ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Rozpadliny (3)

Widok wielkich miast budzi ciekawość, podbarwioną niesmakiem. Jakby się architekci nie wysilali, ponure skupiska betonu i światła budzące asocjacje z mackami raka toczącego ogromne ciało.

Stukot wbijanego w żywe drzewo gwoździa przynosi mi fizyczną przykrość, nie mogę spokojnie patrzeć na maszyny zwalające las, na myśliwych zabijających zwierzęta, na rybaków (to już nie są rybacy a bezduszni mordercy) zabijających masami delfiny, na hodowców zwierząt na mięso i skóry, na zwierzęta dręczone w ogrodach zoologicznych (cóż za nazwa na koszmarne więzienia!), na areny cyrkowej, wyścigi koni i psów. Nie mogę spokojnie patrzeć na otępiałego osiołka dźwigającego na grzbiecie ciężary i całe smutne życie obijanego kijami.

Nie rozumiem urody „zadbanych” ogrodów, sztucznych jeziorek i wodospadów, przycinanych wymyślnie drzew i krzewów, wykopanych dolinek, usypanych górek, trawników z metra. Nie lubię skomplikowanych linii architektonicznych, ogromnych samolotów, podwodnych łodzi atomowych wielkich jak „Batory”, nie lubię telefonu w uchu.

Nie rozumiem potrzeby istnienia niezliczonych sklepów oferujących wszystko, co ewidentnie niepotrzebne, zajadłych sporów o miedzę, zabijania się nawzajem za poglądy. Nie lubię elektroniki pozwalającej zabijać ludzi na jednym kontynencie, z bunkra na innym kontynencie, bezzałogowych maszyn czyhających w powietrzu. Nie lubię organizacji terrorystycznych, religii kościelnych, homoseksualistów obu płci, nie lubię tej cywilizacji.

Powstała potrzeba unikania „tego”, obawa przed „tym”, przyjmowanie postawy obronnej przed „owym”. Strach przed konfrontacją. Wiemy jak powinno wyglądać właściwe zachowanie i ciągle go unikamy. Wolimy zachowania, które budzą wyrzuty sumienia, wybieramy nasze codzienne niewielkie zło, w obawie przed enigmatycznym, majestatycznym dobrem. Jesteśmy stale zajęci małym złem, a wydaje się nam, że nieustannie poszukujemy dobra.

Tak dzieje się życie wszystkich ludzi bez wyjątku (nie mówimy o świętych Franciszkach, mówimy o normalnych ludziach). Małe zło rządzi wszystkimi. Sprawdź na sobie, jeśli nie wierzysz. Weź pod lupę wszystkie myśli, które produkujesz w ciągu jednego dnia, a będziesz przerażony.

To może być kluczowy problem, matka i ojciec wszystkich innych problemów. Starasz się, próbujesz produkować wyłącznie szlachetne myśli i czynić dobro, zakładasz gorset samodyscypliny, usiłujesz wygrać wszystkie starcia, pomimo że wiesz z góry, iż to niemożliwe. Chytrusek z ciebie! Dopraszasz się porażek i nieustannych przegranych, bo wiesz, że słabość jest twoim najmocniejszym argumentem, twoim jedynym alibi!

Mówisz, że pragniesz tylko wolności, że tylko to się liczy w szlachetnej pogoni za dobrem. Nie wierz w to! Nie wierz sobie! Gonisz wiedząc doskonale, że nie zgonisz nigdy! Ile byś nie wkładał wysiłku by się nie zgubić, nigdy się nie dowiesz jak idą tropy. Możesz rozpoznać najwyżej ślady własnych stóp.

Czy wierzę w to, co mówię? Że nie boję się konfrontacji? Boję się. Boję się, i dla niepoznaki nazywam tęsknotą za Bogiem wolnością! Boję się a swoje tchórzostwo maskuję próbami bagatelizowania i wołam – Życie jest nudne! Może i nudne, ale naprawdę nudna jest tylko panika. Staram się unikać ryzyka związanego z wyzwaniami, z sytuacją, nie rozumiejąc, że sam jesteś sytuacją.

Sierpień 2014

Napisałbym, gdybym potrafił, powieść. Dołujące story wyprane z nadziei, tekst o rozczarowaniu. Nie napiszę, ponieważ nie potrafię się na dłużej zaangażować, mnie stać, co najwyżej, na krótkie seanse wiwisekcyjne.

Filozofowie starożytności wzbudzają zazdrość. Czytam jak wielki bohater Homera Odyseusz oszukał Cyklopa. Powiedział mu, że jest Nikim i Cyklop uwierzył. Ale kiedy zaczął wołać o pomoc, napotkał ciszę. I słusznie, jak pomagać komuś, kto jest Nikim? Bardzo trudno skupić uwagę na Niczym, sprytny Odyseusz pokonał prostego Cyklopa i prześlizgnął się dalej. Oto ściśnięte do objętości kapsułki dzieje człowieka. Istoty, która od swego poczęcia czerpie energię z napięć.

Powieść nosiłaby tytuł „NIKT” i opisywała, co powyżej, słowami ciężkimi, kanciastymi, twardymi. Słowa łączyłyby się z sobą, biły, wiły, spajały i uginały pod ciężarem zdań. Jedne dialogi ciągnęłyby się długimi stronnicami, inne natychmiast umierałyby, jeszcze inne dokonywałyby samogwałtu.

Książka dyszałaby, sapała, migotała, odmieniała siebie przez przypadki, markowała protesty i niechęć do tego, czym się powinna żywić, do ładu, miłości, do pięknej metafory. Powielałaby w nieskończoność i maglowała istnienie oraz nieistnienie Boga i Nieboga, upajałaby się fascynujący ciężarem Niczego.

Mówię powoli, pisałbym, bo mówię bez słów, mam dość słów. Czy kiedykolwiek powiedziały coś sensownego? Słowa karzą tylko otwierać się ustom i gwałcą porządek świata dwulicowymi dźwiękami, ponieważ wierzą, że są jedynym sposobem na utrzymanie strachu w szachu.

Powieść „Nikt” byłaby przymocowana do melancholii i przygnębienia, do posępnej ponurości i podejrzliwości, do niewiary w słowa i opierałaby się na paradoksie, bowiem ogólnie wiadomo, że istnienie człowieka opiera się na wymyślaniu, spajaniu, łączeniu, przyswajaniu i dopasowywaniu słów nowych do słów starych. „Milcz. Bądź tym, co mówi Nic. Bądź Bogiem”. Tak brzmiałyby ostatnie słowa książki.

Rok 2000

Zajmowanie się literaturą jest rodzajem fechtunku, talentem ułatwiającym mierzenie pauz między transformacjami, orężem przydatnym do obrony przed unicestwieniem.

Słowa tworzą sensy, ale będąc związane z ruchem, z podróżą, zaraz znikają i biegną do innych czasów i lasów, innych warstw wrażliwości. Są w wiecznym ruchu poszukując nowych i nowych sensów.

Literatura nie zgłębiła jeszcze istoty rzeczy, praźródła, nie zna odpowiedzi na pytanie – Kto zarządza? Ale trzeba przyznać, że się stara poznać.

Czy literatura ma prawo nazywać siebie piękną? W gruncie rzeczy jest natarczywa i podkreśla stale swoją wielkość. Żąda Pegaza, a wszystko, co potrafi, to obiecywać piękną śmierć. Umrę jak ten, który żył. Pisze poeta.

Umrzeć, jako ktoś inny? Nonsens, czy kokieteria? Niemożliwe doświadczać siebie w taki sposób! Nieprawda, słowo może wiele. Umie samo siebie doprowadzić do końca i więcej nawet, potrafi umożliwić śmierci oddychanie człowiekiem, uczynić prawdą z: Niech umarli mówią.

Mam wielkie szczęście. Stworzono mi warunki i pozwolono zostać wolnym strzelcem. Jestem wszechstronnie związany z psyche i soma (z akcentem na pierwsze). Mam refleksyjny stosunek do życia oraz zachowałem ciekawość małego dziecka, ponieważ nie opuszcza mnie radość, kiedy przyglądam się, jak kabel odkurzacza sam siebie wciąga.

2014, listopad

Powiew wiatru uchylił drzwi wprowadzając w drżenie listki róż, które otrzymał wczorajszego wieczoru i nie zapomniał wstawić do wazonu. Zafalowały lekko firanki i wydawało mu się, że słyszy nadbiegający zza wrzosowych pagórków poszum morza.

Ale nie, to szumiało mu w głowie. Miał wrażenie, jakby miał ktoś wmontował mu w głowę wentylator, szumiący nieustannie od skroni do skroni. To trwało już tak długo, że nieomal przestał już ten wieczny szum słyszeć.

Właściwie wszystko można nazwać różnie, albo nie nazywać wcale. Myśl ta zastanowiła go na moment, ale wzruszył ramionami i odstawił parasol w kącie przy drzwiach. Wyobraźnia robi to po swojemu, świadomość po swojemu, i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ten szum, ten stale obecny i ciągle identyczny szum. Potrafił tylko się nasilać albo przygasać. Był jak poszum łabędzich skrzydeł, gdy lądują na spokojnej tafli jeziora, i spłoszone nagle podrywają się do lotu.

Szum cichł i wzmacniał się rytmicznie, podobny odgłosom, jakie wydawała stara i stękająca z wysiłku lokomotywa, gdy mozolnie toczyła się każdego popołudnia między pagórkami. Ów szum przypominał trochę wiatr potrącający rosnącymi przy brzegu trzcinami, które miękko kładły jesienny dywan różnobarwnych liści. Zamącał nimi, aby zaraz ześlizgnąć się w dół, przyspieszyć i zbierać przybrzeżne trzciny w wiązki.

Przyglądając się uważnie, można było po ruchu trzcin określić siłę wiatru. Gdy nadlatywał, kładł trzciny równym ściegiem, aby zaraz przenieść do następnej kępy. Podobnie postępował z łanami zbóż i polanami traw, ale w gniewie radził sobie nawet z drzewami. Pomiędzy kępami było gdzieś trzy lub cztery metry odległości, a wiatrowi zabierało to mniej więcej sekundę.

Wszystko to oddalone było, o co najmniej sto metrów, więc szumu, jaki powodował wiatr, nie mógł było usłyszeć. A szumiało, jednostajnie szumiało wewnątrz głowy.

Gdzieś w połowie nocy albo trochę później, wiatr przycichł i zmienił kierunek. Parę godzin wypoczywał wśród wrzosów, a gdy się obudził stanąć rześko na nogi, przełożył ster bardziej na południowy wschód i dmuchnął wyspie na pobudkę.

Kim był Kaznodzieja i skąd pochodził mieszkańcy wrzosów nie wiedzieli, ale najważniejsze dla nich było, że się pojawił. Przybył i nauczał, iż wiatr jest bezdomny, więc nie ma, co się dziwić, że prowadzi życie wysoce niezorganizowane. Nie to, co on, Kaznodzieja, gdyż będąc nim wie wszystko nawet o najmniejszym Wszystkim.

Wiatr kręci się chaotycznie wokół. Tu przycupnął, tam niespodzianie zadmuchał, ówdzie przyspieszył, zakręcił tumanami malutkich wirów plażę, i zaraz popędził w pagórki, by niespodzianie zawróci do brzeg i pomarszczyć wodę. Cóż w tym nadzwyczajnego? Kaznodzieja uśmiechał się dobrotliwie. Wiatr tak ma! Prawdę mówiąc dla wielu ludzi nie ma to najmniejszego znaczenia – wieje czy też nie wieje, ale dla poetów ma i to wielkie.

Kaznodzieja patrzył dłuższą chwilę w milczeniu. Potem uniósł głowę i począł głosić: Obiecuję wam! Obiecuję, że niedługo śladem poetów sam napiszę wiersz! Wiersz będzie dla was i o was, ale to nie nastąpi w najbliższym czasie.

Napiszę wiersz i odczytam go pod promieniami słońca. O czym będzie dziś wam nie powiem, ale jedno mogę obiecać: Będę pisał o radości, wesołości, nadziei. A kto wie, może i o szczęściu coś skrobnę? Ubrałem się na Kaznodzieję, taka zabawa.

2009. 30 maj

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar