Książka “na fali”

“Sex liter luft” to 186 stron, które nie porywają. Mimo to debiut Andrzeja Tichego, pisarza pochodzącego z polsko-czeskiej rodziny, mieszkającego w Malmö, został uznany za jedno z odkryć literackich 2005 roku.

Prozatorski debiut Andrzeja Tichego „Sex liter luft” – zdaniem szwedzkich recenzentów – to jedno z najciekawszych odkryć 2005 roku. Tichy pochodzi z polsko-szwedzkiej rodziny, urodził się w 1978 roku w Pradze, a od 1981 mieszka w Szwecji. W Malmö.

Szwedzkie gazety pełne były pochwał pod adresem autora: ”Nie tylko powietrze w debiucie Tichego” (Dagens Nyheter), „Apokaliptyczny obraz dzieciństwa” (Svensk Bokhandel), „Tichy otrzymuje nagrodę za mocny debiut” (Dagens Nyheter). Mocno realistyczny obraz upadku – pisał o książce „Sundsvalls Tidning”. Wśród polskich recenzentów książkę zauważyła tylko Dana Platter (RelacjeOnLine), która nie podzieliła zachwytu recenzentów szwedzkich, określając książkę jako „cud z rynsztoka”.

Książka Tichego to opis dorastania w rodzinie imigranckiej, pełen wewnętrznych dramatów i poszukiwania; to świat zamknięty w betonowym przedmieściu Malmö, które przypomina najgorsze getto. To także obraz młodego człowieka o nazwisku brzmiącym obco, w szwedzkiej rzeczywistości. Sam początek książki, w którym Tichy odwołuje się do Lema, to rzeczywiście apokaliptyczny obraz gdy świat schodzi do rynsztoka.

To, co dla szwedzkich recenzentów wydało się godne uwagi (również dla jury, które przyznało Andrzejowi Tichemu nagrodę dla debiutantów Borås Tidning), dla polskiej recenzentki było godne potępienia. W recenzji „Cud z rynsztoka” Dana Platter pisała m.in.:

Powieść to apokaliptyczny opis dzieciństwa. Wszystko się zgadza. Życie dziecka z rodziny imigrantów nie może i nawet nie powinno być inne! Musi być dramatyczne i nieszczęśliwe! Wiemy, że bycie imigrantem (w pierwszym, drugim, n-tym pokoleniu) to piekło i dowiadujemy się tego jeszcze raz. /…/ /Tichy/… pochodzi z imigranckiej (a więc w domyśle, gorszej) rodziny i wchodzi teraz na literackie salony. Dobrze jest dla szwedzkiego samopoczucia nagrodzić kogoś z rynsztoka i potwierdzić w ten sposób, że wyjątek nie przekreśla reguły: pochodzisz z rynsztoka to przylgnął on do ciebie na wieki wieków, amen.

Dana Platter nie po raz pierwszy wietrzy w szwedzkiej prasie spisek mający poniżyć i pognębić imigrantów bądź Polaków. Zupełnie niepotrzebnie. A w przypadku książki Tichego to strzelanie kulą w płot. Ta książka to czysta literatura, a obrażanie się na prezentowaną przez autora jego wizję świata, jest obrażaniem się na wolność naszej oceny rzeczywistości. Świat Tichego jest równie ponury jak ponure były obrazy warszawskich przedmieści rysowane dawno temu przez Marka Nowakowskiego (wystarczy przypomnieć książki „Książę Nocy” czy „Śmierć żółwia”). To jest literatura! Bez względu na to, czy nam się ona podoba czy nie. A książka „Sześć litrów powietrza” ukazała się w chwili, gdy istniało w Szwecji zapotrzebowanie na literaturę „realistyczną”, gdyż szwedzkie społeczeństwo zaczyna odkrywać, że co najmniej jedna czwarta populacji ma inne korzenie niż nordyckie.

Świat Tichego to świat, który istnieje naprawdę, ale wstydliwie jest o nim mówić. Getta typu Holmen w Malmö, Rinkeby czy Alby w Sztokholmie można spotkać również w innych miastach szwedzkich. Rzadko tam trafiają szwedzcy dziennikarze, stąd książka, o tym „nieznanym”, łatwo budzi zainteresowanie.

Dana Platter jest przeczulona pisząc, że bycie imigrantem w pierwszym, drugim i n-tym pokoleniu to piekło. Badania socjologiczne wcale tego nie potwierdzają, a już najmniej powinni o tym wiedzieć imigranci z Polski. Nie znałem nikogo z młodszych pokoleń Polaków, mieszkających w Szwecji, którzy by swoje życie tutaj określali jako piekło. To zupełnie fałszywa diagnoza.

Nie zgadzając się z oceną Dany Platter, nie podzielam także zachwytu nad książką szwedzkich recenzentów. Dla nich to książka „na fali” – modny temat, właściwy autor dla przyznania debiutanckiej nagrody. Osobiście książkę czytałem ze znudzeniem, nie znajdując w niej literackiej iskry. Debiut na fali, ale debiut słaby literacko.

I chyba właśnie to powinno być powodem do dyskusji: dlaczego nagradza się książki słabe? Czy tylko dlatego, że autor jest imigrantem?

(tn)

Recenzja publikowana była w Nowej Gazecie Polskiej w 2006 roku

Lämna ett svar