Życie jak w Madrycie (2): Technologia demonstracji

Demonstracja uliczna to protest ludzi zdesperowanych, zarazem swoisty spektakl. Autentyczny wyraz nabrzmiałych emocji, coraz częściej też popularny produkt medialny. Demonstrowanie może przebiegać spokojnie, może też przyjąć gwałtowny obrót, wtedy łatwiej o antenowy czas w głównych dziennikach.

Najciekawiej jest jeśli przechodzi w bezpośrednie zwarcie z siłami porządkowymi, któremu towarzyszą race, palące się auta, ataki kostką brukową, w odwecie zaś odbywa się pałowanie, puszczanie gazu łzawiącego, strzelanie gumowymi kulami. A między tymi wszystkim uwijają się jak w ukropie reporterzy, kamerzyści, przyplątańcy różni, szukający guza, uwielbiający draki. Wystarczy przypomnieć sobie telewizyjne relacje z kolejnych odsłon zawieruchy w wykonaniu Żółtych Kamizelek w Paryżu, by pojąć atrakcyjną medialnie malowniczość tego typu wydarzeń.

Ustaliła się w swoista „technologia demonstracji”, czyniąc z nich spektakle dość podobne. I to mimo różnicy żądań protestujących. Zdarzają się jednak zadziwiające odstępstwa od znanej procedury. Byłem tego świadkiem w Madrycie. A trzeba wiedzieć, że przetaczają się przez to miasto demonstracje nader często. Całkiem niedawno, paradną ulicą Grand Via, przeszedł pochód z żądaniami zgody na odłączenie Katalonii od Królestwa. Do stolicy przybyły dziesiątki tysięcy Katalończyków. Mimo wcześniejszych rozruchów w Barcelonie, w Madrycie panował spokój i porządek.
Już wcześniej zafascynowała mnie hiszpańska (a może tylko madrycka) „technologia demonstracji”, przemyślane rozwiązanie systemowe, zadziwiające swą sprawnością i adoracją porządku. Oto sceneria wydarzenia, którego byłem świadkiem:

Widzę czoło pochodu na szerokiej alei Grand Via, opasane hasłem na całą szerokość ulicy napisem: „La justicia al servicio de Espana no al de los politicos”. Przed pierwszym szeregiem demonstrantów drogówka na motorach i auto policji. Pochód wydaje się tłumnym. Szturmówki, gniewne hasła na transparentach, okrzyki zapiewajłów, gromkie skandowanie uczestników. Wszystko jak trzeba.

Na chodnikach tłok. Część ludzi zwrócona ku demonstrującym, większość jednak to po prostu przechodnie, mający teraz jeszcze mniej miejsca do przejścia. Potykają się o wystawione stoliki w zapełnionych ogródkach restauracyjnych. Idę pod prąd marszu, ku Plaza de Cibeles, demonstranci zdążają zaś ku centrum kosmosu, jakim w Hiszpanii jest Puerta del Sol, czyli Brama Słońca. Nagle muszę się zatrzymać. Ludzie stojący wzdłuż chodników utworzyli krąg, gapiąc się na parę młodą i gości weselnych, którzy właśnie kierują się ku ukwieconemu wejściu do kościoła. W ruch idą flesze, uwagę przyciągają eleganckie stroje, wytworne kapelusze, dystyngowane ruchy weselników. Dziewczynki w długich sukienkach rozrzucają płatki kwiatków. Rozmowy powitalne gości weselnych nikną w dźwiękowej oprawie okrzyków i piszczałek przechodzących obok demonstrantów. Mam wrażenie, że jedni drugich nie zauważają. Docieram do Plaza de Cibeles, widzę ostatnie szeregi pochodu. Z pozoru wszystko odbywa się zwyczajnie, choć za chwile pojmę, że nie.

Za ostatnią grupą demonstrantów suną trzy karetki pogotowia. Za nimi, w niewielkim odstępie, dwa auta policyjne i dwa patrole na motocyklach. Za nimi, z nieco większym odstępem, równym rzędem posuwają się cztery okratowane suki policyjne (widzę, że bez pasażerów). Tuż za nimi, kolejny szereg tworzą polewaczki i wozy czyszczące jezdnię. Między nimi, pieszo, sprzątacze w kolorowych kombinezonach. Wszystkie służby majestatycznie podążają ku Puerta del Sol. Po przejściu pochodu jest natychmiast czysto. Wyłaniają się policjanci drogówki i po chwili na Plaza de Cibeles ruch samochodowy przywrócony.

Oto systemowe rozwiązanie w pakiecie. Za chwilę nie pozostanie tu nic, co by przypominało o wielkiej demonstracji, która przetoczyła się przez centrum miasta.

Inny obrazek, z samego Puerta del Sol, acz kilka lat wcześniej. Ten plac to pępek świata w wersji Hiszpan. Przed budynkiem Urzędu Pocztowego oznaczony jest tzw. kilometr zerowy, punkt od którego zaczyna się mierzyć odległości na drogach wychodzących z Madrytu w kierunku innych hiszpańskich miast. Każdą wizytę w Madrycie, zaczynam od wejścia na ten plac.

Nagle widzę, że wszystko jest inaczej. Oczom moim ukazuje się obozowisko pełne namiotów, wszędzie wokół ludzie w grupkach. Wokół moc plakatów z hasłami żądań. Wchodzę w zaimprowizowane Miasteczko Protestu, o którym miałem blade pojęcie czytając nagłówki gazet. Ciasne przejścia między namiotami, wobec ich sporej liczby, formowane są w pasaże nakryte plandekami. Wchodzę w dziwną osadę, mając wrażenie wejścia w orientalny suk, acz niczego się tu nie sprzedaje. Hola, hola, przekonuję się prędko, że nie mam racji. Jest sklepik, jest szewc, fryzjer, warsztat naprawy rowerów, jest nawet punkt reperacji urządzeń elektronicznych, a wąsaty kucharz grzeje w garkuchni strawę w wielkich kotłach. Wszędzie gęsto od ludzi w namiotach i w ciasnych przejściach. Zewsząd dobiegają gwarne rozmowy. Kręcę się wśród palet, kartonów, składów książek i broszur. Atmosfera zdaje się być w miarę zrelaksowaną. Wychodzę z plątaniny namiotowych uliczek, rozglądam się, nie widzę w pobliżu ani mundurowych, ani oddziałów prewencji. Paradne kamienice wokół placu obłożone wielkimi transparentami z hasłami, które wytykają rządzącym powiązanie biznesu i polityki, przyzwalanie na klimaty faszystowskie. Hasła na namiotach po deszczu niewyraźne, acz przebija żądanie „prawdziwej demokracji”, przeplatane twierdzeniami o zakłamaniu polityków i manipulacji, którą stosuje telewizja. Krążę wokół placu, rozglądam się, na sąsiednich placykach, pod pomnikami, widzę młodych ludzi siedzących na ziemi i słuchających wykładów.

Wokół placu biegnie zwyczajne życie miasta, jest sporo turystów, niepewnych, wahających się, czy wejść na plac. Dla ciekawskich, ktoś, przy dwudziestotonowej statui niedźwiedzia wspinającego się na drzewo truskawkowe – symbolu Madrytu – przez mikrofon, po angielsku, wyjaśnia w czym rzecz. Co raz słyszę: „Democracy now”. Mówca zapewnia o determinacji mieszkańców Miasteczka Protestu, którzy śpią i żyją na placu, protestując w imieniu większości ludzi w całym kraju. Schodzę do stacji metra Sol. Na jej konstrukcji rozwieszono ogromny banner: Spanish Revolution.
Wkrótce się dowiem, że tego dnia byłem przypadkowym świadkiem narodzin M-15, ruchu protestu podjętego z inicjatywy „Democracia real YA” zwanego tez Ruchem Idignados (Oburzonych). Jego narodziny datuje się na 15 maja 2011 roku w Madrycie, właśnie na Puerta del Sol, w namiotowym miasteczku przed ratuszem. Protesty te zorganizowano przy okazji wyborów samorządowych, objęły następnie 58 miast. Porównywane do paryskiego maja 1968, miały być ponoć inspiracją dla Occupy Wall Street.

Po paru latach od tych wydarzeń, okazało się, że życie polityczne Hiszpanii zmieniło się wydatnie. Na dobre i na złe. Mnie zaskoczyło co innego. Spokój i porządek podczas protestów wydał mi się czymś zadziwiającym w mieście i kraju tak srodze doświadczonym krwawymi starciami, zamachami i złem jakie przynosi nienawiść.

Widać, swoista „systemowość protestu”, po tylu latach tragicznych zajść, to druga strona medalu historycznego doświadczenia Hiszpan.

Zygmunt Barczyk

Foto: Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar