ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Rozpadliny (2)

Doszło do tego, że kawałki literackie o sensie życia poczęły, jak jakie monstra, pożerać się nawzajem i zagarnęły mnie, ich twórcę. Gdybym wypowiedział tę frazę publicznie, zabrzmiałoby jak mizdrzenie się hipochondryka a jest to najprawdziwsza prawda. Potwór przeżuwa, łyka i rozgląda się, co by tu jeszcze.

Wyzwolenie jest możliwe, łatwe nawet. Wiem, bo czytam mędrców i strategów. Wystarczy włączyć prawdomówność. Tylko prawdomówni nie tracą równowagi! Nie negocjacyjne ceny, nie kompromisy, nie nagrody, laury, stanowiska – prawdomówność!

Czuję instynktownie, że monstrum zbliża się, dlatego bronię prawdomówności jak życia, bo nie mam innych szańców. Gdybym ją utracił, zostanę poćwiartowany i zjedzony szybciej niż zdołałbym policzyć do siedmiu.

Prawdomówność i dystans do siebie. Miej dystans do siebie, a ludzie wartościowi to zauważą i będziesz miał ich respekt. Ludzie wartościowi! Tylko ci się liczą.

Parę godzin później

 

Brodzę unurzany we wspomnienia po szyję i lustruję moje kompleksy. Wydobywam na powierzchnię bojaźń podszytą zazdrością, grzecznościowe pytania, fałszywe odpowiedzi. Lawa ma to do siebie, że spływa z każdą minutą wolniej, więc jeśli się przetrzyma pierwsze siedemdziesiąt lat, ucieczka ma szanse powodzenia.

W radiu jakiś Szwed śpiewa ”Kiedy życie będzie wspaniałe?” I sam sobie odpowiada, że przecież życie właśnie takie jest, wspaniałe. Głąb! Albowiem w dzisiejszych czasach tylko głąb ma dobre samopoczucie.

Idę do kuchni, wracam z baniakiem kawy i przyglądam się srokom. Poruszają się sztywno, jak mechaniczne zabawki. Ptaki tak mają.

Ma rację śpiewak, życie jest wspaniałe. Chowanie durnego łba między durne ramiona nie ma sensu! Czy warto się tak bez sensu upierać? Przy czym? Przy wszystkim! Przynajmniej jednego zdążyłem się nauczyć, że droga do siebie biegnie z oddali. Pisz, pisz, stale pisz! Codziennie! Pisz i nie trać nadziei, że dodłubiesz się w końcu do tego to, co najważniejsze, zanim wysiądziesz przed bramą swojego Jurassic Park.

Na patelni skwierczą dwa jajka. Usz! Dotknąłem rozgrzanego metalu i wsadziłem palec w usta. Bez sensu, życie nie polega na lizaniu ran!

Jem, obserwuję szpaki, i notuję:

/1/ Życie uczy, iż najcenniejsze wybaczenie następuje wtedy, kiedy nie jest możliwe. Wybaczać należy spontanicznie, bez ukrytych myśli, bez wyrachowanego pojednania, bez fałszywej zgody, po prostu bez myślenia.

/2/ Życie uczy jak oczyszczać rany i jak pilnować blizn. Durnie czerpią zadowolenie z walenia się po mordach na meczach futbolowych. Najlepszym na nich sposobem byłoby przywiązać każdego z osobna do palika, bowiem pozbawiony swobody ruchu prymityw traci tupet i siedzi cicho.

Kiedyś, dobrze to pamiętam, zaczęły nagle zapalać się światła. Włączały się jasne i piękne. Wydawało mi się, właściwie byłem pewien, że płoną tylko dla mnie, są po to by leczyć moje słabości. Gdy sobie to uzmysłowiłem pojąłem, że nie jestem sam, że dam sobie radę ze wszystkim, że będę wybaczał, wybaczał, wybaczał i nic na tym sam nie stracę, i że nie obchodzi mnie, iż wybaczający często przegrywa.

Monstrum należy kochać jak siebie. Całe życie nie odczuwałem chłodu. Zawsze mi ciepło, mógłbym sypiać siedząc w wannie pełnej zimnej wody.

Jeszcze później

 

Godzina siedemnasta. Zamknąłem drzwi i wyszedłem z domu. Dwa światy, jak dwie stalowe płyty zachodziły na siebie z chrzęstem. Wyglądało na to, że dzieje się coś definitywnego, bo kasjerzy zaprzestali wypłacania dywidend. Wydawali jedynie czeki podróżne, ale i to nie każdemu, tylko tym, co pokazali promesę.

Przybysze stali na uboczu. Ukryci za ogromnymi okularami rozglądali się wokół pochrząkując, co musiało być ich językiem. Wybiła siedemnasta i nikt prócz Przybyszów nie zdawał sobie sprawy, że osiemnastej już nigdy nie będzie. Doprawdy osobliwy żart czasu. Nie będzie żadnych wtorków, weekendów, żadnych minut, bzdurnych chorób, szalonych gwarancji, przypadkowych prezydentów. Oddechów też nie będzie.

Nieświadom, co go czeka tłum spoglądał niespokojnymi tysiącami oczu. Tłum wypełniający halę był mi obcy. Mogłem w każdej chwili wyjść z ich życia, ale powstrzymywała mnie ciekawość i podziw dla ich zbiorowej dzielności. Życie nie zapewniło im bezpieczeństwa, ale cierpliwie czekali.

Nie musiałem dzielił ich niepokoju i oni to czuli. Za długo byłem między nimi, zdecydowanie za długo! Czułem podziw i kochałem ich, ale proces ruszył i nie mogłem nic dla nich zrobić. Może to i dobrze, że nie wiedzą? Zachodzące na siebie płyty światów to nie bagatela!

Czy ja już powiedziałem, że jestem aniołem? Paradoks tkwił w tym, że wprawdzie uświadamiałem sobie nieuchronność zdarzeń, czułem się za nich w jakimś sensie odpowiedzialny. To wszystko działo się stanowczo zbyt blisko skóry. W niczym nie pomagała mi świadomość, że mam anielską powłokę i może mnie to wszystko guzik obchodzić. Zdecydowanie za długo dzieliłem z nimi życie!

Ciągle napływali nowi ludzie z promesami w rękach i ustawali w bezsensownej kolejce. Paniusia, przysadzista jak pewien gatunek gołębi, pytała, co należy zrobić, kiedy się zgubiło promesę, potężny jak kulomiot brodacz pragnął podać na tamtą stronę arcyważny list, który wyjaśni wszystko, rozdzierająco krzyczało dziecko.

Przyglądał się chwilę niekończącej się kolejce, westchnąłem, pchnąłem drzwi i udając, że nie słyszę ani widzę, szedłem w kierunku rzędu staroświeckich kabin telefonicznych, przeprowadzany wzrokiem niespokojnych oczu. Miałem zamiar zatelefonować i uprzedzić, bezczynność obciążała mi sumienie. Ruszyłem i zaraz zawróciłem, pojmując bezsens takiego kroku. Następnie wszedłem do pustej kasy, otworzyłem sejf i wsypałem do torby wszystkie czeki podróżne, jakie znalazłem na półce. Miałem uczucie, że cały świat patrzy mi na ręce.

Zamknąłem sejf, znalazł karteczkę i pióro, siadłem i napisał wyraźnymi dużymi literami: Wybacz Panie, wiem, że to zwykłe świństwo. Niestety za długo byłem człowiekiem. Na kopertę spadła kropla potu.

Podniosłem się z krzesła. Nie czułem niepokoju ani wstydu, byłem wolny od poczucia winy. Przyszłość zaczynała się tu, na granicy światów a ja byłem, w przeciwieństwie do całej reszty ludzi tu zgromadzonych, wyjątkowo dobrze przygotowany.

Urzędujący przy celnej bramce Anioł uśmiechnął się i zawołał przyjaźnie:

– Zdążyłeś w ostatnim momencie, ale zdążyłeś! Masz zadanie na tamtą stronę? Tymi schodami wjedziesz na górę i skierujesz się w prawo. Tam będzie na ciebie czekało zlecenie. Przyjemnej podróży i owocnej pracy druhu!

Uśmiechnąłem się do funkcyjnego Anioła i zaprzeczyłem ruchem głowy:

– Dziękuję, ale jeszcze nie teraz bracie! Nie odchodzę! Mam tu jeszcze jedną spraw do załatwienia! Do zobaczenia!

Szedłem w kierunku tłumu a przed oczami przesuwała mu się fala wspomnień. Ludzie tasowali się na oświetlonej niespotykanymi barwami scenie, ukazywali się, nikli, gestykulowali i rozprawiali grając nieprzerwanie swój zawiły, trochę szaleńczy spektakl. Nie był to widok przykry, ale daleki od marzeń o spokojnym życiu. Patrzyłem na nich i pomyślałem, że oto świat stworzony z atomów sam ukróca swoje rozhukane szaleństwo, i wyszedłem.

Olbrzymia, cała skrząca się złotem sala. Wypełniały ją po brzegi złote posągi. Stały grupami, jak aktorzy na teatralnej scenie. Przyjrzał się im bliżej. To był prawdziwy teatr! Aktorzy grali komedię o zawiłej intrydze z miłością, sztyletem i trucizną w rolach głównych. Akcja toczyła się wokół stojącego pośrodku, złotego jak wszystko wokół, pomnika chińskiej roboty, przedstawiającego ogromną małpę. Aktorzy mówili swoje kwestie głośno i dobitnie, każde słowo brzmiało jak spiżowy dzwon i echo niosło je dostojnie, a one nie zlewały się w jedno, nie tracąc nic ze swych różnorodnych znaczeń.

Ukazała się kobieta z wężem w dłoni, ale szybko zamieniła się w rybę i zniknęła. Znikło w ogóle wszystko a w powstałej pustce pojawiła się czarna tablica z wypisanym na niej szeregiem cyfr. Przy tablicy stał śmierdzący czosnkiem i brudną bielizną nauczyciel arytmetyki i wołał głośno rozpaczliwym głosem powtarzając w kółko – Minus głupcze, minus! Po chwili i on zniknął a nadpłynęła wypełniona po obu stronach szpalerem brzydkich papieży ulica.

Czułem narastający z każdym krokiem lęk. Miałem świadomość, że raz wprawiony w ruch nie umiem się zatrzymać. Szedłem przed siebie a domy i papieże, jak na ruchomych chodnikach metra, pędziły mi na spotkanie.

Usłyszałem raptem: Minus głupcze! I zatrzymałem się zdumiony. Nigdzie nie widziałem zaniedbanego belfra, ale posłusznie zmieniłem minus na plus i szedłem dalej, pomimo opanowującego mnie coraz silniej, do mdłości, lęku.

Zobaczył mur. Długi mur, zza którego wyłaniały się wierzchołki sosnowego lasu. Z lasu wybiegł mężczyzna łudząco podobny do złotej małpy i gonił nauczyciela matematyki powiewającego brudną bielizną, na oczach szeregu papieży w rogatywkach.

Roześmiałem się głośno i zawstydzony zamilkłem. Papież to jednak papież. Znowu ukazała się scenę, ale aktorzy byli już inni i grali inną sztukę. Wszedłem między nich i powiedziałem cicho, ale tak, że wszyscy usłyszeli: Niebo splunął nam w twarz! Nie zrozumieli, więc powiedziałem głośniej, krzyknąłem: Bóg splunął nam w twarz! Wam też, wszystkim! Czy tego nie pojmujecie?

Aktorzy przerwali grę i spoglądali w milczeniu to na mnie, to na siebie. Nagle ktoś wybuchnął głośnym śmiechem i pociągnął za sobą resztę. Śmiali się wszyscy, za wyjątkiem złotej małpa, która powiedziała cicho, co zabrzmiało jak usprawiedliwienie – No tak to nie można!

Wówczas pojawiła się piękna kobieta w powabnym stroju, który raczej odkrywał niż zakrywał jej ciało. Siadła na skraju łóżka i zaczęła mnie całować, a ja gładziłem jej piersi. Odepchnęła moje ręce i powiedziała cicho – No tak to nie można. Nie posłuchałem. Moje rozbiegane ręce i niecierpliwe usta sięgały coraz głębiej, pod skórę, i kobieta poddała się.

Nagle znikło łóżko, kobieta, sosnowy las, papieże, nauczyciel i usłyszałem: Będzie trochę bolało, ale szybko minie! Zaraz potem dobiegł moich uszu tłusty mlask kółeczek szpitalnego łóżka, aktorzy zmaleli do kilku centymetrów, i powróciła kobieta. Miała wspaniałe uda i piękne dłonie. Bardzo pragnąłem się do niej zbliżyć, ale nie potrafiłem. Aktorzy głośno powtarzali swoje kwestie, a powietrze wypełnił stukot biegnących równymi szeregami papieży. Przez ten hałas nie usłyszałem nadejścia Boga. Postał chwilę przy łóżku i bez słowa odszedł.

Było mi bardzo przykro, że nie dowiedziałem się, co Bóg pragnął mi powiedzieć, ale nie to było najgorsze. Najgorsze w tym wszystkim, że Bóg mógł ów hałas lekko przerwać, ale tego nie uczynił. Mógł, a jeśli nie uczył, to pewnie miało być tak, jak było. Wtedy to przyszła mi do głowy niepokojąca myśl, że Bóg sobie ze mnie, w ogóle ze wszystkich, zadrwił.

Któregoś dania z końcem drugiego tysiąclecia

Andrzej Szmilichowski

Fragment ksiażki Andrzeja Szmilichowskiego ”… z wewnętrznej potrzeby”, która ukaże się niebawem nakladem krakowskiego wydawnictwa MINIATURA

Lämna ett svar