcu i młodzieńcu, który dopiero pod koniec książki autentycznie przeżywa swoją polskość. Można powiedzieć, że dojrzewa do swojej polskości. Może być Szwedem i Polakiem jednocześnie. Czyż nie do tego właśnie w trudzie i znoju, my, emigranci, dążymy?!

Tak, czy inaczej, trudno kołtunowi wytłumaczyć, że powieść jest po prostu fikcją, która pragnie wskazać na problemy, z którymi boryka się grupa ludzi, bądź jednostka. Że jest to wskazanie symboliczne i ponadczasowe. To prawda, że powieść oparta na materiale biograficznym stwarza pewne trudności interpretacyjne, ale musimy pamiętać, że autor takiej powieści pragnie pokazać swoje przeżycia jako typowe, jako uogólnienia. Wtedy ostrze autentyzmu stępia się albo w ogóle jest nieistotne.

Podobno Molly w „Ulissesie” Jamesa Joyce’a jest sportretowana żoną pisarza. Głu-piutka, namiętna, pełną seksualnych wizji. Podobno Joyce miał trudności z wydaniem „Ulissesa” właśnie przez sportretowaną postać Molly. Czy dzisiaj kogokolwiek obchodzi, kto był prototypem Molly?! Ważne jest, że otrzymaliśmy sugestywną postać kobiecą, a takich niewiele jest w literaturze światowej. Czy zatem Joyce opluł swoją rodzinę? Czy może raczej chciał pokazać prawdę – literacką i ludzką. Czy Kuklarz opluł swoją rodzinę? Nie, raczej chciał pokazać prawdę wzrastania i życia jednocześnie w dwóch kulturach. I dlatego posłużył się realiami, które znał najbardziej, swoją rodziną. Ale to w końcu nie ma znaczenia, jeśli opisana przez niego rodzina, może stać się, mniej lub więcej, każdą polską rodziną.

Pewne Kołtunka, która dowiedziała się, że Kuklarzowi przyznano Nagrodę Artystyczną POLONIKI 2006, zwróciła się do wojskowego przedstawiciela Ambasady Polskiej, żeby wpłynął na Ambasadora RP i nie pozwolił, żeby Kuklarzowi wręczono Nagrodę w Instytucie Polskim. Zażądała, żeby Ambasador stał się Cenzorem. Zupełnie tak jak Cenzorem był Ambasador Rosyjski w rozbiorowej Polsce. Jak widzimy kołtun chciałby być wszystkim, a przede wszystkim Prezydentem Wszystkich Polaków. Wtedy broniłby Rodaków najskuteczniej. Przed kim? I dopiął swego.

Michał Moszkowicz

Tekst był publikowany w Nowej Gazecie Polskiej w kwietniu 2006 roku

Lämna ett svar