80 ROCZNICA WYBUCHU II WOJNY ŚWIATOWEJ: Szwedzki epizod

Historia internowanych okrętów podwodnych w Szwecji w czasie drugiej wojny światowej to jedne z bardziej dramatycznych epizodów w stosunkach polsko-szwedzkich. Ale opinie na ten temat nie są wcale jednomyślne, pojawiają się też głosy, że marynarze ”dzięki internowaniu” w spokoju przetrwali wojnę na terenie Szwecji, a jedynie oficerowie czynili starania, by przedostać się do Anglii i dalej walczyć. Ale to ocena wysoce niesprawiedliwa i błędna. A o ”spokoju” i ”wygodnym” życiu w Szwecji w ogóle mówić nie można.

Zdaniem większości historyków był to dla internowanych czas wielkiej próby – stali się bowiem zakładnikami skomlikowanej wówczas historii i dwuznacznej roli jaką w czasie II wojny światowej odegrała Szwecja. Adam Staniszewski w artykule ”Na bocznym torze wojny, czyli sześć lat internowania polskich okrętów podwodnych w Szwecji” pisze:

Po pierwsze okres internowania w neutralnym kraju bynajmniej nie był spokojnym oczekiwaniem na koniec wojny z dala od zgiełku wojennego. Wręcz przeciwnie, w ciągu sześciu lat internowania polscy marynarze wielokrotnie stawali w obliczu ciężkich doświadczeń. Po drugie, śledząc losy internowanych załóg zobaczymy rozbieżności priorytetów angielskich i polskich, które niejednokrotnie uwidoczniły się w czasie II wojny światowej. Wreszcie, historia internowanych może posłużyć jako epizod rzucający światło na politykę neutralnej Szwecji wobec stron walczących.

Jak do internowania okrętów doszło? Historia ta jest znana i dobrze opisana, nie brakuje także relacji bezpośrednich uczestników tego dramatu, chocciaż dzisiaj już nikt z nich nie żyje (większość zmarła wiele lat temu – dzisiaj mieliby 100 lub więcej lat).

ORP Ryś

Z chwilą wybuchu wojny polskie okręty podwodne miały w ramach tak zwanego planu „Worek” przeprowadzać ataki torpedowe na okręty niemieckie, które mogłyby ostrzeliwać Hel lub dokonywać prób desantu. Jednak wobec ogromnej przewagi Kriegsmarine polskie jednostki musiały ograniczyć się niemal wyłącznie do unikania przeciwnika. Zastosowanie takiej taktyki nie uchroniło je od poważnych uszkodzeń, które odniesione już w pierwszych dniach września zaważyły na dalszych działaniach bojowych.

To właśnie załoga „Sępa” wystrzeliła pierwszą polską torpedę w kierunku nieprzyjaciela. 2 września o godzinie 12.38 kmdr Salamon wydał rozkaz wystrzelenia, pojedynczej torpedy w kierunku niemieckiego kontrtorpedowca „Friedrich Ihn”. Potencjalny cel uniknął jednak trafienia dzięki wykryciu śladu torowego torpedy i wykonaniu manewru uniku. W odpowiedzi nastąpił kontratak niemieckiego okrętu bombami głębinowymi, których eksplozje spowodowały poważne uszkodzenie kadłuba – pisze Staniszewski. – Uszkodzenia odniesione przez „Sępa” w czasie nieudanego ataku poważnie ograniczyły możliwości bojowe okrętu.

Zdzisław Pieniowski, jeden z marynarzy służących na „Sępie”, tak wspomina kolejne dni:

„17 dni pływaliśmy po Bałtyku. Mieliśmy trudności z wdzierającą się wodą. Klapy od balastów były tak powykręcane, że zamiast zanurzać się w ciągu 1,5 min., potrzebowaliśmy na to 15 min.”.

Dowództwo floty 14 września nadało z Helu do wszystkich jednostek podwodnych dwa radiogramy. Pierwszy informował o zajęciu Gdyni przez wojska niemieckie, drugi natomiast zawierał bezpośrednie wytyczne dla okrętów:

„Szkodzić jak najwięcej nieprzyjacielowi. Po wyczerpaniu wszystkich środków udać się do Anglii […] Jeżeli to niemożliwe, działać tak długo, jak tylko można na Bałtyku, a następnie internować się w Szwecji”.

Pierwszym polskim okrętem internowanym w Szwecji był ORP „Sęp”. Okręt został zauważony przez szwedzką straż przybrzeżną 17 września o godzinie 5 rano w okolicach Landsort na archipelagu sztokholmskim. Po uprzednim zidentyfikowaniu polskiej flagi, obrona wybrzeża wysłała łódź patrolową „V 74”, która nadała w kierunku polskiego okrętu sygnał: „Stop, zakotwiczyć, nasze działa są wycelowane w waszym kierunku”. Komandor Salamon dostosował się do rozkazu oraz zapytał o pozwolenie wpłynięcia do szwedzkiego portu w celu naprawienia uszkodzeń.

Po blisko godzinnym oczekiwaniu „Sęp” otrzymał pozwolenie na wejście do Nynäshamn. O godzinie 10.50 strona szwedzka przekazała polskiemu dowódcy informację, że wobec niemożliwości naprawy uszkodzeń w ciągu 24 godzin okręt zostanie internowany. Następnie za pośrednictwem okrętów wchodzących w skład Alandshavseskadem „Sęp” został odeskortowany do bazy floty szwedzkiej w Stavsnäs. Okręt zakotwiczono przy szwedzkim pancerniku „Aran”, a jego dowódca komandor Öberg, wykazując dużą życzliwość wobec polskich marynarzy, osobiście powiadomił posła RP w Sztokholmie Gustawa Potworowskiego o fakcie internowania. Chcąc zachować środki ostrożności strona szwedzka rozbroiła okręt.

Już następnego dnia na wodach terytorialnych Szwecji znalazł się drugi okręt podwodny ”Ryś”. Dowódca „Rysia” kmdr ppor. Aleksander Grochowski podjął decyzję o internowaniu w obliczu złego stanu okrętu i niewielkich zapasów paliwa, które wykluczały skuteczną próbę przedarcia do Anglii.

ORP Żbik

W międzyczasie z Tallinna nadeszła informacja, że uciekł stamtąd z internowania w Estonii (pod naciskiem dyplomacji niemieckiej) okręt ”Orzeł”. Obawiając się, że również internowane w Szwecji okręty podejmą podobną próbę ucieczki, strona szwedzka podjęła szczególne środki ostrożności. Z okrętów wymontowano niemal cały sprzęt umożliwiający ewentualną próbę ucieczki oraz zażądano, aby załogi „Sępa” i „Rysia” w komplecie opuściły okręty. Wywołało to ostry sprzeciw ze strony polskich oficerów. Ostatecznie na okrętach pozostały sześcioosobowe wachty, natomiast reszta załogi przeniosła się do koszar.

Po ucieczce „Orła” z Tallina w Szwecji panowała powszechna opinia, iż jest to ostatni polski okręt podwodny na Bałtyku. Uważano również za wielce prawdopodobne, że „Orzeł” będzie chciał iść w ślady „Sępa” i „Rysia” i poprosi o internowanie. 25 września o 5.45 w pobliżu Revengegrundet zlokalizowano niezidentyfikowany okręt. Dopiero meldunek z wysłanej 30 min. później łodzi patrolowej „V 74” precyzował, iż jest to polski okręt podwodny „Żbik”. Tak więc trzecim okrętem podwodnym, który pojawił się na szwedzkich wodach terytorialnych nie był powszechnie oczekiwany „Orzeł”, tylko „Żbik” pod dowództwem kmdr ppor. Michała Żebrowskiego.

Staszewski pisze:

”Najwięcej nieporozumień w pierwszym okresie internowania wyrosło wokół kwestii wychodzenia poza obszar koszar. Obawa przed ewentualną próbą ucieczki ze strony polskich marynarzy (która mogłaby spowodować reakcję strony niemieckiej), ukształtowała szwedzką politykę wobec internowanych załóg. Polscy marynarze mogli wychodzić poza teren obozu tylko w zwartym szyku i pod odpowiednią eskortą. Takie postanowienia, ograniczające swobodę internowanych do minimum szybko wywołały protesty wśród zainteresowanych. Dopiero stanowcza akcja poselstwa RP przyspieszyła zniesienie powyższych ograniczeń. Począwszy od 20 grudnia 1939 roku jedynym utrudnieniem w swobodnym spacerowaniu poza terenem obozu był przymus złożenia przyrzeczenia o nie podejmowaniu prób ucieczki w czasie spaceru. Powyższa decyzja nie zażegnała jednak napięcia w obozie. Otóż dowódca straży wartowniczej kapitan Ragnar Erfass zażądał również, aby obowiązkowi udzielania powyżej obietnicy (i to na piśmie!) podlegali polscy oficerowie. Takie warunki były nie do zaakceptowania przez stronę polską Oficerowie powołując się na paragraf 24 konwencji haskiej podkreślali, iż jedynym warunkiem stawianym oficerowi w podobnej sytuacji może być wyłącznie słowo honoru.

Strona polska parokrotnie próbowała wpłynąć na Szwedów, by uwolnili oni internowane okręty, które miały udać się do Anglii i tam zostać wcielone do armii. Ale bynajmniej nie oznaczało to, że takie działanie miało popracie samych Anglików. Strona angielska podkreślała, iż należy powstrzymać się od wszelkich akcji, które dałyby Niemcom pretekst do zaatakowania Szwecji. Zatem kwestia uwolnienia internowanych okrętów uwidoczniła rozbieżności i przekładanie interesów angielskich nad polskimi. Strona polska przekonała się, nie po raz pierwszy i nie ostatni w czasie II wojny światowej, że jest tylko pionkiem w rozgrywce wielkich mocarstw – pisze Staszewski.

Jesienią 1940 roku na miejsce internowania okrętów wyznaczono Mariefred, na krańcu jeziora Mälaren. Okręty zostały przeholowane i pozostały tam już do końca wojny.

Nie obyło się bez nieporozumień między marynarzami a oficerami. Oficerów umieszczono w willi Ekbacken – każdy miał własny pokój, a wspólne były salon, jadalnia, pokój stołowy, kuchnia oraz łazienka. Z czasem dla starszych oficerów wynajęto mieszkania prywatne w centrum Mariefred, dzięki czemu mogli sprowadzić do Szwecji swoje rodziny.

Staszewski:

”Pozostałej części załogi przypadły krypy mieszkalne „Johannes” i „Cerberus”. Niestety, w obliczu zbliżającej się zimy krypy okazały się kompletnie nieprzystosowane do zamieszkania. Cienkie blachy, pozbawione izolacji powodowały, że przy ostrej, szwedzkiej zimie (temperatura spadała nawet do -38°C) zamarzały kaloryfery wewnątrz pomieszczeń! Kwestią czasu były pierwsze ofiary śmiertelne. Atmosferę tamtych dni najlepiej oddaje w swoich wspomnieniach, służący na „Rysiu” podoficer bosman mat. Władysław Słoma: „pierwszym z chłopaków, który zmarł na zapalenie płuc był Mańka. Warunki na krypach, gdzie początkowo mieszkaliśmy, były straszne. W czasie silnych mrozów dochodzących do -35°C, wewnątrz nie było cieplej niż minus kilka stopni. Ja marzłem nawet mając na sobie ciepłe ubranie i pięć koców, które przymarzały do blachy krypy. Inni, którzy nie doczekali końca wojny to [Józef] Lelito, [Franciszek] Kardacz, [Marian] Majewski i [Franciszek] Kaszuba. Dla tych, którzy zmarli w czasie internowania, sami wystawiliśmy nagrobki”. Różnice w standardzie życia między oficerami a resztą załogi bardzo szybko zaogniły sytuację w obozie. Jeden z internowanych, starszy marynarz Marian Kubiszyn w swojej pisemnej relacji wspominał, że już na terenie Vaxholmu dochodziło do napięć w tej kwestii: „oficerowie odizolowali się od pospólstwa. Mając własnych kucharzy i ’pomoc domową’ prowadzili własną gospodarkę. Żyjąc spokojnie, a nawet beztrosko we własnym świecie, nie przejmowali się za bardzo tragiczną i ciężką sytuacją obozową, a już najmniej załogami […] Starsi marynarze i marynarze byli siłą roboczą na okrętach i obsługą obozu […] nie mogli się tylko pogodzić z funkcją stołowych dla podoficerów. To był tragiczny rozdział życia obozowego”. Tymczasem kontrast przywilejów, który uwidocznił się jeszcze bardziej po przeprowadzeniu okrętów na Jezioro Malaren, zaognił i tak napiętą już sytuację. Wśród marynarzy coraz częściej zadawano sobie pytanie, co stało się ze złotem, które każda z łodzi w kwocie kilku tysięcy dolarów posiadała na pokładzie? Powszechnie utożsamiano zniknięcie okrętowego złota z rosnącymi przywilejami oficerów. Niestety dzisiaj, z racji upływającego czasu mało realne jest odkrycie prawdy, a sprawa złota wydaje się być jedną z nierozwiązywalnych zagadek tamtego okresu. Sytuacja mieszkaniowa internowanych uległa poprawie na przełomie 1942/1943 roku. Wówczas to władze szwedzkie wyraziły zgodę na budowę trzech drewnianych baraków, które miały pełnić funkcję nowych kwater mieszkalnych. Zainstalowano w nich piece, światło elektryczne oraz bieżącą wodę. Natomiast na dotychczasowej krypie „Johannes” zorganizowano świetlicę, sklepik, kuchnię oraz kancelarię.

Stosunek władz szwedzkich do polskich jednostek morskich ulegał zmianie w zależności od sytuacji na frontach II wojny światowej. W kwietniu 1940 roku po niemieckiej napaści na Danię i Norwegię, władze szwedzkie w obawie o własne bezpieczeństwo wyraziły zgodę na przemieszczenie polskich okrętów do Sztokholmu i przygotowanie ich do wyjścia w morze. Jednak po zażegnaniu niebezpieczeństwa okręty bez skrupułów rozbrojono i przemieszczono w głąb lądu do Mariefred. W najcięższym politycznie dla Szwecji okresie wojny, kiedy była ona otoczona przez siły niemieckie z trzech stron, Rzesza wymogła na Szwecji zgodę na natychmiastowe zwalnianie internowanych lotników „obu stron wojujących”. W praktyce korzystała wówczas z tego przywileju tylko strona niemiecka, ponieważ alianckie lotnictwo nad Szwecją praktycznie nie przelatywało. Jednak w obliczu zmieniającej się sytuacji na froncie, lotniska szwedzkie coraz częściej były wykorzystywane przez amerykańskie bombowce, które wobec uszkodzeń poniesionych w czasie akcji zaczepnych nie chciały ryzykować powrotu do Anglii.

Wkrótce powyższy przepis rozszerzono również na marynarzy. Umożliwiło to opuszczenie Szwecji przez pierwszych polskich oficerów. Jednak zanim to się stało, już latem 1943 roku uzyskano zgodę na wyjazd do Anglii 5 oficerów i 3 marynarzy, którzy przypłynęli do Szwecji na pokładzie kutra pościgowego „Batory”. Kolejną grupę w liczbie 3 oficerów oraz 17 podoficerów i marynarzy zwolniono jako ochotników do Londynu w dniu 5 grudnia 1944 roku.

Ostateczne zakończenie internowania nastąpiło 1 sierpnia 1945 roku. „Ryś”, „Sęp” i „Żbik” przeszły pod tymczasowy nadzór władz szwedzkich, które odprowadziły okręty do Sztokholmu.

Spośród 16 oficerów, którzy przypłynęli do Szwecji w 1939 roku, do powrotu do Polski zgłosił się tylko jeden – komandor Salamon. W drodze do kraju towarzyszyło mu 50 marynarzy (głównie tych, na których czekały w Polsce rodziny), 75 członków dawnych załóg postanowiło pozostać w Szwecji, reszta wybrała Anglię.

Staszewski:

Powyższe fakty dowodzą, że blisko sześcioletni okres internowania trzech polskich okrętów podwodnych na terenie Szwecji jest ważnym elementem historii polskich sił morskich w czasie II wojny światowej. Zatrzymani na terytorium Szwecji już we wrześniu 1939 roku, wydawać by się mogło, zostali zepchnięci na boczny tor działań wojennych. Tymczasem pobyt w neutralnym kraju okazał się dla wielu marynarzy bardzo ciężkim przeżyciem. Wobec braku doświadczenia ze strony władz szwedzkich, jak postępować z internowanymi, polscy marynarze musieli sprostać niejednokrotnie bardzo ciężkim warunkom internowania. Udało im się w tych warunkach utrzymać stan techniczny okrętów i gotowość bojową. Dzięki temu powracająca do kraju eskadra była gotowa do czynnej służby.

We wrześniu tego roku minie 80 lat od chwili, gdy okręty zostały internowane. Odeszli niemal wszyscy Ci, którzy przez długie lata pielęgnowali pamięć o tych dramatycznych wydarzeniach. Wiele lat temu zmarł marynarz Władysław Słoma, kilka lat temu zmarła Marianna Pieniowska, Szwedka, mieszkanka Mariefred, żona marynarza Zdzisławy Pieniowskiego. Całe szczęście, że zachowały się wspomnienia uczestników, że powstały filmy dokumentalne. Należało by oczekiwać, że w przechowywanie pamięci o tych wydarzeniach powinny zaangażować się rodziny byłych internowanych. Ale z tym nie jest najlepiej…

opr. NGP

 

Lämna ett svar