Poławiacze pereł w morzu komercji

Jubileuszowy, 30-ty festiwal filmowy w Sztokholmie przyniósł, jak zwykle, zróżnicowany zestaw tytułów, zgrupowanych w pewnej ilości kategorii.

Obejrzenie wszystkich czy nawet większości filmów jest oczywiście niemożliwe. Nawet do obowiązków jurorów, specjalnie przyszeregowanych do różnych kategorii, należy tylko obejrzenie ograniczonej ilości filmów. Taryfa ulgowa, polegająca na próbach “zaliczenia” filmów poprzedzanych pewną renomą, dzieł znanych reżyserów czy wreszcie uwzgledniających tematykę polską, pozwala ograniczyć się do mniejszej ilości filmów, wybieranych według pewnych kryteriów. Z których najważniejsza jest obecność filmów produkcji polskiej lub poloników w innych filmach.

W tym roku znalazł się w konkursie, a zarazem w całym festiwalu, tylko jeden film polski „Boże Ciało” (Corpus Christi) Jana Komasy, reżysera dwukrotnie uprzednio odwiedzającego sztokholmski festiwal. Tym razem nie obyło się też bez nagrody, aktorskiej dla Bartosza Bieleni, grającego samozwańczego księdza bez święceń. W dodatku film zajął trzecie miejsce w plebiscycie publiczności.

“Boże Ciało” nie jest filmem antyklerykalnym jakim był “Kler”, w tym samym, wysokim stopniu co wiele innych filmów zagranicznych, poruszających problem pedofilii wśród kapłanów, opiekujących się i odpowiedzialnych za morale swych młodocianych wychowanków. W tej sprawie wyróżnił się inny film festiwalu, francuski “Grace a Dieu” (dosłownie Dzięki Bogu, przetłumaczony nieściśle na szwedzki jako “I Guds namn” – W imię boże) Franka Ozona. Angażująca historia, oskarżająca liońską hierarchię katolicką, chroniącą do ostatka pedofilów, pod pozorami ich krytyki. Rezultaty szeroko zakrojonej akcji są nikłe, ale pobudzono aktywność ofiar sprzed lat, skłaniając ich do kłopotliwego świadectwa.

“Boże Ciało” lekko tylko zatrąca o podobną problematykę, koncentrując się na fanatyzmie małej społeczności, przyjmującej bezkrytycznie fałszywego księdza, w istocie urlopowicza z  karnego zakładu poprawczego.

Zawsze aktualna tematyka rosyjskosowieckiej przeszłości powróciła najdobitniej w filmie “Gosudarstvennyje pochorony” (Pogrzeb państwowy) Sergieja Łoznicy, który zadał sobie trud wyboru, z ogromnego materiału uroczystości pogrzebu Stalina – dwugodzinnej ilustracji – od śmierci wodza po złożenie zwłok w mauzoleum (niestety tylko na najbliższe 9 lat). To pars pro toto dowodzi ogromu aparatu propagandy w służbie kultu, ale zawiera również wizualne dowody autetycznej z pozoru rozpaczy po tej wielkiej stracie. Wśród tłumu rozpoznać można całe sowieckie politbiuro, a także licznych zagranicznych gości z kierownictwa bratnich partii komunistycznych, w tym takich Polakow, jak Bierut, Rokossowski, Ochab, Minc, także Ul-bricht i Czou en-lai. Film kończą obowiązkowe, przywracające prawdę, napisy o zbrodniach, demaskacji i końcu epoki błędów i wypaczeń.

Najbardziej, nie tyle prestiżową ile finansową nagrodę pieniężną (1 milion koron ufundowany przez miasto Sztokholm), przyznano Kantemirowi Balagowowi za – moim zdaniem – nierówny film “Dylda” (Wysoka dziewczyna), pokazujący realia Rosji w pierwszych latach po zakończeniu wojny i podkreślający, że niektóre zwierzęta są równiejsze niż inne.

Niemal w tym samym okresie rozgrywa się akcja dramatu “Akik maradtak” (Ci, którzy przeżyli) Barnabasa Totha. Kilka osób ocalałych z węgierskiego Holocaustu’1944 spotyka się tu w latach 1948-53. To historia o dojrzewaniu osieroconej młodej dziewczyny szukającej substytutu ojca w 42-letnim, równie osamotnionym ginekologu. Oboje znajdują nowych partnerów, święcąc równocześnie śmierć Stalina, choć przedtem przeżywali niepokoje na temat kogo dziś awosze zaaresztują i kto na kogo doniesie.

Ale najciekawsze retro w europejskiej historii można było zaobserwować w filmie Alejandro Amenabara “Men-tre dure la guerra” (Podczas wojny). Imponująca opowieść o Miguelu de Unamuno, hiszpańskim kandydacie do Nobla z literatury, ryzykownie zmierzającym do kompromitacji a’la noblista Hamsun (choć nie akceptował żadnego z ustrojów totali- czy nawet autorytarnych, z prawa i lewa), w finale filmu rehabilitującym się odważnym przemówieniem na uniwersytecie w Salamance, w obliczu frankistowskich notabli.

A perły? Napewno “Portait de la jeune femme en feu” (Portret młodej kobiety w płomieniach) Celine Sciamma, ambitny i angażujący film feministyczny, gdzie główną zasadą jest kobiece prawo wyboru: żenić się czy nie, spotkać intymnie inną kobietę, rodzić czy usunąć płód, popełnić samobójstwo lub nie, pozować do portretu lub nie.  Może także dramat społeczny “Bait” Davida Jenkina (nagroda za reżyserię), przypominający momentami takie klasyczne filmy jak “Człowiek z Aran” (1934) Roberta Flaherty’ego, czy “Ziemia drży” (1947) Luchino Vscontiego. I mroczny dramat wokół i w środku latarni morskiej, gdzieś na oceanie “The Lighthouse” Roberta Eggersa.

Nie obejdzie się tu też bez wpisu do księgi skarg i zażaleń. Tegoroczny festiwal cechowała niesłychana dotąd komercjalizacja. Ceny biletów uległy kolejnej podwyżce, chęć obejrzenia tylko jednego czy paru filmów,  śrubuje ceny jeszcze wyżej, bo dochodzi koszt karty na cały festiwal (300 koron). Ta sama suma ściągana jest, po raz pierwszy w historii festiwalu, od akredytowanych dziennikarzy, którzy uprzednio otrzymywali w dodatku różne materiały drukowane, na czele z pięknym katalogiem, teraz kosztującym 120 kr. Bezpłatny katalog, drukowany jak zawsze na papierze gazetowym, został w dodatku pozbawiony przydatnego, ba, niezbędnego kalendarium, bez którego trudno jest zaplanować kupno biletów na poszczególne filmy.

Pozory jednak zachowano, nadal przyznawane są liczne nagrody specjalne, z czym wiążą się wizyty prominetnych twórców. Nie sprzyja to jednak atmosferze panującej do niedawna na tym festiwalu.

Aleksander Kwiatkowski

Lämna ett svar