ZYGMUNT BARCZYK: Nordyckość kiedy najlepsza. „Rites” Jana Garbarka

Jest rok 1961, miasteczko Mysen na południu Norwegii. W miejscowym radio dobiega końca audycja „Jazz hour”. 14-letni Jan wrócił właśnie do domu, włączył odbiornik. Ten moment zapamięta do końca życia.

Po latach powie, że to były jego drugie narodziny. Pierwszy raz wtedy usłyszał giganta jazzu Johna Coltrane’a. W jednej chwili postanowił zostać muzykiem, saksofonistą, choć dotąd nie grał na żadnym instrumencie. Wskutek tej decyzji, a głównie dzięki intensywnym wieloletnim ćwiczeniom, pojawił się artysta niezwykły.

Grę Jana Garbarka rozpoznaje się natychmiast pośród nagrań tysięcy innych saksofonistów. Ów 70 letni dziś artysta, urodzony i wychowany w Norwegii, syn Norweżki i polskiego emigranta wojennego, dodał do skarbnicy muzyki tyle wartości, nagrał tyle płyt, że spokojnie można go wpisać na listę dziedzictwa kultury UNESCO za zasługi dla poszerzania wyobraźni i pogłębiania wrażliwości. Pośród licznych eksperymentów artystycznych zwraca uwagę wspaniały nordycki rys we wszystkim, co gra.

Usłyszałem Garbarka po raz pierwszy w Warszawie w 1973 roku podczas Jazz Jamboree. To była „noc odlotów”. Młody muzyk zaczarował słuchaczy frazowaniem pozbawionym niepotrzebnych ozdobników, klarownym i subtelnym zarazem dźwiękiem saksofonu. Okazało się, że i dla niego był to ważny wieczór. Grając jamowo z Bobo Stensonem, Palle Danielssonem i Jon Christensenem dołączył nazajutrz do ich tria, by wkrótce potem nagrać z nimi kultową płytę „Witchi-tai-tu” (nagranie ECM; 1973).

Ćwierć wieku później usłyszałem go w Engel-brektskyrkan w Sztokholmie. Dawał wówczas koncert w towarzystwie kwartetu wokalnego Hilliard Ensamble. I znów potężne przeżycie. Śpiewacy rozstawieni w różnych punktach kościoła, mistrz pod ołtarzem. Granie bez nagłośnienia. Tym razem religijna w wyrazie muzyka oparta na średniowiecznej stylistyce. To „Mnemosyne”, znane z płyty o tej samej nazwie (nagranie ECM, 1999).

Parabola zakreślona nad tym ćwierćwieczem nie tyle mówi o ewolucji muzyki Garbarka, co o jego niezmiennej otwartości na różne nurty i stałej gotowości do podejmowania nowych wyzwań. Grał wspaniałe rzeczy z Keith Jarrettem. Fascynował się folkiem, muzyką świata, grając z Fateh Ali Khanem czy z Anouar Brahemem. Inspirował się muzyką średniowieczną grając z Hilliard Ensamble. Grał jednak przede wszystkim jazz. Była to zawsze wysublimowana, europejska odmiana art music. Prowadził tria z Edwardem Vesalą i Arildem Andersenem, razem z trójką Stenson/Daniellson/ Christiansen tworzył jeden z ważniejszych nowoczesnych jazzowych ansambli. Był też jednym z pionierów ambient jazz.

Jego proste z pozoru frazy, precyzyjny w modulacji dźwięk saksofonu altowego i tenorowego, nieco ceremonialny ton, natychmiast rozpoznawalny pośród innych, tworzą to, co jest jego osobistą muzyką mimo grania w różnych stylach odwołujących się do egzotycznych tradycji. Prostolinijność i głębia przekazu, melancholijność, ale i podniosłość frazy, składają się na krystaliczną nordyckość jego muzycznego wyrazu. Przenika ona wszystko co gra, nawet kiedy tworzy muzykami z innych kontynentów.

Mam swoje ulubione płyty Garbarka: „Belonging” „My song” i „Arbour Zena” wszystkie nagrane z Keith Jarrettem; „Twelve moons” z m.in. Marie Boi-ne i Eberhardem Weberem, „Officium” z Hilliard Ensamble. Najchętniej jednak sięgam po „In Praise of Dreams” (ECM, 2004). Liryczna rozmowa saksofonu ze skrzypcami Kim Kashkashian i z perskusją Manu Katche pozostają w dyskografii Garbarka czymś wyjątkowym. Oryginalność brzmienia, potoczystość melodii, windują subtelność muzycznego nastroju do poziomu maestrii.

Zanurzał się rzecz jasna i w stricte pojmowanej spuściźnie skandynawskiej. Weźmy dla przykładu jego płyty: „Dis”, „Twelve moons”. Dla mnie wyjątkowym przeżyciem cudownej w swym wyrazie nordyckości jego muzyki jest dwupłytowy album „Rites”. Nagrany przez wytwornię ECM w marcu 1998 roku odwołuje się do „obrzędu przejścia”, znaczonego magią i archaicznością, mimo nowoczesnej aranżacji. Kompozycje pomieszczone na pierwszym dysku – dzięki zmiennej, „skandowanej” melodii, wzbogaconej jeszcze wielością perkusyjnych i keyboardowych ozdobników, wsysają słuchacza w sakralną niemal przestrzeń wyczarowaną płomienną i wzniosłą grą saksofonów Garbarka, kosmicznym brzmieniem keybordów Rainera Bruninghausa, intensywną pulsacją, którą Marylin Mazur nadaje muzyce na instrumentach perkusyjnych i formatującym całość brzmieniem kontrabasu Eberharda Webera. Na drugim dysku znajdujemy tańce, utwory gospel, pieśni procesyjne, festiwalowe walce. Muzyka jest mieszanką wielu nastrojów: modlitwy, kontemplacji i smutku, ale i funkowej transkrypcji muzyki związanej z rytuałami i odświętnością.

„Rites” niesie sobą to, co Garbarek przekazuje nam niemal na wszystkich swoich płytach: pochwałę frazy strzelistej, jaką z pokusy zdążania ku świętości podejmuje się podczas żarliwego śpiewania pieśni religijnych.

Zygmunt Barczyk

Foto: Wikipedia

Lämna ett svar