WYWIADY: Jestem raczej obserwatorem

O widzeniu świata, fotografowaniu i podróżowaniu rozmawiamy z mieszkającym w Sztokholmie Markiem Zürnem.

Marek Zürn: Dlaczego chcesz ze mną rozmawiać?

NGP: Bo fotograficznym okiem zajmujesz się obserwacją różnych aspektów naszej społecznej rzeczywistości. Obserwuję Twój profil na Facebooku, zamieszczasz tam dużo własnych zdjęć, często w formie fotoreportaży. Kim jesteś z zawodu?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Teraz emerytem. A kiedyś wykonywałem kilka zawodów. Jedne krócej, drugie dłużej. Jedne wykonywałem z przyjemnością, inne z musu. Rozpiętość była duża: od pisania do pracy fizycznej.

Przyjechałeś do Szwecji w 1985 roku. Jaki był powód?

Bo miałem za słabe osiągnięcia w pracy fizycznej… (śmiech). Po podjęciu pracy stwierdziłem, że nie umiem tego, co rzemieślnik powinien potrafić, więc się poddałem i uznałem, że trzeba szukać jakiegoś innego modelu życia.

I jak ci się powiodło w Szwecji, w pierwszych latach?

Myślę, że były to lata typowe dla wielu polskich emigrantów tego okresu. A więc najpierw poszukiwanie pracy. Ale ja miałem szczęście. Dostałem – dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności – pracę w jednym z moich zawodów, więc przez trzy lata robiłem to, co lubiłem, i jako-tako umiałem. Pracowałem przy montażu i filmowaniu materiałów dla dziennika telewizyjnego. Niestety, był to okres totalnej blokady etatów w Telewizji Szwedzkiej, i po trzech latach zmuszony zostałem do zakończenia tej pracy. Później było kolejne szaleństwo życiowe – do czego zupełnie się nie nadawałem: przez dziesięć lat pracowałem i prowadziłem kwiaciarnię. To obrzydziło mi kwiaty do końca życia. Później znowu uśmiechnęło się do mnie szczęście, zacząłem pracę w liceum o profilu massmedia. Dzięki tej pracy poznałem Szwecję z innej strony, z innego punktu widzenia – młodzieży szwedzkiej. Tam pracowałem do emerytury, a nawet nieco dłużej.

Wspominasz o tym typowym losie emigrantów tamtego okresu. Spytam cię, jako socjologa: czyli teraz ci Polacy, którzy emigrują do Szwecji, mają dużo łatwiej?

Już dawno przestałem być socjologiem. Za daleko odszedłem od takiego spojrzenia, które upoważniałoby mnie do publicznego formułowania ogólnych ocen. Zresztą zbyt mało mam kontaktu z tą nową falą emigracyjną, by mieć jakieś opinie. Moje obserwacje są raczej z drugiej ręki. Gdy coś czytam, gdy ktoś coś mi opowiada.

Czy to nie jest jednak tak, że coraz rzadziej mamy kontakt z żywymi ludźmi, a coraz częściej znamy się wirtualnie?

Niestety, tak jest. Dlatego uważam, że powinniśmy ostrożnie formułować swoje oceny o innych, by nie generalizować.

Zawsze kojarzę cię z fotografowaniem, stąd moje pytanie – czy byłeś/jesteś profesjonalnym fotografem? Moje wyobrażenie było takie, że jesteś takim facetem, co to chodzi stale z aparatem zawieszonym na szyji…

Ten opis się zgadza. Ale profesjonalnie z fotografią nie pracowałem.

Skąd to zainteresowanie?

Czym innym było ono, gdy miałem 15-17 lat – wówczas zaczynałem fotografować. Wtedy były to przypadkowe zdjęcia utrwalające wspólne spotkania, wyjazdy drużyny harcerskiej. Nie było to zaplanowane działanie. Później niewiele się zmieniło. Robiłem zdjęcia wtedy, kiedy miałem czas, a nie wtedy, kiedy chciałbym robić zdjęcia. Byłem raczej obserwatorem i z doskoku utrwalałem pewne rzeczy, które mnie interesowały. Większość zdjęć, które zrobiłem na przykład w latach sześćdziesiątych, nigdy nie zostały wywołane. Teraz dopiero – dzięki mojej żonie Ewie, która się tym zajęła – mogę te zdjęcia po raz pierwszy zobaczyć nie tylko w negatywie. To, co teraz fotografuję, to jest kontynuacja tego nurtu zainteresowań światem, głównie ludźmi. Mam pewną łatwość robienia zdjęć z bliska przypadkowym ludziom. To z kolei umiejętność, która wiąże się z moim zawodem socjologa, gdy robiłem tysiące wywiadów z ludźmi. Pewnego rodzaju “bezczelność” w kontakcie z ludźmi, ale oczywiście do pewnych granic.

Te zdjęcia z lat sześćdziesiątych, z Warszawy, które dzisiaj publikujesz na swoim profilu Facebooka, mają dzisiaj niezwykłą wartość historyczną…

Ja też to dopiero teraz odkrywam. Zainteresowałem tymi zdjęciami agencję fotograficzną Forum, która dostarcza je do gazet. Zdjęć Warszawy lat sześćdziesiątych nie ma zbyt dużo, poza pracami znanych wówczas reporterów, fotografów. Tylko oni robili zdjęcia bardziej na konkretne zamówienie, a więc inne, niż ja robiłem wówczas. Ja chwytałem to, co “wcisnęło się” przed obiektyw.

Dzisiaj każdy może być takim fotoreporterem mając pod ręką telefon. W latach 60-tych aparaty fotograficzne nie były czymś powszechnym. Jak zmieniła się technika pracy fotografa-amatora?
Nie ma porównania. Ja zaczynałem od “Druha” z jednym czasem migawki. Ale… to nie znaczy, że dzisiaj jest łatwiej robić zdjęcia. Kiedyś zrobienie zdjęcia wymagało pewnego namysłu i pomysłu. Rzadko kto miał taką intuicję, by bezrefleksyjnie zrobić zdjęcie dokładnie w tym momencie, kiedy trzeba je zrobić, a nie pół sekundy później lub wcześniej. To była wielka sztuka – umieć przewidzieć to, co dzieje się przed aparatem. I potrafić analizować sekwencje ruchu. Dzisiaj to można załatwić robiąc bardzo szybką serię zdjęć.

To znaczy: kiedyś było ciężej, czy dzisiaj jest ciężej? Dzisiaj aparaty fotograficzne wydają się być bardzo skomplikowane i trudniejsze w obsłudze…

Teraz robi się łatwiej, ale… żeby zrobić dobre zdjęcie to teraz i kiedyś jest równie ciężko. Patrząc od strony technicznej robi się dzisiaj zdjęcia łatwiej, co nie oznacza, że zdjęcia są lepsze. Zdjęć można zrobić nieskończoną ilość, ale by z tego coś wybrać – by warto było to za 10-20 lat jeszcze zobaczyć – to z tym jest równie ciężko jak kiedyś.

Masz duszę reportażysty…

To wiązało się z tym, że lubiłem podróżować – i dalej lubię. Lubię widzieć nowe rzeczy, lubię być zaskakiwany. Wraz z grupą moich znajomych stworzyliśmy klub ludzi, którzy sobie wzajemnie pomagali w wyjazdach zagranicznych. To było w latach 70-tych. Stworzyliśmy coś, co nazywało się Towarzystwo Eksploracyjne. Jeździliśmy tam, gdzie normalni ludzie wówczas nie docierali, nawet im nie przychodziło do głowy, że można próbować pojechać. Była to Ameryka Południowa, inni wybierali Azję… I jeździło się za 130 dolarów, które wówczas można było wywieźć z Polski…

Dzisiaj za te pieniądze daleko się nie pojedzie…

Wówczas też, uwzględniając różnicę kursów. To nie była suma wygórowana na trzymiesięczną podróż po Azji. Ale myśmy podróżowali najtaniej jak można, łącznie ze spaniem na ulicy i jedzenie było też symboliczne. Więc każdy “zyskiwał” w takiej podróży stratę paru kilogramów… Ale przywoziliśmy zdjęcia. Był to dowód na to, że można coś zobaczyć niewielkim wysiłkiem finansowym.

Co najbardziej kręciło cię w takich wyjazdach? Spotkanie z ludźmi, czy zobaczyć jakieś miejsce?

Jedno i drugie. Później, jak jeździłem z kamerą, to takie wyjazdy trzeba było bardziej zaplanować, bo jechało się, by dokumentować coś konkretnego.

Mówi się, że ludzie którzy podróżują i poznają świat, stają się bardziej tolerancyjni…

Znowu naciągasz mnie na takie socjologiczne rozważania… Absolutnie! Ale nie tylko podróże. W takim samym stopniu pomaga czytanie książek, myślenie, rozmowa z mądrymi ludźmi. To wszystko są czynniki, które ukierunkowują – na dobre i złe – życie ludzi. Zresztą… jak się jest młodym człowiekiem, to ma się wrażenie, że jest się centrum świata. Ale to błyskawicznie przechodzi. Człowiek uwalnia się od tej iluzji poznając świat. Są rzeczy ważniejsze. Zaczyna się wtedy rozumieć, co jest ważne w życiu. Dla mnie podróżowanie to była szansa na zmianę perspektywy w patrzeniu na to, co dzieje się na świecie. Oczywiście, podróżowanie należy odróżniać od innego „podróżowania”. Nie jest bowiem dla mnie poznawaniem świata, wyjazd do jakiegoś hotelu z basenem – przepraszam, że taki przykład daję. Ale z drugiej strony… każdy musi szukać własnej drogi.

I własnych celów podróży?

Naturalnie. Te podróże nie muszą oznaczać coś niesłychanie odległego. Ja, również ze względu na zdrowie, podróżuję teraz głównie po Skandynawii i po Polsce.

I jest to równie interesujące?

Oczywiście! Mnie fascynuje teraz Północ, a to co Polacy wiedzą o Północy…

Raczej… nic nie wiedzą…

Właśnie! Uważam zresztą, że wystarczy pojechać 30 kilometrów od domu i też coś ciekawego zobaczyć. A jak się już poznało w promieniu 30 kilometrów, to warto rozszerzyć ten promień do 100 kilometrów… Polecam!

Rozmawiał: Tadeusz Nowakowski

Zdjęcia z prywatnego archiwum Marka Zürna

Lämna ett svar