Pani świetnie mówi po szwedzku!

Niewiele jest miast w Szwecji, których dzieje tak bardzo związane są również z historią Polski. Takim specyficznym przykładem jest jednak niewielkie miasteczko Mariefred, położone w Södermanland, 60 kilometrów od Sztokholmu.

Turyści zwiedzają tu przede wszystkim świetnie zachowany, położony na owalnej wyspie, Zamek Gripsholm. Budowę tego – w zamierzeniu obronnego – zamku rozpoczął pod koniec XIV w. Bo Johnson Grip, Wielki Kanclerz Królestwa Szwecji. Obecny kształt zawdzięcza Gustawom – Gustawowi Wazie, który przebudował zamek w XVI w. i Gustawowi III, dzięki któremu kilka wieków później dokonano istotnych zmian. Znajdują się tu konterfekty polskich królów: Zygmunta I, Zygmunta III i Stanisława Augusta Poniatowskiego. Świetnie zachowana baszta – miejsce narodzin króla Polski – Zygmunta III. Właśnie w niej 6 lat byli więzieni przez niezrównoważonego króla Szwecji i brata Jana – Eryka zwanego Szalonym, rodzice Zygmunta: książę Jan Waza i jego żona Katarzyna Jagiellonka.

400 lat później Mariefred stał się miejscem internowania 170 polskich marynarzy z okrętów podwodnych, które zmuszone były szukać schronienia w Szwecji zaraz po wybuchu wojny. Polacy przebywali w obozie internowania przez niemal 5 lat, a sam obozów znajdował się zaledwie parę kilometrów od Gripsholmu.

W 1939 roku Marianne Johansson miała 18 lat. Pracowała w księgarni, niedaleko głównego rynku Mariefred, w którym sprzedawano także artykuły piśmienne. I dla niej i dla niemal wszystkich mieszkańców, pojawienie się polskich marynarzy w Mariefred było zaskoczeniem. W głębi lądu, w niewielkiej, płytkiej zatoczce jeziora Mälaren, znalazły się nagle trzy okręty podwodne, a z nimi 170 młodych mężczyzn, pełnych niepokoju o los swoich bliskich i los Ojczyzny.

Pierwsze spotkania z mieszkańcami Mariefred były ostrożne – ale wkrótce obydwie strony zaprzyjaźniły się chociaż nie brakowało także najróżniejszych nieporozumień. Chociażby wówczas, gdy jeden z marynarzy, posługując się językiem niemieckim, chciał kupić 20 rolek filmu do swojego aparatu fotograficznego. Właściciel sklepiku przeraził się, że po okolicach Mariefred grasują niemieccy szpiedzy i powiadomił o tym fakcie policję. Szybko okazało się, że rolki filmu kupował jeden z marynarzy, który miał za zadanie sfotografowanie zabawy, którą planowano w obozie dla internowanych.

Marianne szybko zaczęła uczyć się polskich słów. Wkrótce nie miała już kłopotów by zrozumieć, o co proszą ją polscy klienci robiący zakupy w księgarni. Tak zaczęła się wielka miłość Marianne do Polski. W 1941 roku wyszła za mąż za jednego z marynarzy z „Sępa”, Zdzisława Pieniowskiego. Polska stała się jej drugą ojczyzną. Pia, bo właściwie tak jest nazywana przez wszystkich (znajomi Szwedzi uznali, że trudno im wymówić nazwisko Pieniowska, więc lepiej gdy będą ją nazywać po prostu „Pia”), stała się powiernikiem i przyjacielem wszystkich Polaków, którzy osiedli w Mariefred.

Nawet po śmierci męża organizowała spotkania z jego byłymi kolegami, opiekowała się grobami zmarłych marynarzy, które znajdują się na miejscowym cmentarzu. Zmarła w 2015 roku.

Rozmowa z Marianną Pieniowską publikowana była w Nowej Gazecie Polskiej w kwietniu 2004 roku

NGP: – Czy jest Pani zadowolona ze swojego życia?

Marianne Pieniowski: – Tak, bardzo.

NGP: – Jak doszło do tego pierwszego spotkania z Pani przyszłym mężem? Pracowała Pani w księgarni…

MP: – Tak, ale nie tam spotkaliśmy się pierwszy raz, ale na zabawie tanecznej w Hjorthagen. Było to w sierpniu 1940 roku. Przyszli na nią również polscy marynarze. Byłam z moją koleżanką, tańczyłyśmy razem walca. Stojący nieopodal Polacy pokazali nam na migi, że chcieliby z nami zatańczyć. I tak to się zaczęło. Później mówił mi, że widział mnie wcześniej właśnie w księgarni. Ja go wówczas jakoś nie zauważyłam. Po zabawie odprowadził mnie do domu i wtedy powiedział mi jak się nazywa: Zdziieesaaaw… Oj, to było dla mnie trudne do wymówienia: Zdzisław Pieniowski. Później dostałam od niego kartkę na której napisał „Kära Fröken X”…. i proponował mi spotkanie. Tę kartkę przekazały mi później moje koleżanki.

NGP: – Czy mieszkańcy Mariefred wiedzieli, że w okolicach będą internowane polskie okręty podwodne?

MP: – Nie, nikt o tym nie widział. Może paru członków władz miejskich. To było dla nas całkowite zaskoczenie. I, można powiedzieć, rewolucja dla miasteczka. W tym czasie mieszkało tu 1500 osób. Nagle zjawiło się 170 Polaków. To więcej niż 10 procent ludności. Dzisiaj Mariefred liczy 5.000 mieszkańców.

NGP: – Jak miejscowa ludność zareagowała na to?

MP: – Trudno jednoznaczenie powiedzieć. Z ciekawością. Było w tym wiele egzotyki. Muszę powiedzieć, że w pewnym stopniu byliśmy trochę ”naiwni” w naszym spojrzeniu na zewnętrzny świat. Wojna wydawała się czymś odległym. Nagłe pojawienie się 170 obcych żołnierzy, mężczyzn, rodził także swego rodzaju konkurencję. Ale większość mieszkańców zareagowała bardzo przychylnie. Polacy byli zapraszani do domów. Chodzili zwłaszcza młodzi. Ci starsi, głównie podoficerowie, którzy zostawili w Polsce rodziny, najczęściej trzymali się obozu.

NGP: – Młodzi Szwedzi musieli być zazdrośni?

MP: – Tak, oczywiście. Moją wcześniejszą sympatią był miejscowy chłopak, ale… Tak jakoś to się skończyło. Ale naprawdę – do żadnych większych konfliktów nigdy nie doszło. Muszę też powiedzieć, że Polacy byli bardzo zdyscyplinowani.

NGP: – Czy Zdzisław był pierwszym Polakiem, który brał ślub w Mariefred?

MP: – Nie, wcześniej ożenił się Zdzisław Kraszewski. Jego żoną została Zofia, która pracowała w polskiej ambasadzie. Później była przewodniczącą Centralnego Zrzeszenia Organizacji Polonijnych w Szwecji. Była jeszcze inna para, on nazywał się Girluk. Wzięli ślub przed nami na Wielkanoc. Później na Midsommar 1941 roku braliśmy ślub my.

NGP: – Jak zareagowała na to Pani rodzina?

MP: – Jeszcze jesienią spytałam moich rodziców, czy mogę zaprosić do domu jednego z Polaków. Zgodzili się. Mój tata grał trochę na pianinie. Kiedy Zdzisiek przyszedł do nas, mój tata siedział przy pianinie i grał ”Bożę coś Polskę”. Zdzisiek później mi opowiadał, że było to dla niego tak niezwykłe przeżycie, że aż zaschło mu w gardle. Przychodzi do szwedzkiego domu, a tam ojciec jego sympatii siedzi i gra ”Boże coś Polskę”. Mój tata bardzo interesował się historią, wiedział wiele o Polsce, więc nie był to dla niego ani obcy kraj ani obcy ludzie.

NGP: – Ale Pani była protestantką, a on katolikiem… Nie było to przeszkodą?

MP: – Nie, to nie odgrywało większej roli. Tylko mój proboszcz powiedział mi, że jeśli będziemy mieć dzieci, to kościół katolicki będzie chciał byśmy je ochrzścili. Ale myśmy zdecydowali się, na chrzest w kościele protestanckim. Uznaliśmy, że jeśli dzieci będą chciały zmienić wyznanie, to mogą zrobić to później.

NGP: – Zmieniły?

MP: – Nie.

NGP: – W jakim języku rozmawialiście Państwo w domu?

MP: – Bardzo dużo po polsku. Mieliśmy cały czas pełno polskich gości. Ja też uważałam, że to zabawnie mówić po polsku. Ale jednak głównym językiem był szwedzki.

NGP: – Jednak po urodzeniu, Państwa dzieci, miały obywatelstwo polskie…

MP: – To wiązało się z obowiązującymi wówczas przepisami. Dzieci dziedziczyły obywatelstwo po ojcu. Córka Janina urodziła się w 1944, a Håkan w 1948 roku. Dopiero w 1951 roku zostali obywatelami szwedzkimi, razem z moim mężem.

NGP: – Jak reagują ludzie, gdy, na przykład, podnosi Pani słuchawkę telefonu i przedstawia się „Pieniowski”? Czy wyobrażają sobie, że jest pani cudzoziemką?

MP: – No… tutaj, w mieście, wszyscy mnie znają i wiedzą. Ale czasami tak się zdarza. Niedawno przyszli do mnie Świadkowie Jehowy i pytali się, czy jestem Rosjanką lub Polką. „Pani świetnie mówi po szwedzku”. A ja im odpowiadam: „Nic dziwnego, urodziłam się w Eskilstunie”…

NGP: – Czy Polska jest dla Pani drugą ojczyzną?

MP: – Tak, można tak powiedzieć. Do Polski pojechaliśmy po raz pierwszy ze Zdzisiem w 1958 roku. Byliśmy najpierw we Wrocławiu, u jego brata, a później pojechaliśmy do Jarosławia skąd pochodził. Wtedy jego brat opowiadał o ich życiu w Polsce. Bardzo mną to poruszyło, często płakałem. Muszę się przyznać, że czasami sama nie wiem, gdzie mojemu sercu jest bliżej: czy do Polski czy do Szwecji? Trudno mi to wytłumaczyć. Ale może taki przykład: nadal często spotykam się z Władkiem Słomą i Czesławem Marcinkowskim, którzy tutaj mieszkają (obydwaj zmarli wiele lat temu – dop. red). Słoma był na „Sępie”, a Marcinkowski był bosmanem na „Sokole”. Byli ostatnio u mnie na obiedzie, rozmawiamy, i wreszcie do nich mówię: „Jak to jest – ja do was mówię po polsku, a wy do mnie po szwedzku?!”. Wtedy można sobie uświadomić, po której stronie każdy z nas jest. Bo jednak duszą jestem przede wszystkim Szwedką.

STREFA.SE

 

Lämna ett svar