TERESA URBAN: Islomania

Podczas licznych podróży odwiedziliśmy wiele wysp od A (Antiqua) do Z (Zakhyntos). Ominęliśmy tylko jedną literę, U (Utöja), na szczęście. Grecki archipelag znamy najlepiej. Łatwiej mi wymienić te wyspy, na których nie byliśmy, bo jest ich dużo mniej.

Mykonos należący do grupy Cyklad jest dla mnie nie tylko najpiękniejszą grecką wyspą, ale i najpiękniejszym miejscem na świecie. Spędziliśmy tam zaledwie trzy dni i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Biel miasteczka i potężnych baszt wiatraków witająca przybysza przy wjeździe do portu, kontrastowała pięknie z błękitem morza i nieba. Widok ten podziałał jak balsam na mą duszę. W porcie właściciele pensjonatów i hoteli rzucili się na przybyszy prezentując fotografie pokoi i łazienek. Daliśmy się porwać jednemu z nich. Mikrobusik zawiózł nas do pensjonatu na peryferiach miasteczka.

Następnego poranka jedliśmy tam na tarasie, jako jedyni goście, najbardziej sielankowe śniadanie w życiu. Towarzystwa dotrzymywały nam dwa kotki i miniaturowy kogutek, a na pierwszym planie widać było zagrodę otoczoną bielonym murkiem, gdzie kicały stada króliczków dożywiane przez gospodarzy przejrzałymi brzoskwiniami. Żywiłam ogromną sympatię do tych stworzeń, ponieważ sami przez wiele lat hodowaliśmy króliczki jako zwierzątka domowe.

Poranki na Mykonos były ciche i spokojne. W drodze do miasteczka mijaliśmy piękną piaszczystą plażę jeszcze pustą o poranku za wyjątkiem człowieka z detektorem metalu szukającego zagubionych monet. Łagodne zbocze po drugiej stronie szosy bieliło się od prywatnych domostw i pensjonatów, a między nimi kryły się miniaturowe kościółki w gdzie indziej nie spotykanej ilości, niektóre tak małe, że dorosły człowiek nie zmieściłby się w środku bez schylania. Wyglądało na to, że każda rodzina ma własną kapliczkę.

Miasteczko budziło się powoli. Wąskie uliczki wybrukowane płaskimi kamieniami, każdy obwiedziony białą farbą, świeciły pustkami. Samotny sprzedawca na osiołku oferował mieszkańcom owoce i jarzyny. W centralnej części właściciele tawern ustawiali stoliki i krzesła. Przed jedną z nich spacerował pelikan, który użyczył jej nazwy. Podobno upodobał sobie to miejsce ze względu na dobre jedzenie. Turystów nie było jeszcze widać, wczasowicze odsypiali zarwane noce, a po późnym śniadaniu wyruszali na plaże, gdzie spędzali czas prawie do zmierzchu. Miasteczko ożywało po zachodzie słońca. W tawernach i barach trudno było o wolne miejsce. Wiekszość turystów stanowili „młodzi piękni” ludzie. W eleganckich butikach widziało się pary urodziwych młodzieńców lub grupki świetnie prezentujących się dziewcząt oglądających ze znawstwem markową odzież. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że na Mykonos zwykły przyjeżdżać stewardesy, podobno dlatego, że było to również ulubione miejsce gayów. Dziewczęta czuły się tam bezpiecznie nie będąc narażone na zaczepki natrętnych wielbicieli.

Następnego dnia postanowiliśmy wybrać się na plażę. Na te najbardziej atrakcyjne jeździło się łódkami. Na przystani, przy kupowaniu biletów, padło pytanie: „Gdzie chcecie jechać, na Paradiso czy na Super Paradiso?” Decyzja nie była trudna. Super Paradiso brzmiało bardziej ekskluzywnie. Łódka, po paru minutach jazdy, zatrzymała się przy pierwszej plaży, która okazała się plażą nudystów. Przyznam się, że lubię greckie plaże nudystów, ale te nieoficjalne z niewielka liczbą plażowiczów, leżących w dużej odległości od siebie, bez potrzeby kontaktu wzrokowego z innymi. Często spotyka się takie plaże na końcowym odcinku tzw plaży tekstylnej. Ciało opala się równo, nie trzeba przebierać się po kąpieli, próbować znaleźć miejsce, gdzie można rozwiesić mokry kostium, nie mówiąc już o uczuciu wolności, swobody i jedności z naturą, co chyba musieli odczuwać Adam i Ewa w raju zanim zgrzeszyli.

Plaża Paradiso okazała się dość zatłoczona, pomyśleliśmy z ulgą, że na Super Paradiso będzie pewnie mniej ludzi. Rzeczywiście, na następnej plaży nudystów było przestrzenniej, ale ku naszemu zdumienu miała ona wyłącznie męską klientelę. Wraz z inną „mieszaną” parą, która wysiadła razem z nami i wydawała się równie zaskoczona, rozłożyliśmy plażowe ręczniki nieco na uboczu. Mimo woli zostaliśmy zmuszeni do całodziennego oglądanie niesmacznego spektaklu, kiedy to młodzieńcy kładli się na brzuchach jeden na drugim tworząc ze swych ciał męską piramidę, lub czule namaszczali sobie kształtne pupki olejkiem do opalania. Łódka odebrała nas dopiero późnym popołudniem.

Tego dnia Małżonek miał urodziny i należało to uczcić specjalną kolacją. Większość tawern wyglądała podobnie, nawet ta z pelikanem różniła się od reszty tylko ptakiem. Wybór padł na Małą Wenecję. Domy, nieco barwniejsze niż w miasteczku, tworzą tam zanurzoną w morzu zwartą ścianę. Balkony wiszą tuż nad wodą. a wąziutkie pomosty ze stolikami restauracji przy wietrznej pogodzie oblewają morskie fale. Tego wieczoru morze było spokojne. Tam, przy krewetkach z grilla i białym winie ze zroszonego dzbanka, spędziliśmy urodzinowy wieczór. Światełka łódek rybackich w oddali zdawały się być odbiciem gwiazd przeglądających się w ciemnym lustrze wody, a dochodzące z daleka ledwo słyszalne dźwięki greckich melodii mieszały się z pluskiem fal.
Nie jestem miłośniczką muzyki ludowej ale do greckich melodii mam wielką słabość. Lubię skrzypce, lecz od rzępolenia na gęślikach dostaję gęsiej skórki. Podobnie jest z harmonią. Jako akompaniament toleruję ją wyłącznie we francuskich walczykach mussette i rosyjskich wojskowych piosenkach. Polskich przyśpiewek ludowych w wykonaniu folklorystycznych zespołów „Mazowsza” i „Śląska” , słucham z ogromną przyjemnością, natomiast wiejskie kapele przyprawiają mnie o dreszcz niechęci. Lubię tony gitar hawajskich i dźwięki peruwiańskich fletów, ale grecka muzyka wprawia mnie w stan bliski ekstazy. Gdy słyszę wibrujące tony bouzuki, czuję błogość połączoną z napływem sił witalnych, a taniec sitraki, w którym wprawdzie nigdy nie biorę udziału, ale z fascynacją obserwuję, jest dla mnie symbolem wspólnoty międzyludzkiej i radości życia. Zdarzało nam się czasem jadać w szpetnych greckich restauracjach przypominających hangary, oświetlonych zimnym światłem jarzeniówek. Ale przy pierwszych dźwiękach tańca Zorby wnętrze nabierało miękkości, światło stawało się przyjazne, a atmosfera ciepła i przyjemna.

Na Delos, niewielką wysepkę w pobliżu Mykons, jeździły motorowe łodzie. Wyspa była niezamieszkała, a atrakcję turystyczną stanowiły antyczne ruiny. Każdy szanujący się turysta z Mykonos robi wycieczke na Delos. Tak było i z nami. Charakterystyczna aleja z szeregiem marmurowych lwów siedzących na cokołach wzbudza niekłamany zachwyt. Poza terenem archeologicznym leżała kamienista plaża, którą mijaliśmy w drodze do przystani. Tam wśród szarych głazów błysnęło pod wodą coś białego. Był to kawałek marmuru z wyraźnymi śladami ręki ludzkiej, być może fragment antycznej rzeźby. Podłużne wyżłobienia mogły być fałdami greckiej togi, ale przypominały także coś, co oglądaliśmy przed chwilą. Niemal natychmiast uświadomiłam sobie, że wyglądały jak pazury na łapach marmurowych lwów. Nie było już czasu na sprawdzenie, czy któremuś z lwów nie brakuje łapy. Zaopiekowaliśmy się masywnym odłamkiem, mimo iż bardzo obciążył nasz podręczny bagaż.

Spędzając urlop na Eginie zabawiliśmy się powtórnie w archeologów amatorów. W drodze na plażę mijaliśmy wzgórze, gdzie prowadzone wykopaliska ujawniły resztki antycznej przeszłości. Teren ogrodzono i za niewielką opłatą udostępniono zwiedzającym jako rodzaj muzeum na świeżym powietrzu. Szosa wcinała się we wzgórze odsłaniając wnętrze stoku z jego zaskakującą zawartością, fragmentami antycznej ceramiki. Codziennie wracając z plaży przystawaliśmy tam i pierwszm lepszym kamieniem uwalnialiśmy odłamki tkwiące w wysuszonym zboczu. Niestety, nie udało się znaleźć kompletnego naczynia, ale gliniane okruchy miały ciekawe zdobienia w postaci ciemnych geometrycznych szlaczków. Zwiedzając muzeum archeologiczne na Eginie z satysfakcją stwierdziliśmy, że nasza kolekcja nie ustępuje zbiorom eksponowanym w muzealnej gablotce.

W drodze powrotnej z Delos, jak to często bywa w Grecji o tej porze roku, nagle zrobiło się wietrznie. Zacumowana łódź kołysała się mocno, a wzburzone morze, już nie błękitne ale szare, cięły białe grzwy fal. Powrót nie był przyjemny. Łódź twardo uderzała o fale, a bryzgi wody oblewały siedzących na dziobie pasażerów chroniących własnym ciałem torby i plecaki zgromadzone na dnie łodzi przed falami i wodą. Gdy nagły wstrząs zakołysał mocno łodzią i nowa struga wody przelała się do środka, jeden z pasażerów, być może archeolog, wypuścił z rąk plik notatek. Kilka kartek pofrunęło za burtę, reszta rozsypała się na dnie łodzi, a zapiski natychmiast zaczęły rozpływać się na wilgotnym papierze. Mężczyzna był zdruzgotany.

Nie planujemy ponownych odwiedzin na Mykonos. Nie chcemy niszczyć wspomnień.

Teresa Urban

Lämna ett svar