TERESA URBAN: Pokrewne dusze

Dotychczas unikałam pisania o polskich przyjaciołach, nawet w superlatywach, bawiając się, że czuliby się niezręcznie, gdyby wspólni znajomi czytali o nich w polskojęzycznych felietonach.

Pisząc reportaże z podróży po szwedzku, nie przestrzegałam tej zasady. Opisałam więc historię znajomość (graniczącą z przyjaźnią) z parą Polaków zamieszkałych w Niemczech, poznanych na jednym z rejsów. Potem przypadkowo spędziliśmy wspólnie jeszcze dwa rejsy. Nie było żadnego ryzyka, że para, nie znająca szwedzkiego, może zapoznać się z treścią. Na wszelki wypadek zmieniłam im imiona. Śledziliśmy z zainteresowaniem ich znajomość, a raczej romans – od zaręczyn, po ślub, aż do burzliwego, niesmacznego rozwodu. Obecnie utrzymujemy sporadyczny kontakt mailowy, nie pytamy o nowych partnerów i nie informujemy o planowanych rejsach. aby uniknąć ponownego spotkania. Lepiej nie wiedzieć za dużo o przyjaciołach i znajomych, bo mogą nas rozczarować.

W tym felietonie łamię zasadę i poświęcam go parze przyjaciół, Szwedce i Duńczykowi, których przedstawiam pod zmienionymi imionami jako Lili i Larsa. Są pod wieloma względami wyjątkową parą i cieszę się, że nasze drogi się skrzyżowały. Poznaliśmy się podczas zapoznawczego obiadu przed planowanym rejsem, na który armator zaprosił szwedzkich uczestników. Przypadek sprawił, że zajęłam miejsce przy Lili, co umożliwiło nam konwersację, podczas gdy panowie siedzieli po naszych obu stronach i praktycznie nie zamienili z sobą wtedy ani słowa.

Jednym z docelowych portów rejsu miała być Barcelona. Wzmianka o tym mieście stała się dla nas obu przysłowiowym kliknieńciem, oznaką pokrewieństwa dusz. W Barcelonie bywałam kilkakrotnie, służbowo i jako turystka. Miasto jest bliskie ideału ze swą zwartą zabudową, wspaniałą arhitekturą Gaudiego, starym miastem, nowoczesnymi spektakularnymi budowlami, bulwarem La Rambla pełnym kwiatów i zaskakujących atrakcji, ciekawymi muzeami oraz piaszczystymi plażami niemal w centrum miasta. Wyznałam, że gdyby dano mi drugie życie, chciałabym urodzić się w Barcelonie.

Lili i Lars znali miasto lepiej niż my. Odwiedzali miasto kilka razy w roku ponieważ pracował tam jeden z ich synów. Wspomniałam, że mieszkaliśmy kiedyś obok barcelońskiej ikony architektonicznej o kształcie wrzeciona, popularnie zwanej szminką do ust, której oficjalna nazwa to Akbar Tower. Budynek zachwyca co noc wielobarwną iluminacją. W pobliżu zachowała się stara podupadła, kamieniczka kontrastująca z nowoczesnym biurowcem. Ciekawa byłam, czy Lili ją odkryła. Oczywiscie, że tak, nawet sfotografowała i przy najbliższych odwiedzinach mogłam podziwiać zdjęcie. To również świadczyło, że reagujemy podobnie.

Larsa poznaliśmy bliżej dopiero podczas rejsu. Posiada on niezwykłą umiejętność nawiązywania kontaktu z nieznajomymi wynikającą ze szczerego zainteresowania innymi ludźmi. On i Małżonek odnaleźli się natychmiast prowadząc długie historyczno-polityczne dyskusje. Miałam dwóch ulubionych Duńczyków, Larsa i pianistę-komika Viktora Borge. Artysta już nie żyje, więc Lars jest obecnie moim jedynym duńskim faworytem. Lars skończył ekskluzywną szkołę hotelarską w Szwajcarii i pracował tam, oraz w innych, pozaeropejskich krajach. Odwiedziliśmy kiedyś luksusowy hotel w Hongkongu, gdzie Lili i Lars spędzili miodowy miesiąc. Anglicy wycofali się z miasta, ale ich tradycje pozostały. W hotelu oczekiwano, że po godzinie 17 panowie będą ubrani w koszule z długim rękawem.

Lars jest także z zamiłowania kucharzem. To on przyrządza poczęstunki przy wspólnych spotkaniach, a dania cieszą nie tylko podniebienie ale i oko. Mimo, iż mieszka w Szwecji dłużej niż my, czuje się niepodzielnie Duńczykiem i obcokrajowcem. Ostatnio stwierdził, że mówię po szwedzku o wiele lepiej niż on. Wyznam szczerze, że do dziś nie jestem pewna  czy rozmawia z nami po szwedzku, czy po duńsku. Lili również twierdzi, że nie czuje się rdzenną Szwedką, ponieważ wychowała się w Skåne należącym kiedyś do Danii, co łatwo rozpoznać po charakterystycznym akcencie.

Matka Lili pochodziła z burżuazyjnej sztokholmskiej rodziny, ale po ślubie przeniosła się do Skåne. Lili była emocjonalnie bardziej związana z ojcem niż matką. Rodzina zamieszkała w ekskluzywnej rezydencji z basenem, do której Lili zrzekła się praw majątkowych na korzyść rodzeństwa. Zatrzymuje się tam sporadycznie z okazji większych spotkań rodzinnych.

Lili i Lars spędzają każde lato w Skåne, gdzie wynajmują wiejski bielony domek z malwami pod oknem. Rodzinna willa nosi nieoficjalną nazwę Wrzosowego Domu. Dziwnym zbiegiem okoliczności pensjonat w Beskidach, gdzie w dzieciństwie spędzałam letnie wakacje, nazywał się Wrzos. Następnym zbiegiem okoliczności są imiona synów Lili i Larsa, Fredrik i Henrik. Kiedy w dzieciństwie bawiłyśmy się z przyjaciółką w bogate mężatki, Fryderyk i Henryk były naszymi ulubionymi męskimi imionami. Fryderyk był faworytem i ta z nas, która zdążyła wybrać pierwsza, miała w wyobraźni męża o tym imieniu, druga musiała zadowolić się Henrykiem.

Z Lili i Larsem odbyliśmy wspólnie dwa rejsy. W Barcelonie zaprowadzili nas do Szampanerii, unikalnego baru w starej dzielnicy Barcelonetta. Dawny garaż, a może skład, zamieniono na tawernę. U pułapu wiszą ogromne szynki, na tablicach wypisano kredą rodzaje i ceny zakąsek. Namówiono nas na wyborną kanapkę z serem pleśniowym na gorąco, roquefort caliente. Do zamówionych dwóch tapas można za niemal darmo dokupić butelkę musującego wina Cava. Wino sprzedawo również na kieliszki. Staromodny szeroki pucharek kosztuje nieco ponad jedno euro. Większość gości dziarsko dzierży w dłoni butelki, szum rozmów przerywają toasty, a atmosfera jest przyjacielska i odprężająca. Na innym wspólnym rejsie przeżyliśmy przygodę, kiedy w Marsylii zaskoczył nas mistral. Przy silnym wietrze statek niezdolny do precyzyjnej nawigacji nie mógł opuścić portu. Pozostał w porcie dłużej niż to było w planie, straciliśmy powrotny lot, ale biuro podróży załatwiło nam noc w hotelu i lot zastępczy.

Lili i Lars spędzają co roku dwa zimowe miesiące na Wyspach Kanaryjskich, zawsze w tej samej miejscowości. Zgraliśmy parokrotnie urlopy, i chociaż nie mieszkaliśmy w tym samym miejscu, mogliśmy się nawzajem odwiedzać. Wraz z rodziną czy innymi przyjaciółmi trudno było realizować wspólne wyjazdy. Rodzinę udało nam się po wielu staraniach okazjonalnie zabrać na urlop nad Morze Śródziemne, a z innymi przyjaciółmi wyjechaliśmy razem tylko raz. Małżonek nie jest jednak miłośnikiem wspólnych wypadów. Chce skoncentrować się na zwiedzaniu, a nie na rozmowach, przedkłada ilość nad jakość, zawsze pragnie zobaczyć więcej niż jest to praktycznie możliwe, czego nikt poza mną nie akceptuje. Zwiedzając porty w czasie rejsów z Lili i Larsem robiliśmy to na ogół sami. Dla nich ważniejsze były kontakty z ludźmim a nie turystyczne atrakcje. Poznawali nowe miejsca przez rozmowy z mieszkańcami.

Lili, pedagoga z zawodu, interesuje psychologia wieku dziecięcego. Ich dzieci są już w średnim wiekum więc swe doświadczenie wykorzystuje w kontaktach z wnukami. Ma ich sześciorom a ich imiona wygrawerowane są na srebrnej płytce, którą nosi na szyi jako ozdobę. Pomaga wnukom w lekcjach, w razie potrzeby udziela korepetycji, radzi w wyborze szkoły, zapewnia urodzinowe rozrywki, obdarza drobnymi prezentami przy ubieraniu i rozbieraniu choinki, organizuje poszukiwanie skarbów zakopanych uprzednio w ogrodziem a dzieciom z okolicy pozwala korzystać z huśtawki w ogrodzie.

Lili zachowała duszę dziecka. Mile nas zaskoczyła zaprosinami po powrocie z Japonii. Na tyłach domu w japońskim ogródku, wysypanym żwirem zagrabionym w koncentryczny wzór, z kilkoma kamieniami dla dekoracji, przebrano nas w szlafroczki-kimona, pamiątki z japońskiego SPA i poczęstowano smakowitymi sushi. Inne spotkanie upłynęło pod znakiem Nobla. Piliśmy drinki w bibliotece, a potem przy stole z nakrytym noblowskim serwisem, dane nam było delektować się ekskluzywnymi daniami. Ostatnio Lili maluje paznokcie na  czerwono i zdobi je białymi kropeczkami. Zażartowała kiedyś z ekspedientki w drogerii, prosząc o czerwony lakier z białymi kropkami. Zakłopotana panienka próbowała wytłumaczyć starszej pani, że kropki robi się samemu, a roześmiana Lili, zadowolona z udanego żartu, pokazała jej wtedy swe nakrapiane paznokcie.

Lili i Lars ustawili przed domem ławeczkę na zbiegu lokalnych uliczek. Tam co piątek gromadzą się okoliczni mieszkańcy, plotkują, żartują i mają miło zacieśniając więzi sąsiedzkie. Od czasu do czasu gospodarze zapraszają towarzystwo na musujące wino i kanapki z łososiem. Ostatnia zima była śnieżna i w Dagens Nyheter pojawiło się nadesłane przez Lili zdjęcie ławeczki z grubą warstwą śniegu i komentarzem: “Piątkowe spotkanie odwołane na skutek niesprzyjającej pogody.”

Z Lili łączy mnie także okoliczność, że obie lubimy pisać. Już na pierwszym wspólnym rejsie zauważyłam, że Lili zwykła siadywać w mało uczęszczanym kątku pokładu i z lampką zmyślnie umocowaną na czole robiła zapiski w notatniku. Pisała raport z podróży. Lili woziła ze sobą kapelusz, który chronił od słońca i deszczu. Jej kroniki udostępniane potem jako blogi na Internecie wychodziły rzekomo spod pióra podróżnego kapelusza. Lili pisywała także do lokalnej gazetki na Wyspach Kanaryjskich. Ostatnio narzeka, że w niewielkim uzdrowisku, gdzie jeżdżą od lat, trudno znaleźć nowe tematy. Teksty Lili są krótkie, często refleksyjne, czasem wręcz filozoficzne. Prozaiczny obrazek pasących się krów zaowocował refleksją  przestrzegającą przed pośpiechem, zachęcającą do dokładnej analizy, mentalnego „przeżuwania” swych odczuć. Lili jest także utalentowanym fotografem amatorem. Pisanie dodatkowo zbliżyło nas i zbratało.

Przyjaźń z Lili i Larsem wzbogaciła nas duchowo, a każde następne spotkanie wnosi coś nowego i ciekawego. Wiele nas różni, ale mamy ze sobą dużo wspólnego. Na tym polega chyba pokrewieństwo dusz.

Teresa Urban

Lämna ett svar