Zapachy i smaki Bożego Narodzenia

Każdy z nas wspomina jakieś minione Święta Bożego Narodzenia. Najczęściej te z lat dziecinnych, o ile czasy były spokojne i kiedy jeszcze św. Mikołaj fatygował się do nas. Teraz już nie przychodzi, widocznie przestaliśmy być grzeczni.

Boże Narodzenie miało swój rytuał, smaki i zapachy. Zapachy były zapowiedzią świąt, chodzenia na łyżwy przed południem, odwiedzin u kolegów mających telewizor. Domownicy też byli jakby łaskawsi i nie pytali codziennie: – a co tam w szkole? Wszak szkoły też nie było i to przez dwa tygodnie! To były słodkie lata 60-te!

Dziś, mieszkając poza Polską, opowiadam dzieciom o przygotowaniach do Świąt w latach 50-tych i 60-tych, gdy każdy zakup mimo szczegółowych planów mógł być niezrealizowany, gdy stało się w kolejkach i „polowało” nawet na zwykłe masło, dzieci nie chcą wierzyć albo zadają kłopotliwe pytania: dlaczego tak było? No, tak było i nie pora dziś na szczegółowe wyjaśnienia.

Najpierw było wielkie przedświąteczne sprzątanie, stąd zapach pasty do podłogi był w domu dominujący. Zza okien dochodziły dźwięki trzepania dywanów. Mimo śniegu za oknem, ktoś mył okna denaturatem i gazetami, czego wiązka zapachu snuła się pół dnia po pokoju. W miarę zbliżania się Wigilii, przychodziły inne zapachy, bardziej spiżarniane, spożywcze i o podłodze się zapominało. Ale nie do końca, bo trzeba było ją froterować. Dzisiaj w moim sklepie, przechodząc obojętnie obok usypanej góry pomarańczy, dobiega mnie ich zapach. Skłania mnie to niekiedy do przypomnienia sobie domu i kryształowej salaterki, w której leżały z trudem kupione pomarańcze przemieszane z figami i cukierkami. Pomarańcze obierało się z pietyzmem i po świętach gotowało w cukrze skórki do ciast na następne okazje.

Boże Narodzenie miało swój rytuał, smaki i zapachy. Zapachy były zapowiedzią świąt, cho-dzenia na łyżwy przed południem, odwiedzin u kolegów mających telewizor. Domownicy też byli jakby łaskawsi i nie pytali codziennie: – a co tam w szkole? Wszak szkoły też nie było i to przez dwa tygodnie! To były słodkie lata 60-te!

Dziś, mieszkając poza Polską, opowiadam dzieciom o przygotowaniach do Świąt w latach 50-tych i 60-tych, gdy każdy zakup mimo szcze-gółowych planów mógł być niezrealizowany, gdy stało się w kolejkach i „polowało” nawet na zwykłe masło, dzieci nie chcą wierzyć albo zadają kłopotliwe pytania: dlaczego tak było? No, tak było i nie pora dziś na szczegółowe wyjaśnienia.

Najpierw było wielkie przedświąteczne sprzątanie, stąd zapach pasty do podłogi był w domu dominujący. Zza okien dochodziły dźwięki trzepania dywanów. Mimo śniegu za oknem, ktoś mył okna denaturatem i gazetami, czego wiązka zapachu snuła się pół dnia po pokoju. W miarę zbliżania się Wigilii, przychodziły inne zapachy, bardziej spiżarniane, spożywcze i o podłodze się zapominało. Ale nie do końca, bo trzeba było ją froterować. Dzisiaj w moim sklepie, przechodząc obojętnie obok usypanej góry pomarańczy, dobiega mnie ich zapach. Skłania mnie to niekiedy do przypomnienia sobie domu i kryształowej salaterki, w której leżały z trudem kupione pomarańcze przemieszane z figami i cukierkami. Pomarańcze obierało się z pietyzmem i po świętach gotowało w cukrze skórki do ciast na następne okazje.

Tadeusz Urbański

Tekst był publikowany w NGP (nr 21/2005)
Foto: Pexels

Lämna ett svar