Ani ”Miś”, ani Dyzma…

Ten film miał przewrócić do góry nogami świat polskiej polityki, pisano o bojkocie filmu przez media “narodowe”, zapowiadano procesy sądowe… I co? Nic. “Polityka” Patryka Vegi okazała się niewypałem.

Vega to nie Bareja, a „Polityka” to nie „Miś”. Chyba, że… miś naszych czasów. Dialogi z filmu nie przejdą do klasyki polskiego kina – to raczej “klasyka” marności polskiej polityki.

O filmie głośno było przed premierą. Nakręcono atmosferę skandalu, film miał wstrząsnąć… Nie wstrząsnął, a raczej – można zauważyć – szybko odszedł w niepamięć. Vega nie sprostał zadaniu, a przecież scenariusz napisało samo życie. Bareja przewraca się w grobie. Ani to satyra, ani polityczny dramat.

Skoro nie do „Misia”, to przynajmniej film mógł aspirować do współczesnej wersji Nikodema Dyzmy. Misiewiczowie pisowskiej polityki aż się o to prosili. Ale też i to reżyserowi nie wyszło. Bo choć bohaterowie to cynicy, karierowicze, obleśni satyrzy, koniunkturaliści, to wszystko to gubi się w tym filmie. Zatem “Polityka” mogłaby być filmem uniwersalnym o odrażającej stronie życia politycznego, ale… pewnie trzeba by było znaleźć innego reżysera.

Ta atmosfera przedpremierowego skandalu spowodowała, że zaczęły się pojawiać wyjaśnienia, że nie wszystkie postacie i sceny w filmie to wierne odzwierciedlenie rzeczywistości. Może w szczegółach, ale dla wnikliwego obserwatora życia politycznego, bohaterowie filmu łatwi byli do odczytania. Tyle tylko, że całość była jak czytanie starych gazet z ostatnich paru lat, w których rozpisywano się o kolejnych aferach Prawa i Sprawiedliwości. A kto lubi czytać stare gazety?

Najgłośniej przed premierą filmu prostestował Misiewicz – jeden z głównych bohaterów filmu Vegi. A przecież…. i on i Pięta (drugi bohater z sexafery a’la PiS) powinni być wdzięczni Vedze, bo wyszli na jurnych “chłopaków”, a ich panienki były na ekranie dużo bardziej atrakcyjne niż w realu. Zresztą – jak to w polskim kinie dzisiaj modne – wszyscy mają seks ze wszystkimi, nawet alias Macierewicza dobiera się do alias-Misiewicza, a i Prezes Wszystkich Prezesów miał w filmie ochotę na młodego Stuhra. Tylko nie wyszło…

Film kończy sekwencja z gołą d..ą Olbrychskiego, choć wydawało się, że wygłaszane przez niego z mównicy sejmowej credo polityczne, będzie mocnym zakończeniem filmu. Nie było – d..a została nam w oczach, głębiej niż słowa Olbrychskiego. A o ile wymowniej było by zakończyć film drgawkami Macierewicza na szpitalnym łóżku w klinice psychiatrycznej podłączonego do “uzdrowicielskich” elektrod…. To by dopiero był obraz dzisiejszej, zwariowanej Polski.

Niepokorni filmu nie obejrzą, bo jest dla nich zbyt obrazoburczy. Nic nie stracą. Film rozczarował i – wbrew wszelkim zapowiedziom – nie wpłynął na wynik wyborów październikowych. Tak jak niewielki wpływ – okazało się – miał „Kler” Sekielskiego na wybory do Parlamentu Europejskiego. Elektorat odporny jest na wszystkie wstrząsy.

(tn)

Lämna ett svar