WYWIADY: Swedish dreams

Nowa Gazeta Polska rozmawia z mieszkającą w Sztokholmie Daną Rechowicz.

NGP: – Każdy z nas mieszkając poza Polską stara się w jakiś sposób określić – czy ty czujesz się emigrantką?

DR: – Trudno powiedzieć, bo w zasadzie już dłuższy czas swojego życia mieszkam w Szwecji niż mieszkałam w Polsce. Ja mam uczucie, że bardzo dobrze zaadaptowałam się w Szwecji: i pod względem językowym i pracy zawodowej. Dla mnie model życia w innym kraju to przyjęcie tej kultury z całkowitym zachowaniem własnej mentalności i tradycji kraju rodzinnego. Czerpię ze Szwecji to co jest tutaj najlepsze. Dzięki takiemu modelowi życia można się po prostu wzbogacić, nie naruszając tym samym własnej mentalności.

NGP: – W czym najbardziej wzbogacił cię ten pobyt w Szwecji?

DR: – Warto podkreślić, że w moim wypadku nie była to emigracja z wyboru, ale emigracja z przypadku. Gdy tutaj przyjechałam, po prostu musiałam znaleźć się w tych warunkach. To nie było tak, jak w przypadku tych którzy mają swój american dreams. Każdy reaguje inaczej. Jeśli się jest malkontentem, a w swoim życiu i otoczeniu widzi ciągle coś negatywnego, to bez względu na to gdzie taka osoba się znajdzie, będzie takim samym malkontentem. Jeżeli ktoś ma pozytywne podejście do ludzi i życia, to jest mu o wiele łatwiej zaadaptować się. Ja mam tę przewagę, że mam duże zdolności językowe i łatwo było mi opanować nowy język. Dzięki temu mogłam bardziej zbliżyć się do kultury szwedzkiej, a bez języka jest to zupełnie niemożliwe. To jest podstawa do wszystkiego.

NGP: – Można jednak odnieść wrażenie, że jednak otaczają nas przede wszystkim malkontenci. Nie drażni cię to?

DR: – Ja patrzę na to z dystansem, dlatego że to być może jest taka nasza narodowa wada, że lubimy krytykować, lubimy być najmądrzejsi i wydaje nam się, że wiem wszystko najlepiej. Trzeba dystansu do życia, chociaż trzeba mieć własną integralność. Ale co jest śmieszne: ci Polacy, którzy tutaj tak narzekają na Szwecję, gdy jadą do Polski na wakacje, to w tym momencie zaczynają mówić: „u nas w Szwecji”… Wtedy narzekają na polską biurokrację, na to wszystko co im się w Polsce nie podoba. A przecież nie trzeba się identyfikować ze Szwedami, by tutaj żyć normalnie i czuć się dobrze. To poczucie nosimy w sobie: człowiek nie jest szczęśliwy tylko wted gdy umożliwia mu to sytuacja zewnętrzna  – przecież ktoś może siedzieć na górze złota i być nadal nieszczęśliwym. A można znaleźć szczęście siedząc na dziadowskim krześle. To jest kwestia filozofii życiowej i myślę, że wszyscy malkontenci powinni zwrócić się do swojego wnętrza, by znaleźć jakieś swoje miejsce na ziemi.

NGP: – Jak reagujesz na takie pojęcia jak „asymilacja”, „integracja”…

DR: – Czasami są to po prostu puste słowa. Niestety. Politycy nie zdają sobie sprawy, że ten model na pewno nie sprawdzi się. To tylko hasła, które deklamuje się przy okazji wyborów. Ja myślę, że to przede wszystkim zależy od jednostek.

NGP: – Należysz do Klubu Kobiet Sukcesu. Rozumiem, że czujesz się osobą, która odniosła sukces?

DR: – Myślę, że tak. Miałam to ogromne szczęście, że szukając wiele, wiele lat temu pracy, trafiłam do jednego z najbardziej znanych wydawnictw szwedzkich. Często jest tak, że trzeba w odpowiednim momencie znaleźć się w odpowiednim miejscu. Ja akurat otworzyłam gazetę i znalazłam ogłoszenie, że szukają tam pracownika. Złożyłam papiery, poszłam na rozmowę i dostałam pracę. Tam spotykałam wielokrotnie m.in. Astrid Lindgren, która zawsze była dla mnie postacią wyjątkową. Ale nie chodzi tylko o konkretnych ludzi. Raczej o to, że przebywa się w takim a nie innym środowisku. Gdy mam zlecenie zrobienia afiszu książki Enqvista, który zdobył Nagrodę Augusta, to po prostu znajduję przyjemność w takiej pracy.

NGP: – Pracowałaś później w innym wydawnictwie, czy nadal zajmujesz się literaturą dziecięcą?

DR: – Byłam redaktorem w dziale marketingu i reklamy wydawnictwa Nordstedt, zajmując się głównie literaturą dla dorosłych. Ale oczywiście, ta praca z literaturą dla dzieci to bardzo ważny etap w moim życiu. To datuje się w zasadzie od mojego dzieciństwa. Ja wychowałam się na książkach. Jak poszłam w wieku 6 lat do szkoły, to już umiałam czytać. Do dzisiaj pamiętam wiele wierszy z czasów dzieciństwa. Uczyłam się ich mając 6 lat. Mam wrażenie, że zachowałam w sobie taką radość dziecka w odkrywaniu świata, tekstów i potrafię wczuć się w inne teksty. To mnie bardzo wzbogaca.

NGP: – Kiedyś wielu z nas jako dzieci czytało książki nocami pod kołdrą przy latarce. Czy dzisiaj dzieci czytają tak nadal?

DR: – Myślę, że znowu tak. Po tym okresie, gdy komputery i gry komputerowe przysłoniły inne doznania, teraz znowu obserwuje się wzrost czytelnictwa zwłaszcza wśród dzieci. Tak przynajmniej można wywnioskować ze statystyk publikowanych w Szwecji.

NGP: – Twoja przygoda z książkami zaczęła się w dzieciństwie, a kiedy zaczęła się twoja przygoda z własną poezją?

DR: – Wiersze pisałam od dawna, ale do szuflady. Ja nigdy nie dążyłam do tego by wydać własny tomik wierszy, nie jestem tego typu osobą. Po prostu na różnych spotkaniach, wieczorach poezji kobiecej, gdy czytałam wiersze wielkich polskich poetek, m.in. Szymborskiej i Poświatowskiej, przeczytałam parę własnych wierszy i zauważyłam z reakcji publiczności, że one po prostu „przemawiały”. Podchodziły do mnie panie i mówiły: „To tak jakbym czytała sama o sobie, jak wracałam z randki to właśnie tak się czułam, jak pani opisała. Jak pani to wspaniale ujęła”. Inna starsza pani prosiła bym jej dała kopie wierszy: „To jest moje życie, ja będę je wieczorami czytała mojemu mężowi, może coś do niego trafi”. Ja opowiadam to już jako anegdotę, o małżeństwie starszych ludzi, którym wiersz bardzo pomógł. Ludzie w długich związkach stają się ślepi na siebie, na własne reakcje, na to że ciągle powtarzają te same schematy.

NGP: – Można zatem powiedzieć, że to twój kolejny sukces. Zwłaszcza, że wydanie tomiku poprzedziło uzyskanie pierwszego miejsca w konkursie literackim, który zorganizowało tutejsze Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Szwecji.

DR: – Gdy człowiek jest spełniony w swoich ambicjach zawodowych, lubi to i kocha, to pewnie będzie miał poczucie sukcesu. A gdy jeszcze potrafi to przełożyć na swoje zainteresowania pozazawodowe, to czego można wymagać więcej? Wiersze są moją potrzebą ducha. Wiersze rodzą się wtedy, gdy człowiek coś przeżywa głęboko. To kwestia smutku i radości, to emocje, które są tak głębokie, że potrzebują jakiegoś przełożenia. I takie są właśnie moje wiersze.

Wywiad publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w marcu 2005 roku

Lämna ett svar