DANA RECHOWICZ: Moja Szwecja

Znaleźliśmy się tutaj z różnych powodów i prawie wszyscy, od razu na początku, zetknęliśmy się z tym samym problemem. Język! Chyba każdy z nas, który przyjechał do Szwecji nie znając ani jednego słowa po szwedzku – nawet tego przysłowiowego: Tack! , przeżył mały szok.

Pamiętam bardzo dokładnie moje pierwsze zetknięcie się z tym językiem. Niedługo po przyjeździe do Sztokholmu wsiadłam do autobusu numer 47, żeby pojechać na Djurgården. Usiadłam za dwoma starszymi paniami. Autobus jechał pięknymi ulicami, a ja zamiast oglądać miasto, z ciekawością niepoprawnej lingwistki, zaczęłam wsłuchiwać się w prowadzoną rozmowę.

Zaintrygowana dobiegającymi do mnie dźwiękami nadstawiłam ucha. To coś nie przypominało żadnego znanego mi języka. Chińszczyzna – pomyślałam. – Gorzej niż chińszczyzna! Nie mogłam rozróżnić ani jednego słowa. To tylko brzmiało. I brzmiało. Jak nasz przysłowiowy chrząszcz w trzcinie. Żadnych przerw, ani przecinków. Ani kropek. A gdy jedna z nich powiedziała JA! (tak na wdechu), to pomyślałam sobie, że jak na astmatyczkę to nie powinna może tyle mówić. Powinna może trochę odpocząć, zrobić sobie inhalację. Ale ona nie przestawała mówić. Bez ustanku. Bez przystanku. Bez przecinków. Choć ją od czasu do czasu zatykało. Nagle ta druga też tak dziwnie złapała oddech – jak ryba wyrzucona z wody na brzeg. Biedne one! – pomyślałam. Ale widocznie jednak jakoś sobie z tym radzą, bo zupełnie im to nie przeszkadza w kontynuowaniu rozmowy.

Chińszczyzna! Chyba nigdy w życiu się tego nie nauczę. Znałam obce języki i wydawało mi się, że w każdym nowym powinno dać się rozróżnić chociaż jakieś poszczególne słowa. Choćby te pochodzące z łaciny. I nagle jest – MAJ! Więc jest szansa. No i nauczyłam się. Nawet dość szybko. A to dzięki temu, że miałam szczęście trafić na bardzo dobrą nauczycielkę, która uczyła nas szwedzkiego na kabaretowych tekstach. To co śmieszne i wesołe zawsze szybciej ”wchodzi do głowy”. Były to na dodatek teksty Hasse Alfredssona i Tage Danielssona. Pamiętam je do dzisiaj. To tak jakby uczyć się polskiego na tekstach i piosenkach Starszych Panów.

Klasyczna scena “W przedziale” w wykonaniu Hasse Al-fredssona i Martina Ljunga jest nie tylko perełką humoru i dobrego aktorstwa, ale też doskonałym ćwiczeniem na długie i krótkie samogłoski. A jeżeli ktoś po-wie, że po wysłuchaniu tego skeczu nie potrafi zapamiętać, że mówi się gubbe a nie gube, låda a nie lådda, magen a nie maggen – to naprawdę w to nie uwierzę.

A propos szwedzkiego humoru. W Polsce krążyło i nadal krąży przekonanie, że Szwedzi są zimni, sztywni, zamknięci w sobie i zupełnie nie mają humoru. Mają. Naprawdę mają. Może trochę innego rodzaju niż my Polacy, ale mają.

Przez pewien czas, ze względu na reorganizację, dzieliłam pokój z koleżanką. Był to okres, kiedy w pracy ciągle bolał mnie brzuch. Nie, nie z głodu, ani z przejedzenia. Ze śmiechu. Berith, bo tak miała na imię moja koleżanka, była uosobieniem humoru. Potrafiła wszystko obrócić w żart. A praca jej nie była wcale wdzięczna – przyjmowała zamówienia i ciągle narażona była na uwagi i pretensje niezadowolonych klientów. Berith na wszystko miała dowcipną odpowiedź a w przerwach między telefonami zasypywała mnie kawałami, anegdotami albo żartami na temat własnego roztrzepania. I, mimo że dawno już ze mną nie pracuje, nadal słyszę jej śmiech. Ona też, nie raz, śmiała się z moich kawałów i opowiastek. Salwę śmiechu i ból brzucha wywołała jednak u niej, pewnego razu, zupełnie inna sytuacja. Zadzwonił mój telefon – ktoś ze znajomych Polaków, więc oczywiście rozmawiałam po polsku. Widzę jednak kątem oka, że Berith dosłownie się dusi. Po odłożeniu słuchawki pytam więc: – Berith, przypomniał ci się jakiś nowy kawał?Nie – odpowiedziała. – Myślałam na początku, że się wygłupiasz, że opowiadasz komuś kawał o jakimś sz, cz, zzzz, bzzy, bzzzy, bzzzzy, ale nagle zorientowałam się, że rozmawiasz, chociaż to dla mnie były tylko niezrozumiałe dźwięki. To tylko brzmiało i brzmiało. Jak lot trzmiela. Chińszczyzna! Żadnych przecinków i kropek. To naprawdę były całe zdania?

Porównanie nasuwa się samo: scena z autobusu na Djurgården i moje pierwsze zetknięcie się ze szwedzkim. Teraz, to było Berith pierwsze zetknięcie się z polskim.

W nauce języka niesłychanie pomagają też piosenki. Tekst melodii, którą słyszy się często o wiele łatwiej “wchodzi do głowy”. Nic więc dziwnego, że słuchając często radia, tyle szwedzkich piosenek “wpadło mi po prostu do głowy”. Zachwyciłam się piosenkami Everta Taube, tak plastycznie oddającymi piękno szwedzkiej przyrody. I Bellmanem. Bellaman to kobiety, wino i śpiew. To radość życia, ale i jego ciemne strony – ludzie staczający się do rynsztoka, żyjący na jego marginesie. To był wiek XVIII.

A teraz? Czy w dzisiejszej wysoko uprzemysłowionej Szwecji nie spotykamy się z podobnymi problemami? Myśl ta stała się realna, kiedy pewnego jesiennego przedpołudnia szłam przez park w kierunku polskiego sklepu na Torsgatan, żeby jak co tydzień, u Leszka Aksamita, kupić najlepszą w Sztokholmie kiełbasę krakowską i inne polskie smakołyki, bo choć nauczyłam się już jeść szwedzkie śledzie – nieco na słodko, i falukorv i borówki podawane, nie jak w Polsce do indyka, ale do tych najśmieszniejszych na świecie szwedzkich kuleczek mielonych – to jednak kawałek krakowskiej lub myśliwskiej….. Zanurzona tak w myślach o smakach i zapachach weszłam dosłownie na obrazek rodzajowy, który podważył przywiezione z Polski mniemanie o bogatej, troszczącej się o swych mieszkańców od kolebki po grobową deskę Szwecji. Gdybym umiała malować pewnie bym to namalowała. Była to scenka jakby wyjęta z Bellmana, tylko przeniesiona w realia dnia dzisiejszego.

“Na uszach miała walkmana. W kąciku bezzębnych ust miarowo kołysał się dopalający się papieros. Nogi w wykoślawionych butach przytupywały w takt tylko dla niej słyszalnej melodii. Siedziała wygodnie, rozparta na zielonej ławce u stóp ogromnego kasztana. Rozpostarte liście tworzyły nad jej głową sufit a u jej stóp ścielił się dywan utkany ze złoto-brązowych liści przeplatanych rudymi kasztanami. Zwisająca z boku pajęczyna z kroplami srebrzystej rosy była piękną, antyczną firanką. Prawe ramię opierała o dużą papierową torbę, pełną zwiniętej niedbale odzieży. To była jej szafa. U nóg ławki stała torba z napisem VIVO, z nadgryzioną bułką, kilkoma pomarszczonymi jabłkami i z pustymi, poplamionymi tłuszczem papierami. Była to cała jej spiżarnia.

W lewej ręce trzymała niedopitą puszkę piwa. Z ulicy dobiegał szum samochodów. Nie przeszkadzało jej to zupełnie – miała przecież na uszach swój magnetofon.

Przed nią rozpościerał się trawnik boiska, na którym dzieci z pobliskiej szkoły miały właśnie lekcje gimnastyki. Lubiła na to patrzeć. Drażnili ją tylko czasem przechodzący alejką ludzie, którzy na moment przesłaniali jej widok.

Jedyny minus mieszkania na parterze – myślała w takich chwilach. Oprócz tego widziała w nim tylko same plusy. W dzień świeciło jej słońce, w nocy spała pod baldachimem z gwiazd, a księżyc znaczył drogę jej snów. – Nie każdy może mieć takie luksusy – mówiła pod nosem. Czuła się jak prawdziwa królowa – sztokholmska Baglady o pięknie brzmiącym adresie Park Wazów.

Widocznie na podobne scenki natykał się Cornelis Vresijvik, jeden z najlepszych szwedzkich trubadurów. Tylko, że on o tym pisał piosenki. Też był cudzoziemcem. Holendrem, zamieszkałym wiele, wiele lat w Szwecji. Tu znalazł swój drugi dom, tak jak wielu z nas. Tutaj żył, występował, tutaj nagrał wiele płyt, które grane i słuchane są do dzisiaj, mimo że on sam spogląda już na nas z góry. Miał dziwne, trudne do wymówienia i napisania nazwisko, ale właśnie dzięki temu wszyscy wiedzą i pamiętają, że nie był rdzennym Szwedem tylko Holendrem, mimo że tworzył i śpiewał po szwedzku. Większość naszych polskich nazwisk jest równie trudna dla szwedzkich uszu. Nagle brzmią zupełnie inaczej niż w Polsce. Nagle trzeba je literować kiedy podaje się je przez telefon, albo w jakimś urzędzie.

Kiedyś zaczęłam zbierać głównie etykietki naklejone na lekarstwa. Dawniej mówiło się, że należy udać się do aptekarza, kiedy nie można odczytać jakiegoś tekstu, bo tylko on potrafi to odczytać. Nie w tym przypadku. Nie tutaj. Warianty mojego nazwiska były niezliczone. Problem przestał istnieć kiedy wprowadzono maszynki odbijające kartę pacjenta na receptach i innych papierach. W pracy natomiast różnorodność odmian nie przestawała mnie zadziwiać. Pracowałam wtedy w dziele exportu prowadząc szeroką korespondencję z całym światem. I mimo że oprócz odręcznego podpisu moje nazwisko napisane było również na maszynie w odpowiedziach trafiały się najprzeróżniejsze perełki. Na dodatek adresowane czasem do Mr… choć podpisywałam Mrs. No cóż, w sumie nic dziwnego – nasze imiona i nazwiska dla obcokrajowca wcale nie wskazują na płeć.

Ze zjawiskiem tym zetknął się mój znajomy. Tutaj w Szwecji. Na imię miał Marian i któregoś razu bardzo się przeziębił. Dzwoni więc do Kasy Chorych, żeby zgłosić chorobę. Swoim grubym, męskim głosem podaje nazwisko, imię i adres, ale zanim jeszcze zdą-żył powiedzieć co mu dolega, urzędniczka po drugiej stronie telefonu mówi: – Pani ma chyba zapalenie gardła i strun głosowych? I jak jej tu wytłumaczyć, że Marian w Polsce jest imieniem męskim?

Chyba każdy z nas, których nazwiska są dla Szwedów trudne do wymówienia, czy napisania przeżył podobne historie, mniej lub bardziej zabawne. Zwłaszcza na początku pobytu, kiedy nie posiadało się jeszcze numeru osobistego, często stałego miejsca zamieszkania, było przecież nazwisko jedynym identyfikatorem naszej osoby. Naszej tożsamości.

Któregoś dnia po zetknięciu się z maszynerią szwedzkiej biurokracji napisałam wiersz, który bardzo skrótowo opisuje takie sytuacje i związane z nimi uczucia.

nazwisko

moje nazwisko

bez adresu

bez telefonu

bez znaczenia

nazwisko

trudne do wymówienia

do napisania

do zapamiętania

a jednak

jakiś ślad

w pamięci

twej pamięci

twej zawodowej pamięci

na jak długo?

aż nieunikniony efekt

zapomnienia

wymaże je na zawsze

jak morskie fale

spłukują z plaży

ślady żółwia

idącego do nikąd

Problem trudnej wymowy czy potrzeby literowania nazwiska, nie jest bynajmniej zastrzeżony dla nas Polaków. Szwedzi mają zupełnie podobne problemy kiedy to oni znajdują się za granicą. Będąc kiedyś we Włoszech byłam świadkiem następującej scenki:

W hotelu zjawia się duża grupa Szwedów a wśród nich ja, jedyna cudzoziemka. Wszyscy grzecznie ustawiają się w kolejce po odbiór klucza do pokoju, jako że rezerwacje zrobione były wcześniej przez szwedzkie biuro podróży.

– Your name? pyta recepcjonista. – Åsa Öberg and Kjell Gyllenstjärna.

– What???? – How????

W tym momencie wszyscy spojrzeli na mnie, bo wybuchnęłam perlistym śmiechem, którego przyczyny oni oczywiście nie mogli się domyślać.

Codziennie przemierzam ulice Sztokholmu. Na chodnikach zostają ślady moich stóp. Każdy z nas pozostawia tutaj swoje ślady. I niekoniecznie muszą one być tak widoczne jak te, które zostawiają pisarze, malarze czy kompozytorzy, bo ich nazwiska, mimo że dziwne, łatwiej są akcep-towane i zapamiętywane dzięki ich popularności. Nasze są, czy ktoś chce czy nie, na drzwiach naszych mieszkań, czy w książkach telefonicznych.

Ale najważniejsze są te ślady, które zostają w sercach ludzi, których spotykamy na naszej drodze. Wspomnienia miłych zdarzeń i spotkań. Wymiany doświadczeń i myśli czy prozaicznych przepisów kulinarnych. Bo czyż nie jest nam miło kiedy szwedzcy przyjaciele zapraszają nas na bigos lub polskie pierogi?

Moja Szwecja to bardzo, bardzo wiele. To jak niebo nad Sztokholmem – tak ogromne, że aż nie do ogarnięcia.

Dana Rechowicz

Tekst nagrodzony w konkursie NGP ”Moja droga do Szwecji” publiko2wany był w Nowej Gazecie Polskiej w maju 2006 roku.
Foto: autorka tekstu.

Lämna ett svar