PORTRETY: Biografia niezwykła

Norbert Żaba, urodził się 13 lipca 1907 roku w Tallinie (dawna nazwa Rewal). Jego ojciec, Julian, był wówczas kapitanem w armii carskiej, który akurat stacjonował w Rewalu. Matka Klara Oklon pochodziła z rodziny zamożnych chłopów estońskich szwedzkiego pochodzenia. Zmarł 25 lat temu, 14 lipca 1994 roku w Sztokholmie. Tak pisał om swoim życiu:

Zawdzięczam ciekawe, płodne, pracowite życie, zawsze w zakresie moich zamiłowań, życiu już za młodu w różnych krajach. Nigdy nie chorowałem na ksenofobię czy rasizm, wręcz przeciwnie: wszystko odmienne, egzotyczne, ludzie różnych kolorów skóry i najmniej znane kultury, zawsze mnie pociągały. Znajomość od dzieciństwa trzech języków, a potem stopniowo siedmiu, uczyniło, że wszędzie mogłem czuć się jak w domu, nawiązywać kontakty, zdobywać przyjaciół wśród najróżniejszych narodów, religii i kultur. Nigdy nie zamykałem się w ciasnej gminie czy kraju. Polakiem stałem się nie tylko przypadkowo z urodzenia, ale z wyboru: stały przede mną trzy kultury odmienne. Uważam, że wybór przynależności narodowej i kulturalnej stwarza mocniejszy i trwalszy patriotyzm od przypadkowej przynależności. Przyszłość Polski, ratunek przed zaborem, widzę w Zjednoczonej Europie.

Moimi pierwszymi językami we wczesnym dzieciństwie były język niemiecki, rosyjski i estoński, którymi mówiłem równie  biegle. Dopiero w roku 1914, w czerwcu, wysłano mnie do Polski, do rodzinnego majątku Żabów w powiecie Brasławskim, Obabie, nadanego z wielkim ob-szarem (klucz 5 majątków rozrzuconych po dwóch guberniach, wileńskiej i witebskiej). Mój pradziadek Józef był ostatnim magnatem. W testamencie zapisał każdemu z synów majątek z dworem. Mój dziadek (zmarł przed moim urodzeniem) jako starszy, otrzymał Obabie, gdzie rodzili się wszyscy Żabowie (z wyjątkiem młodszej małopolskiej linii). Po śmierci dziadka, majora Bronisława, podzielono ten dość wielki obszar na siedmiu spadkobierców. Las mego ojca tworzył granicę polsko-łotewską. Na tym zamożność i wpływy Żabów na Litwie/Inflantach skończyły się. Tylko Żabowie małopolscy, którzy zachowali Zbylitowską Górę aż do drugiej wojny światowej, byli jeszcze znaczący.

Od samego początku wpajano we mnie że jestem Polakiem, a nie Rosjaninem czy Niemcem, aczkolwiek początkowo po polsku nie mówiłem. Mój los był typowy dla wielu polskich rodzin mieszkających poza granicami Rosji przedrozbiorowej. Religia katolicka robiła także swoje. Zarówno wśród rodziny mojej bałtyckiej, luterańskiej, jak i w szkole, respektowano moją odmienność. Nigdy przykrości nie miałem. Estonia była bardzo tolerancyjna a znajomość „trzech języków lokalnych” była obowiązkowa.

Pierwsze dwa lata nauki pobierałem w domu. Do Rewalskiego Realnego Uczycielstwa poszedłem dopiero do III klasy w roku 1917. Wobec zbliżania się frontu (Niemcy) i mianowaniu ojca w międzyczasie dowódcą garnizonu miasta Twerai z rozkazu Kareńskiego, siostra matki szybko zawiozła mnie do Twerai, gdzie rodzice mieli służbowe mieszkanie w dawnym pałacu Katarzyny II. Przez całą wojnę i obie rewolucje Ojciec miał dwóch ordynansów, Polaków, z którymi po wybuchu drugiej rewolucji komunistycznej pojechaliśmy do Estonii, na wieś, do dziadka. Potem Ojciec walczył z nimi przeciw Rosjanom pod Piłsudskim. Również w roku 1926, jako zastępca dowódcy pułku, stanął w wypadkach majowych po stronie Marszałka, podczas gdy część rodziny, jak np. generał Łempicki, dowódca Inspektoratu Kawalerii, a mąż mojej Ciotki Michały z Żabów, stanął po stronie rządu.

Ojciec zatrzymał swoje pułki w koszarach wobec czego rewolucja odbyła się w Twerai bezkrwawo. Za to Sowiet Robotników i Żołnierzy, wybrał mego Ojca z powrotem na stanowisku dowódcy garnizonu i zachowaliśmy nawet mieszkanie w pałacu. Rodzice nie ulegli jednak iluzji. Ojciec poprosił o urlop na święta, zabraliśmy naszych dwóch ordynansów i tylko dwie walizki, i udaliśmy się na wieś do dziadka w Estonii.

Polska nawiązała dyplomatyczne stosunki z Estonią chy-ba w 1919 lub 1920 roku. Mój brat Egon i ja otrzymaliśmy polskie paszporty i polskie obywatelstwo. /…/ W latach 1920-29 Ojca przerzucano z pułku do pułku, z jednego stanowiska na drugie. Postanowiono zostawić mnie w szkole w Estonii, a do Polski jeździłem na wakacje letnie, gdzie angażowano dwóch studentów, z którymi przechodziłem kurs polonistyki, historii literatury i historii Polski. Pobyt i szkołę w Estonii, jak i późniejsze wyższe studia, opłacał Dziadek estoński. Pensja Ojca na to nie wystarczała.

W 1926 roku rozpocząłem studia na Hochschule für Welthandel w Wiedniu, w szkole o światowej sławie. Skończyło ją wielu polskich dyplomatów, ekonomistów, wyższych urzędników, głównie z Małopolski. M.in. Józef Beck, minister spraw zagranicznych. Skończyłem szkołę w trybie rekordowym, dyplom zdobyłem w lipcu 1929 roku i natychmiast przyjęty zostałem do Banku Handlowego prowadząc wszystkie konta klientów zagranicznych.

Społecznie zacząłem pracować już w Wiedniu. Wstąpiłem mianowicie do Zrzeszenia Studentów Polskich w Wiedniu „Ognisko”. Była to, po I wojnie, najstarsza organizacja studencka polska za granicą. Byłem członkiem zarządu. Z prezesem Mieczysławem Cieplińskim obchodziliśmy z wielką pompą 65-lecie Zrzeszenia, w historycznym, wspaniałym carskim Kasynie Oficerskim.

Chyba w roku 1931 przeszedłem na kierownika działu ex-portu Zakładów Graficznych Braci Straszewiczów. Po dwóch latach firma dotknięta została kryzysem powszechnym. Udałem się do Wilna, gdzie krótko pracowałem w wydziale prasowym Instytutu Wschodniego. Tu napisałem mój pierwszy artykuł. Ukazał się, ku memu oszołomieniu, jako wstępniak na pierwszej stronie w liberalnym Kurierze Wileńskim. Odtąd łączyła mnie bliska współpraca z redaktorem naczelnym Okuliczem, potem doszła współpraca z Czasem Krakowskim i Dziennikiem Poznańskim. W Wilnie, na wiecu Myśli Mocarstwowej, organizacji młodzieżowej opartej na Idei Jagiellońskiej, poznałem kierowników: Jerzego Giedroycia i Romualda Piłsudskiego. Giedroyć załatwił mi posadę w Ministerstwie Rolnictwa. Wróciłem do Warszawy, stałem się korespondentem największego dziennika Estonii oraz Pester Lloyd w Budapeszcie. Byłem sekretarzem Towarzystwa Przyjaciół Estonii, sekretarzem Porozumienia Prasowego Polsko-Bałtyckiego, a prezesem obu był Mieczysław Obarski, redaktor naczelny PAT. Przez Giedroycia poznałem Janusza Radziwiłła i jego sekretarza Jana Moszyńskiego.

Gdy Radziwiłł nabył Czas i przeniósł go do Warszawy, Moszyński objął kierownictwo dziennika i mianował mnie kierownikiem redakcji. Wielu młodych współpracowników Giedroyciowych pism (Bunt Młodych i Polityka) znalazło się w warszawskim Czasie, jak chociażby bracia Pruszyńscy, Bocheńscy, Zbyszewscy i wielu innych.

Moją działalnością społeczną na odcinku bałtyckim zwróciłem na siebie uwagę Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Objąłem kierownictwo wydziału bałtycko-skandynawskiego w Lidze Akademickiej. Udałem się oficjalnie do Finlandii, Estonii i na Łotwę, gdzie zawarłem umowy o współpracy młodzieżowej. Nawiązane wtedy przyjaźnie z Finami i Estończykami były ogromnie przydatne w czasie mojej krótkiej, dziesięcioletniej, kariery dyplomatycznej, a zwłaszcza w czasie wojny. Wielu moich znajomych studentów zajmowało w Finlandii najwyższe stanowiska w państwie.

W maju 1935 roku objąłem stanowisko attache prasowego w Helsinkach. Mieczysław Obarski namówił mnie bym rzucił MSZ i przeszedł do Berlina na korespondenta PAT, oficjalnie na zastępcę. Pierwszy korespondentem, hr Dembiński, w okresie psucia się stosunków z Niemcami nie miał wiele czasu na PAT gdyż stał się prawą ręką ambasadora Lipskiego w półoficjalnych kontaktach z Niemcami. Mieliśmy w PAT-cie czterech studentów do pomocy: jednym był Edmund Osmańczyk, drugim Kamil Dziewanowski, późniejszy profesor w USA, znawca komunizmu i Sowietów.

Lata 1939-1945 to były najciekawsze lata mojego życia. W sierpniu 1939 roku byłem swoim samochodem na wakacjach we Francji w towarzystwie syna prezydenta Poznania Cyrylla Ratajskiego. Mając z powodu „inwalidztwa nogi” w wojsku kategorię D, powołany zostałem, na wypadek wybuchu wojny, na stanowisko korespondenta PAT i attache prasowego w Kopenhadze z zadaniem politycznego obserwowania Niemiec i raportowania. Nawiązane w Berlinie kontakty z korespondentami skandynawskimi i znajomość języka szwedzkiego ogromnie mi pomogły w Kopenhadze jak i ułatwiły nawiązanie znajomości i kontaktów. Nie chorując nigdy na nacjonalizm i polską megalomanię ani na „emigrantitis” (poszukiwanie z masochizmem wad i ujemnych stron w obcym kraju i wspominanie rodzimej przeszłości w przesadnie różowych barwach) mogłem na terenie Danii szybko stworzyć sieć interesujących informatorów, dzięki czemu stałem się jednym z najlepiej poinformowanych zagranicznych dziennikarzy i młodszych dyplomatów na tym terenie. Jako pomocnika miałem starego wytrawnego duńskiego dziennikarza Dahlhofa Nielsena. Przypuszczając słusznie, że jest on powiązany ze sztabem duńskim, uwierzyłem w jego informacje o grożącej niemieckiej inwazji na kilka dni przed tym. Anglicy, którym tę informację przekazałem, nie uwierzyli mi. Dzięki moim informacjom udało się na czas zlikwidować archiwum i uratować wszystkich zagrożonych – uciekinierów z obozów jenieckich w Niemczech, członków polsko-duńskiej Izby Handlowej – i przy czynnej pomocy szwedzkiej uzyskać dla nich wizy szwedzkie. Angielscy koledzy, dziennikarze, nie uwierzywszy moim informacjom, nie będąc chronieni immunitetem dyplomatycznym, przesiedzieli w obozie duńskim całą wojnę.

Tak się złożyło, że w dniu bezkrwawej okupacji Danii byłem poza Posłem, p. Starszewskim (bardzo inteligentnym dyplomatą, ale starej daty; to znaczy bez daru samodzielnej i ryzykanckiej działalności) jedynym urzędnikiem na miejscu ze statusem dyplomatycznym. Radca Poselstwa był służbowo przy Rządzie RP we Francji, szef wywiadu wojskowego rotmistrz Pilewicz służbowo w Sztokholmie (bardzo energiczny, bojowy, świetny oficer wywiadu). Sam Poseł był właściwie unieruchomiony, był w przededniu operacji oczu. Cała likwidacja Poselstwa, niszczenie akt i przygotowanie ewakuacji spadło na mnie. Gdy minęło kilka dni i nic się nie wydarzyło, ogarnął mnie strach, co uczyniłem, zwłaszcza, że dawniej wierzono brytyjskiemu Intelligence Service, bardziej niż dzisiaj CIA. Anglicy zapewniali mnie, że po drugiej stronie granicy nic się nie dzieje. Dzień później nastąpiła kapitulacja Danii.

Sytuacja we wrześniu-listopadzie 1939 roku była dla nas w Kopenhadze, a dla mnie szczególnie, bardzo trudna. Urwała się komunikacja z rządem RP, którego przez kilka tygodni w ogóle nie było, urwała się komunikacja z PAT-em, urwał się dopływ funduszy na pobory i działalność. Na domiar złego należałem do „starej nomenklatury”, nie rządzącej, ale zbliżonej do tak zwanej „konserwy”, która wewnątrz BBWR była czymś w rodzaju umiarkowanej i niezależnej opozycji wobec Jego Królewskiej Mości, czyli epigonów Piłsudskiego). Zawisłem w powietrzu bez oparcia. Energicznej działalności i pomysłowości w pracy zawdzięczam nie tylko uznanie, ale i zaufanie nowych szefów. W okresie bezkrólewia, PAT w Kopenhadze stał się samozwańczą centralą wiadomości o Polsce przesyłanych w świat. Łapaliśmy najpierw Warszawę II, póki działała, zbieraliśmy informacje od napływających uchodźców z Litwy i od skandynawskich przedstawicieli handlowych z Polski uciekających z bombardowanej Warszawy. Dahlhov Nielsen tłumaczył na duński moje codzienne biuletyny, które woźny Poselstwa rozwoził na rowerze do korespondentów zagranicznych. Tak ukazywały się codziennie w prasie światowej telegramy „PAT Kopenhaga donosi”.

Drugi okres działalności na polu polityki zagranicznej miał miejsce w latach 1940-41 w Helsinkach. Będąc obok członków Poselstwa Estońskiego jedynym dyplomatą posługującym się biegle językiem fińskim, miałem dostęp do szeregu wybitnych osób głównie ze Stronnictwa Chłopskiego i Socjaldemokracji. Wspólnie z attache prasowym Szwecji i Anglii działaliśmy, każdy w zakresie swoich kontaktów (najmniej miał je Anglik, a najwięcej Szwed) w kierunku namawiania Finów do pozostania neutralnymi u boku Szwecji. Niestety, chęć zdobycia utraconych przed rokiem prowincji i wiara zakończenia wojny w najgorszym razie kompromisem, pchnęła Finów do wystąpienia w 1941 roku przeciw Sowietom u boku Niemiec. Ale zawiązane wtedy kontakty z ludźmi, którzy zaczęli tworzyć opozycję, która doszła do władzy w 1944 roku, stały się podstawą niezwykle owocnej pracy w latach 1942-43, kiedy Polacy byli jednymi z „półoficjalnych” kontaktów fińskich z Obozem Alianckim. Polska Finom wojny nie wypowiadała (również nie Japonii), natomiast Anglia była w stanie wojny z Finlandią formalnie czyli na papierze. I przestrzegano tego ściśle. Poselstwo Anglii nie utrzymywało kontaktów z Finami, nawet prywatnych.

Po powstaniu rządu na emigracji powołano Ministerstwo Informacji, któremu podlegały attachaty prasowe. Moim szefem po Strońskim, został prof. Stanisław Kot. Dopiero za jego energicznych rządów nasza propaganda, wydawnictwa itp., rozwinęły się. Kot nabrał do mnie zaufania, zawezwał mnie pod koniec grudnia do Londynu, gdzie informować miałem premiera Mikołajczyka o sytuacji w Finlandii. Mikołajczyk miał jechać do Roosevelta i skłonić go między innymi do oszczędzenia Finlandii w przyszłej konferencji pokojowej, jako przyszłego sąsiada Rosji, dla utrzymania równowagi w regionie. Wróciłem z Londynu z wielkim zaufaniem Premiera i ministra Kota, zaopatrzony w pełnomocnictwa, które dla mnie stworzyły tylko formalną zależność od Posła.

W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych powstał Wydział VI, który miał odciążyć oficjalne placówki polskie za granicą od pracy w zajmowaniu się krajami okupowanymi przez Niemców czy neutralnymi, w których nie było naszych Poselstw. Wojskowi mieli zajmować się sprawami wojskowymi dla Ministerstwa Obrony, zaś przedstawiciele cywilni MSW VI sprawami dotyczącymi sytuacji politycznej i działalności Niemiec na odcinku politycznym. Mnie, ze względu na specjalne kontakty i znajomości przydzielono Finlandię, Danię, Norwegię i Węgry. Z Węgier przybył szef gabinetu MSZ hr Mikolszy w celu nawiązania kontaktu (w ten sposób przechodziła poczta z Polski od podziemia dostarczana do konsulatu Węgier w Krakowie, a doręczana mi przez attache kulturalnego Poselstwa Węgier). Ten kontakt zorganizowany został przez serdecznego przyjaciela z okresu berlińskiego p. Andre de Gellert, byłego sekretarza ministra spraw zagranicznych Węgier (popełnił samobójstwo odmawiając podpi-sania układu z Niemcami). Ludzie ci należeli do najbliższego otoczenia Hortheygo pragnącego wystąpić z sojuszu z Niemcami. Węgrzy mieli jeszcze dwa inne kanały polskie: Istambuł/Ankara i Lizbonę. Trwało to aż do przewrotu na Węgrzech gdzie pod koniec wojny władzę objęli naziści węgierscy.

Natychmiast po kapitulacji Niemiec w 1945 roku,  otrzymałem nominację na charge d’affaires Ambasady w Oslo z zadaniem otwarcia Ambasady. Niestety, ciężko zachorowałem, przeleżałem pięć tygodni w Szpitalu Karolinska, a na moje miejsce pojechał Wiesław Patek. Mnie została na pamiątkę depesza nominacyjna. Tak się zakończyła moja epopeja dyplomatyczno-polityczna.

Po wojnie pracowałem dla Anglików jako korespondent Daily Mail i Reutera. Byłem powołany na obserwatora Daily Mail przy konferencji pokojowej w Paryżu. Byłem współzałożycielem i sekretarzem Związku Prasy Zagranicznej w Sztokholmie. Włączyłem się do polskiej pracy społecznej, uznany zostałem rzeczoznawcą w sprawach polskiej emigracji i jako taki występowałem jako rzeczoznawca w sprawach azylowych Polaków. Byłem współpracownikiem kilku pism szwedzkich m.in. Stockholms Tidningen. Wobec niemożności wyjazdu do Polski i Sowietów (jako działacz antykomunistyczny i antysowiecki) prasa szwedzka i brytyjska miała ze mnie coraz mniej pożytku i moje kontakty rozluźniły się, a i za tym spadły dochody.

Ale nigdy nie korzystałem z żadnych szwedzkich zapomóg. Wychowany w duchu dawania sobie samemu rady –  a korzystanie z pomocy socjalnej uważano za rzecz niehonorową, względnie uznawano kogoś za nieudacznika – rzuciłem dziennikarstwo i politykę zagraniczną i stałem się przewodnikiem turystycznym wycie-czek szwedzkich. Pracowałem dla takich firm jak Vingresor, a potem Europaresor.

Po zakończeniu pracy w turystyce i powrocie na stałe do Sztokholmu, działałem społecznie wśród kolonii polskiej przejmując przez jakiś czas pracę w kancelarii Rady Uchodźstwa Polskiego w Szwecji, a po śmierci Łukasza Winiarskiego kierownictwo Östeuropeiska Socialbyran. Udzielałem Urzędowi Imigracyjnemu opinii o azylowcach, starając się w imieniu RUP lub Komitetu uzyskać dla nich azyl. Ostatnie pięć lat przed emeryturą pracowałem w bibliotece wydziału chemii na Uniwersytecie Sztokholmskim i uważam ten okres za jeden z najprzyjemniejszych w mym życiu jeżeli chodzi o stosunki personalne i koleżeńskie. Nie rozumiem tych rodaków, którzy na Szwedów jako kolegów i pracodawców narzekają. Miałem jak najlepsze stosunki z przełożonymi, kolegami i studentami przychodzącymi po książki. Po emeryturze całkowicie oddałem się pracy rozdawnictwa i wysyłce książek zakazanych do Polski, co już czyniłem wcześniej, ale w mniejszym zakresie.

Byłem także czynnym działaczem w organizacjach polskich, głównie w Zjednoczeniu Polskim, SPK, później w RUP i w założonym przeze mnie Towarzystwie Przyjaciół Kultury paryskiej. Byliśmy na początku w zasadzie jedynymi, którzy ściągali do Szwecji prelegentów z kraju i z za granicy. I w tej działalności korzystałem z bezinteresownej i życzliwej pomocy szwedzkiej, bez której nie było by tylu sukcesów. I znowu twierdzę, że nie mają  racji Polacy skarżąc się na chłodność, interesowność i brak zainteresowania Szwedów czy ksenofobię. Wina w większości przypadków leży po stronie Polaków, którzy nie umieją czy nie chcą zbliżyć się do Szwedów i czekają na to, że to Szwedzi do nich przyjdą i będą się nimi zachwycać.

Norbert Żaba

Lämna ett svar