Piekło lustracji

Ponieważ każdy, kto umie włączyć komputer stał się za sprawą Bronisława Wildsteina potencjalnym lustratorem, warto zastanowić się nad głębszymi sensami lustracji. Wyjdźmy od prostych uściśleń językowych. Otóż media używają zwykle określenia agent SB (TW). Kolokwialnie, na język ulicy, przekłada się to jako donosiciel, kapuś, szpicel. Wyrazy te nacechowane są w polskim etosie narodowym tak silnym pejoratywnym ładunkiem, że samo oskarżenie o to, a tym bardziej udowodnienie tego komuś, oznaczać może cywilną śmierć. (Tekst pisany w 2005 roku, ale tezy nadal aktualne – red.)

No tak, ale przecież sam Wildstein twierdzi, że na owej liście mamy też dużo niewinnych ludzi. Czy więc miał moralne prawo narazić setki, a może i tysiące ludzi na cywilną śmierć?

Nad podobnymi problemami zastanawia się ludzkość od dawna. Można tu sięgnąć po moralny kierunkowskaz naszej kultury, a więc Biblię. Przypomnę tu pyszny fragment z Genesis, kiedy to Abraham (około 3,8 tys. lat temu) targuje się z Jahwe o niewinnych, w mającej zostać zburzoną Sodomie. Mamy tu dylemat: ilu niewinnych ludzi można poświęcić w celu usunięcia zła, oczyszczenia oblicza ziemi. Abraham błaga: „O nie dopuść do tego aby zginęli sprawiedliwi z bezbożnymi, aby stało się sprawiedliwemu to samo co bezbożnemu! O, nie dopuść do tego!”. I zadaje retoryczne pytanie (lub podchodzi swego Boga): ”Czyż Ten, który jest sędzią  nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?

O dziwo ludzki, pełen empatii Abraham, staje tu naprzeciw zagniewanego, mściwego Jahwe i przekonuje go co do swoich racji. Mamy tu do czynienia ze zderzeniem dwóch typów etyki – jednej jeszcze chyba sprzed czasów Hammurabiego (Abraham przyszedł przecież z chaldejskiego Ur) z nową, nieśmiało już zapowiadającą chrześcijaństwo. Nie sprawa się teraz liczy, a człowiek, albo raczej: równie ważną rzeczą, jak sprawa, jest jednostkowy człowiek, jego los, jego ból. Bóg zgadza się w końcu co do tego, że jeżeli w mieście będzie dziesięciu niewinnych, to je ocali.

Zupełnie inaczej postępuje Wildstein. Należy zburzyć esbecką Sodomę jaką jest III Rzeczpospolita nie bacząc na nic. Na zarzuty o skrzywdzeniu tysięcy Polaków odpowiada nonszalanckim machnięciem ręki i wzruszeniem ramion. Co by było, gdyby jego samego to dotknęło?

Może odpowiedzią na to jest przykład Lecha Wałęsy. Otóż podczas dyskusji jeszcze sprzed opublikowania listy, mówił do mediów, że jest za upublicznieniem teczek, bo: ”kto padnie, to padnie, a kto przeżyje, to przeżyje”. Czyli jakaś taka sentencja niby głęboka, fatalistycznie zgadzająca się w imię słusznej sprawy, na cierpienie. Jak się niebawem okazało  zgadzająca się łatwo na cierpienie innych, ale nie na swoje własne. Bo gdy Radio Maryja oskarżyło byłego prezydenta, że był on esbeckim agentem o pseudonimie Bolek, ten wściekł się i zagroził, że zniszczy niewielebnego ojca Rydzyka („Wypędźcie tę czarownicę!”) i oskarży go przed całym światem o oczernianie Polski i wiary.

Na podobną, a jakże częstą w Polsce, chorobę podwójności standardów, cierpi niestrudzony tropiciel podziemnych śladów Roman Giertych. Ten oskarża działaczy opozycji z okresu Okrągłego Stołu o zdradę, ale rozgrzesza własnego ojca współpracującego w latach 80-tych otwarcie z reżimem Jaruzelskiego, publicznie go chwalącego.

Reakcje najbardziej zainteresowanych, a więc teczkowiczów,  na ogłoszenie  listy były bardzo różne. Niektórzy, jak np. Konstanty Gebert (teraz „Wyborcza”, kiedyś w podziemiu redaktor pisma „KOS”) są wściekli na głównego sprawcę: „Wildstein będzie się smażył w piekle za to, co zrobił”. Inni (np. aktor Krzysztof Majchrzak) utyskują na kraj i na system, który dopuścił do skrzywdzenia iluś tam niewinnych ludzi. Daniel Olbrychski z kolei o mało nie pobił Wildsteina w czasie gorącej telewizyjnej debaty i oskarżył go publicznie o donosicielstwo. Charakterystyczna była reakcja prof. Jadwigi Staniszkis, która w pierwszym odruchu mówiła o szoku, strasznej nieprzespanej nocy czy nawet samobójczych myślach, ale następnego dnia już uporządkowana, opanowana  rozgrzeszyła i politycznie poparła „Bronka” w jego decyzji ogłoszenia listy.

Mieliśmy tu wyraźnie do czynienia z działaniem na dwu różnych planach – najpierw na poziomie uczuć, później na poziomie chłodnego rozumu. Rodzi się zresztą pytanie, czy Staniszkis poparłaby ogłoszenie listy, gdyby jej nie było dane (jak sama niebacznie wyznała ”dzięki znajomościom”) superszybko oczyścić się z zarzutów.

Co miały i mają robić tysiące ludzi z listy bez znajomości uprawniających ich do specjalnego, ekspresowego traktowania?

Do tych ludzi należę także ja. Chciałem przywołać swój przypadek nie tylko dlatego, że najlepiej go znam, ale również dlatego, że być może podobny jest on do setek czy tysięcy innych przypadków. Gdy dowiedziałem się, że nazwisko moje figuruje na liście, w dużym zdenerwowaniu zadzwoniłem do kolegi, dawnego znanego działacza KOR-u i współzałożyciela ROPCiO. Ten zaczął mnie uspakajać: „Nie przejmuj się, przecież byłeś uważany za jednego z przywódców ruchu hippie, miałeś duży wpływ na młodzież, no to zbierali na ciebie kwity. Wyjaśni się.” I rzeczywiście, po trzech miesiącach (od złożenia wniosku) otrzymałem pismo (zaświadczenie) z IPN-u, że to nie o mnie chodzi i nie byłem nigdy agentem, współpracownikiem ani kandydatem na takiego.

Z jednej strony wspaniale, że wszystko się rozwiązało, ale z drugiej strony niepotrzebnie przeżyłem trzy miesiące niepewności  i nerwówki. Z Polski uciekłem wraz z rodziną w dość dramatycznych okolicznościach i teraz bałem się, że SB z zemsty lub dla poprawienia sobie statystyk, mogła mnie wciągnąć na jakąś listę. Na szczęście okazało się, że nie.

Pozostaje jednak niesmak. Bo co robić z zaświadczeniem o niewinności, które dostałem z IPN-u? Nosić ze sobą i pokazywać każdemu spotkanemu? Wytatuować  sobie na czole? Ogłosić jako płatny anons w polskich gazetach?

Na szczęście wszyscy moi przyjaciele i znajomi uznali, że jestem poza wszelkim podejrzeniem, tak że moje życie towarzyskie wcale z powodu listy nie ucierpiało. Ale mieszkam poza Krajem i nie muszę chodzić do pracy od 9.00 do 17.00. Ale co z niewinnymi teczkowiczami, którzy pracują wśród wrogich częściowo kolegów i mieszkają w otoczeniu równie nieprzyjaznych sąsiadów?

Jakaś część narodu została „dotknięta” przez Wildsteina paluchem teczek. Głupio i nieodpowiedzialnie. Nie dość, że naród był gwałcony przez SB, to później gwałci nas Wildstein, a jeszcze można oczekiwać zbiorowego gwałtu przez setki czy może tysiące oszczerców, którym przecież nie chodzi o prawdę, ale którzy zawsze skorzy są do linczu. Wildstein z Giertychem podają im sznur.

Jak doszło do tej dzikiej, barbarzyńskiej lustracji? Przypomnę atmosferę polityczną z czasu poprzedzającego opublikowanie listy. Po miażdżącym zwycięstwie lewicy w czasie ostatnich wyborów, prawica, szczególnie ta ekstremalna, poczuła się niezwykle upokorzona. Nie po to przecież walczyli (chociaż ci, co najgłośniej krzyczeli, to tak bardzo nie walczyli), żeby dawni komuniści w demokratyczny już sposób odzyskali władzę i związane z nią apanaże. Zaczęły więc krążyć po kraju rozmaite teorie spiskowe. Nadszedł akurat czas wielkich afer, komisji śledczych czy sejmowych, a więc wymarzony okres dla manipulujących polityków, politykierów i zwykłych oszołomów. Giertych, Macierewicz i pokrewni im politycy, sformułowali teorię, według której źródeł nieszczęść obecnej Polski szukać trzeba w okresie Okrągłego Stołu. Porozumienia wtedy zawarte nie były, według nich, żadnym osiągnięciem obalającym komunę, a raczej aktem olbrzymiego oszustwa i zdrady narodowej. Wtedy to udawana opozycja (a w rzeczywistości różowi) mieli dogadać się z czerwonymi za plecami narodu. Czyli miała to być operacja  ratowania czerwonych przed nieuchronną zgubą i gniewem narodu. Aktami gniewu narodu miałby, zdaje się, kierować znany klan Giertychów. Potworny przekręt zdrajców – takich jak Mazowiecki, Wałęsa, Kuroń, Frasyniuk czy Michnik – sprzątnął władzę sprzed nosa obydwu Giertychów. Koncepcja grubej kreski też miała być perfidną zdradą.

Według tych teorii prawdziwy ośrodek władzy w Polsce nie leży w Warszawie, a w Moskwie lub Tel Avivie. Wszechmocne służby specjalne kierujące Polską tam właśnie mają swoich mocodawców. Stąd te wszystkie afery, pauperyzacja i upokorzenie społeczeństwa, władza lewicy i opiniotwórcza bezczelność Michnika. Polsce potrzebna jest więc rewolucja i to natychmiastowa. Nic to, że idą wybory i naród sam będzie mógł się wypowiedzieć w ważnych sprawach. Nic to, że absolutnie pewne jest, iż prawica obejmie władzę i już w sposób parlamentarny będzie mogła naprawiać Rzeczypospolitą. Rewolucja powinna nastąpić jak najszybciej i zacząć się od ujawnienia nazwisk wszystkich zdrajców i agentów. Tak od dawna rezonowali ekstremalni prawicowcy i Radio Maryja.

Na początku traktowani oni byli jak pewnego rodzaju kuriozum polityczne (pukanie w czoło i pobłażliwy uśmiech). Ale wszystko się zmieniło, gdy umiarkowana prawica, czyli PiS i Platforma, zaczęły szermować frazeologią nacjonalistyczną, a więc mówić z trybun i telewizora o narodzie, krwi, ofierze, racjach stanu itd. Wiadomo, że w tym akurat zawsze lepsza jest skrajna prawica. Rokita i Kaczyńscy złapani w pułapkę frazeologii własnych haseł zaczęli gwałtownie dryfować do prawej krawędzi i licytować się z LPR-em o patriotyzm, radykalizm, polskość, itp. Szybko więc podchwycili hasło rewolucji i, co za tym idzie, lustracji. Tragicznym wymiarem całej tej sytuacji było to, że – jak słusznie zauważył Frasyniuk – to LPR w rzeczywistości dyktował warunki życia politycznego w Polsce.

Ludzie z LPR-u, z Giertychem na czele, mocno się uaktywnili w śledczych komisjach sejmowych, często też i agresywnie występowali w mediach, grożąc i żądając lustracji. W takim to mniej więcej krajobrazie politycznym nastąpiło wykradzenie listy z IPN-u i ogłoszenie jej w internecie.

Czy (jak to widzą niektórzy) Bronisław Wildstein nieświadomie stał się narzędziem UB? Zanim odpowiemy na to pytanie, warto zastanowić się nad samą ideą lustracji. Różne narody po ciężkich doświadczeniach historycznych znajdowały różne rozwiązania zamknięcia bolesnych okresów i pójścia dalej. W Hiszpanii, Portugalii czy Grecji spalono archiwa służb bezpieczeństwa. W Niemczech udostępniono je szeroko, a w Czechach i Słowacji ogłoszono listy bezpieki w internecie.

Zdaje się, że w Polsce każdy niemal rozsądny człowiek jest za lustracją, ale lustracją przeprowadzoną rozsądnie, przez historyków, którzy spokojnie będą mogli zbadać, kto był rzeczywiście kapusiem, kto szkodził ludziom i narodowi. Tymczasem Wildstein zafundował nam lustrację rodem z Dzikiego Zachodu (wyrażenie Smolara). Pełen chaos, nie wiadomo kto winny, a kto skrzywdzony, ofiary z katem zrównane, olbrzymie zamieszanie i duże wydatki państwa z tym związane. Poza tym, jak arcybiskup Życiński arcymądrze powiedział, taka lustracja zamazuje różnicę między św. Piotrem a Judaszem. Podczas, gdy pierwszy w momencie ludzkiej słabości i strachu, chwilowo wyparł się Chrystusa, to drugi z premedytacją, z zawiści i dla pieniędzy wydał go katom. Od samego początku przeciwni lustracji byli legendarni bohaterowie Solidarności, tacy jak Frasyniuk, Bujak czy Lis.

Z kolei, o ironio, niektórzy byli komunistyczni decydenci, jak np. ówczesny naczelny redaktor pisma „Wprost”, stanowczo opowiadali się za lustracją. Tchórzostwo, instynkt samozachowawczy czy raczej kompletny brak odpowiedzialności?

Sam Wildstein w momencie ogłaszania listy był dziennikarzem prasowym i telewizyjnym. Naczelną rolą dziennikarza jest inicjować i podtrzymywać debatę społeczną. Tymczasem Wildstein zamordował ją zanim na dobre się zaczęła. Trawestując Wałęsę, można powiedzieć, że ogłoszenie listy było równoznaczne z rozdaniem brzytew małpom.

Kto najwięcej zawinił tej niepotrzebnej katastrofie?  Wydaje się, że decydującą rolę odegrała tu indolencja mediów. (Nie jest  przypadkiem, że Wildstein pracował jako dziennikarz.) Po pierwsze, przy polskim braku tradycji demokratycznych media (public service) całe swe siły skupić powinny na daniu narodowi skróconego, intensywnego kursu demokracji. Po drugie powinny same się kontrolować i pilnować swej roli. Przypomnę, że podstawą każdego demokratycznego ustroju jest trójpodział władzy (na ustawodawczą, sądowniczą i wykonawczą). Pogwałcenie tej zasady nieuchronnie prowadzi do totalitaryzmu. Jest jeszcze czwarta władza, media, która na bieżąco powinna kontrolować pozostałe władze, rzeczowo informować i edukować. Media powinny kontrolować się też same, gdyż z powodów bądź to komercyjnych, bądź to ideologicznych łatwo dojść może do wypaczeń. Dużym niebezpieczeństwem jest to, że w okresach zamętu społecznego jedna władza przejmuje kompetencje drugiej, co może być bardzo niebezpieczne dla obywateli.

I tak w obecnej Polsce działacze polityczni stają się często dziennikarzami i odwrotnie. Robią to nie zmieniając najczęściej mentalności ani metod działania. Wildstein, będąc kiedyś dyrektorem radia krakowskiego, dokonał tam czystki z komuchów i miał do tego prawo jako urzędnik. Później, już jako dziennikarz chciał to zrobić na skalę ogólnopolską. Z pogwałceniem zasad etyki, zdrowego rozsądku i prawa.

Zabrakło tu samokontrolujących się mechanizmów mediów. Wildstein już we wczesnej, prenatalnej fazie dyskusji o lustracji twierdził, że powinna ona odbyć się jak najwcześniej, bo on Wildstein, miał swoje osobiste doświadczenia i to daje mu prawo, itd. Czyli, że co dobre dla Wildsteina, to dobre dla Polski. Gdy ktoś oponował, przygważdżał go argumentacją, że on, Wildstein jest wytrawnym (o ile nie jedynym w kraju) Metodologiem oraz wielce profesjonalnym Dziennikarzem i że ma rację. Media milczały i pozwalały mu się egotycznie napędzać i nabzdyczać. W słynnej rozmowie z Jackiem Żakowskim sprawca całego zamieszania agresywnie atakował interlokutora i uciekał od dyskusji o moralnym wymiarze swego czynu wykrzykując, że jest przecież Dziennikarzem. Tak jakby to automatycznie zwalniało go od obowiązku bycia człowiekiem i przestrzegania wymogów ludzkiej etyki.

Po ogłoszeniu listy Wildstein zachowywał się zresztą dość niezbornie. Czasem powielając gest Churchila (ale też Wałęsy i Mandeli) dawał do zrozumienia, że bohatersko wygrał batalię, innym razem zachowywał się jak mały chłopak, który nabroił i tłumaczył się, że on nie chciał, a lista miała być tylko dla dziennikarzy. Przyciśnięty do muru twierdził znów, że przez  listę chciał nagłośnić i przyśpieszyć lustrację. Ale argument to żaden. Lepper też nagłaśnia i przyśpiesza. Nie mówiąc już o różnego rodzaju terrorystach, którzy przecież też chcą tylko nagłośnić i przyśpieszyć. I czyn i słowa Wildsteina doskonale wpisują się w estetykę i retorykę bohaterów „Biesów” (prowokacja, wszystko jest dozwolone). I co z tego, że tam lewica, a tu prawica? Coincidentia oppositorum. Co prawda czasami rosyjscy nihiliści wydają się być bardziej moralni od Wildsteina. Kaliajew odmówił udziału w pierwszym zamachu na księcia Sergiusza, gdyż nie chciał żeby przy okazji zginęli niewinni ludzie. To samo Sawinkow  (niedoszłe zabójstwo admirała Dubasowa), a także słynny z morderstw terrorysta Wojnarowski. Jak pisze Camus, odznaczali się oni „głęboką troską o życie innych”.

Powróćmy jednak do naszego niefrasobliwego bohatera. W jakiś czas po ogłoszeniu listy Wildstein się powoli zmienia. Przestaje być popędliwo-agresywny, podczas debat siedzi spokojnie, godnie, z zaplecionymi jak mąż stanu palcami dłoni (coś jak Lepper). Wildstein for president? Widziałem dziwny program w katolickim Pulsie poświęcony mu, a ilustrujący jako żywo tezy Gombrowicza. Bohater siedział w studio posągowo, z nieruchomą miną podczas gdy dawny (a i obecny) jego kolega, Rokita, opowiadał z rozczuleniem o m.in. jakimś sztubacko-alkoholowym epizodzie z ich życia. Później „Bronek” nagle ożywiał się, aby skomentować opowiadanie Rokity poprawiając je i brązowiąc. Czy w życiu politycznym Polski wszystko musi się przeradzać w ponurawą groteskę?

W tym samym programie Rokita słusznie chyba dochodzi do przyczyn fundamentalistycznej radykalizacji Wildsteina. Według niego Wildstein miał dwóch bliskich przyjaciół, których los niezwykle mocno na niego wpłynął. Pierwszym z nich był Stanisław Pyjas, zakatowany przez SB, a drugim Lesław Maleszka, który okazał się być agentem SB. Tak więc Wildstein widzi społeczeństwo polskie jako skrajnie spolaryzowane, składające się albo z bohaterów albo ze zdrajców. A zdrajców (czyli tych, którzy nie byli bohaterami) należy surowo ukarać.

Chciałbym jeszcze wrócić do mojej tezy o szczególnej odpowiedziałności mediów. Polska demokracja młoda jest i słaba. To media muszą uczyć prawideł życia w demokracji, aby obywatele nie dawali się tak łatwo manipulować i oszukiwać. Obecnie w polskich mediach króluje żurnalistyka pistoletowa. Chodzi o to, aby jak najszybciej i możliwie głośno wystrzelić swoją salwę i uciec w krzaki. Jest też tendencja, aby politykę zamieniać w dość płytki show. Tak jest zresztą na całym świecie, ale Polaków nie stać na to, aby tracić czas.

Według frazeologii prawicy naród ma prawo do prawdy i swojej historii. Skąd nagle tylu historyków? I czy lista daje nam większą prawdę niż „Zniewolony umysł” Miłosza? Dobrze byłoby dożyć chwili, kiedy tyle samo ludzi czytałoby „Zniewolony umysł” co listę Wildsteina. Zdaje się, że ludzie pragną (jak przed tysiącami lat) chleba i igrzysk więc trzeba kogoś rzucić lwom. Dzisiaj tych, jutro tamtych. A czy rzeczywiście winni? Kto się tam będzie nad tym zastanawiał.

Wagę pikantnego symbolu ma tu fakt podawany szeroko przez polskie media. Liczba osób odwiedzających w internecie listę Wildsteina pobiła rekordy wyprzedzając najtłumniej dotychczas odwiedzane strony pornograficzne. Sprawia to wrażenie jakby lista zabrała klientów tamtym stronom. To tak jakby (ci sami) ludzie dotychczas śliniący się nad gołymi zadami, teraz ślinili się nad gwałtem prywatności. W imię prawdy i prawa do historii.

Sama idea lustracji dokonywanej w piętnaście lat po upadku komuny jest czymś wielce ryzykownym o ile nie chybionym. Przecież te niby wszechwładne służby specjalne miały kilkanaście lat aby usunąć niewygodne teczki z archiwów. Pozostaje tu pole do dzikich spekulacji. Najlepszym tego przykładem może być niezwykle szczery wywiad z Józefem Dajczgewandem opublikowany przez Nową Gazetę Polską (nr 10/2005). Dajczgewand poznał zawartość swojej teczki, tak więc powinien już dostąpić prawdy („okrutnej” – jak mówi tytuł wywiadu), oświecenia i wyzwolenia. Ale okazuje się, że nie. Wprost odwrotnie, lektura własnej teczki wywołuje u niego wręcz paranoidalne podejrzenia o „wyczyszczenie” części materiałów SB, i to podejrzenia skierowane w kierunku dawnego kolegi, Michnika.

Wildsteinowska lustracja odwraca też uwagę od problemu donosicielstwa dzisiaj. Otóż według statystyk zjawisko donosicielstwa w społeczeństwie polskim lawinowo rośnie. Teraz już bez nacisków i szantaży, a z czystej zawiści (głupoty, zła) Polacy kapują Polaków, bo sąsiad ma za dobry – jak na jego pensję – samochód, bo buduje za duży dom, wyprawia za wystawne przyjęcia, itd. Zagrożenie ofiar donosicielstwa jest teraz mniejsze niż kiedyś, ale zjawisko jest tak samo obrzydliwe. A co z donosiciel-twem polityków na wrogów z innych partii? Oskarżenia i oszczerstwa rzuca się na prawo i lewo bez żadnej odpowiedzialności.

Co też z donosicielstwem w życiu polonijnym? Czyżby go nie było?…

Po owocach poznacie ich” – a więc, co dała nam publikacja listy Wildsteina? Jak na razie polaryzację społeczeństwa, rozbuchanie populizmu, frustrację tysięcy konkretnych i niewinnych ludzi.

A obiecywano uzdrowienie i odnowę. Dalej trudno mi uwierzyć, że to Daniel Olbrychski z Violettą Villas, Piotrem Fronczewskim, Janem Pietrzakiem i Jadwigą Staniszkis opletli Polskę obezwładniającymi mackami i wysysali z niej krew.

Jest tylko wielka rozróba, a mieliśmy takich oszczerczych i samodestrukcyjnych spektakli zbyt wiele w historii. Przypomnijmy, jak w II poł. XVIII wieku ówczesne stronnictwa zamiast dogadać się ze sobą, obrzucały się wyzwiskami i oskarżeniami, co doprowadziło do największej w naszych dziejach tragedii. Przypomnijmy jak sam Mickiewicz w Paryżu oskarżony został publicznie przez innego znanego Polaka, że jest agentem caratu. Absurdem jest, że nawet Wałęsa, człowiek który wykończył komunę, oskarżany jest o to, że był agentem komuny. Pismo związane z Radiem Maryja, ”Nasz Dziennik”, oskarża z kolei Wildsteina, że ten jest masonem (w domyśle: sprzedawczykiem, reprezentantem obcych, wrogich interesów). Tak, że każdy każdego może dowoli oskarżać.

Wolna amerykanka w sercu Europy? Czy nie lepiej poświęcić taką masę energii na coś lepszego?

Janusz Sławomirski

Nowa Gazeta Polska, nr 13 (128) 2005 rok.
Janusz Sławomirski urodził się w 1946 roku w Łodzi. Z wykształcenia polonista. Pisał pracę magisterską na temat Zbigniewa Herberta. W latach 60-tych bierze udział w hippisowskim ruchu kontestacyjnym. W latach 70-tych pracuje jako kopacz i brukarz. Od 1978 roku mieszka w Szwecji. Działał w polskich organizacjach jako członek zarządu (głównie w Związku Polaków w Szwecji). Zakłada Klub Polski “Piwnica” w Sztokholmie. W latach 80-tych redaktor ukazującego się w Sztokholmie pisma kulturalno-społecznego “Trans”. Mieszka w Sztokholmie.
Foto: Wikipedia

Lämna ett svar