Polonio! Do urn!

Frekwencja wyborcza wśród Polonii wynosi… 1 procent. To oczywiście tylko wyliczenie szacunkowe uznając, że poza granicami Polski mieszka około 20 milionów Polaków, a w wyborach parlamentarnych w 2015 roku głosowało około 175 tysięcy osób.

Tego typu wyliczenia mają kilka wad: po pierwsze nie uwzględniają ilu Polaków spośród tych 20 milionów ma obywatelstwo polskie, wreszcie nie wiadomo, ile z osób z ostatniej fali emigracji zarobkowej, mieszkając poza Polską, oddało swoje głosy będąc np. w dniu wyborów w Polsce. Jakby jednak nie liczyć, frekwencja wyborcza jest na niskim poziomie. I dotyczy to także Polaków mieszkających w Szwecji.

Wyborca “emigracyjny” ma w niektórych środowiskach w Kraju “złą opinię”, gdyż powszechnie uważa się, że głosuje na Prawo i Sprawiedliwość bądź inne skrajnie prawicowe partie. To przekonanie budują wyniki wyborów w Stanach Zjednoczonych, gdzie trzy czwarte głosów oddano właśnie na PiS. To z kolei prowokuje nawoływania, by Polonii odebrać prawa wyborcze…

Pomijając absurdalność tak stawianej tezy – równie dobrze można by zarządzić pozbawienia praw wyborczych mieszkańców Podkarpacia – w skali całej emigracji preferencje wyborcze są w dużej mierze odzwierciedleniem wyników wyborów w Kraju. W wyborach w 2015 roku w okręgach wyborczych na emigracji PiS dostał 33,61% poparcia, czyli znacznie mniej niż w Kraju (37,58%).

Faktem jest jednak, że dużo bardziej aktywne są w środowiskach emigracyjnych ugrupowania propisowskie i radyklane. Te pierwsze korzystają ze wsparcia Klubów Gazety Polskiej, które tworzone są na emigracji, te drugie skupiają najbardziej skrajne, nacjonalistyczne środowiska wspierające Kukiza, Korwina i obecnie Brauna. I chętnie są one wpierane przez polskie duszpasterstwo na emigracji…

Argumentów, by pozbawić Polonię prawa głosu jest wiele – uważają ci, którzy chcieliby odebrać prawo wyborcze emigrantom. Po pierwsze: Polonia nie powinna głosować, ponieważ nie płaci podatków. Co by oznaczało, że warunkiem prawa wyborczego jest zrzucanie się do wspólnej kiesy. Tyle tylko, że Polonia, mieszkając poza krajem, nie korzysta z socjalnych i innych “krajowych” przywilejów. Po drugie: rzekomo Polacy mieszkający za granicą nie mają pojęcia co dzieje się w Polsce. Co by oznaczało, że “testy obywatelskiej wiedzy” należałoby wprowadzić także dla obywateli polskich mieszkających w Kraju, bo i u nich z wiedzą jest krucho. Po trzecie: skoro nie mieszka się w Polsce, to nie ma się prawa do wypowiadania o sprawach polskich. Jakoś nie przeszkadza to niektórym politykom kandydować np. z Wrocławia mimo, że z tym miastem nie mają nic wspólnego, bo mieszkają w Warszawie…

Tak pisze Dobiesław Pałeczka na swoim blogu w artykule “Jak odzyskać Polonię i czy Polonia powinna głosować?”:

Polacy w kraju oraz państwo polskie nie zachęcają Polonii do integracji. Coraz częściej słyszę pomysły, aby odebrać Polonii prawa wyborcze. To trochę tak, jakby ktoś chciał mi powiedzieć, że już nie jestem prawdziwym Polakiem. Niepokoi mnie ta narastająca tendencja do wykluczania kolejnych grup z Polski. Za Komuny wyrzuciliśmy Żydów i opozycjonistów. Niedawno Ludzki Pan podzielił nas na lepsze i gorsze sorty, połowę Polaków nazwał zdrajcami i daje im do zrozumienia, że nie będzie w Polsce miejsca dla nich. Narasta fobia przed obcymi i imigrantami. Przyjeżdżającym do Polski Ukraińcom skrupulatnie przypominamy o wszystkim, co nasze narody dzieli. To trochę tak jakbyśmy dążyli do tego, aby Polska była krajem jednego Polaka, bo dwóch to już będzie za dużo i nadal trzeba będzie kombinować jak się tego niechcianego współlokatora pozbyć. Jest to całkowicie irracjonalne, bo w naszym wspólnym interesie jest, aby z Polską identyfikowało się i sympatyzowało jak najwięcej osób.

Pobyt poza Polską nie zwalnia polskich obywateli od współodpowiedzialności za Państwo. Każdy głos jest ważny, a dobre tradycje wyborcze (np. w Szwecji) powinny być bodźcem, by ze swojego prawa wyborczego skorzystać. Dość często swoją absencję na wyborach Polacy na emigracji tłumaczą w ten sam sposób, co ewentualni zwolennicy ograniczenia ich praw wyborczych: ponieważ nie mieszkają w Polsce uważają, że nie ma mają prawa głosować.

Sprawę komplikuje oczywiście także cały system wyborczy, gdyż aby oddać głos trzeba się najpierw zapisać na emigracji na listy wyborcze. Czyli wymaga to aktywnego działania. Nie zawsze też blisko jest do lokalu wyborczego. Na przykład w zbliżających się październikowych wyborach będę tylko trzy punkty wyborcze: dwa w Sztokholmie, jeden w Göteborgu. Nie będzie go w Malmö. Uznano bowiem, że Polacy, którzy chcą zagłosować, mogą pojechać do Kopenhagi…. Wszystko to nie zachęca do aktywności wyborczej.

(ngp)

Lämna ett svar