PORTRETY: Zofia Stadfors

W Londynie patrzono na nią z podziwem: nie tylko była aktywną działaczką emigracyjną i jedną z niewielu kobiet-delegatek Rządu RP na Uchodźstwie, ale także osobą o niezwykłej zdolności zjednywania sobie ludzi. Londyński „Dziennik Polski” pisał: „Rzeczywiście, trudno wyobrazić sobie, kobietę łagodnego usposobienia, która kieruje zarządem Głównym Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, do którego przede wszystkim należą mężczyźni”. Na te słowa Zofia Stadfors odpowiedziała: „Łagodność! Bo ja wiem? Jak ktoś mi nastąpi na odcisk, potrafię się także odpowiednio zachować”.

W jej życiorysie wiele jest rzeczy typowych dla tego pokolenia, ale i wiele niezwykłych, chociażby czas i okoliczności kiedy znalazła się w Szwecji. Zofia Stadfors (wówczas Zak) urodziła się w 1917 roku w Zawierciu. Na rok przed wojną znalazła się w Warszawie, gdzie przebywał jej ówczesny narzeczony, młody szwoleżer.

Do wybuchu wojny pracowała w kancelarii Związku Młodej Polski, później ewakuowana do Brześcia. Stamtąd przedostała się na Białoruś. Tam aresztowali ją Sowieci i zawieźli do Łucka do więzienia. Po paru miesiącach przewieziona została do innego więzienia w Kijowie, gdzie przeszła ciężkie przesłuchania. Potem był jeszcze Nowosybirsk, aż wreszcie została zwolniona z nakazem wyjazdu do Tomska. Wkrótce znalazła się w Buzułuku, w sztabie nowotworzonej polskiej armii generała Władysława Andersa. Wcielona została do oddziałów saperskich, później wraz z armią ewakuowana została do Persji. W Teheranie pracowała na poczcie polowej, gdzie cenzurowała żołnierskie listy. Tam też poznała swojego przyszłego męża, Szweda Einara, który pracował tam dla szwedzkiej firmy. Pobrali się w 1942 roku. Wychodząc za cudzoziemca musiała rzucić armię. W 1946 roku przyjechała wraz z mężem do Szwecji.

15 lutego 1955 roku przyjęta została do Stowarzyszenia Kombatantów Polskich. Wniosek podpisali ówczesny prezes SPK Jerzy Adamczyk i sekretarz Koła SPK Kazimiera Lenkszewicz. Wiele lat później, w 1983 roku, została prezesem krajowego oddziału SPK. Była jedną z niewielu kobiet, które piastowały podobną funkcję w tej zdominowanej przez mężczyzn organizacji. Pełniła zresztą wiele innych funkcji w organizacjach działających na terenie Szwecji, przez kilkanaście lat była wiceprzewodniczącą Rady Uchodźstwa Polskiego.

Właśnie dzięki tej działalności i zaangażowaniu w polskie sprawy, w 1987 roku została mianowana delegatem Rządu RP w Szwecji. Kulisy tej nominacji były dość zawiłe. Zofia Stadfors zastąpiła bowiem na tym stanowisku wieloletniego ministra pełnomocnego Rządu RP na Uchodźstwie Wiesława Patka, który sprawował tę funkcję od 1971 roku. Zmiana wiązała się pośrednio z wizytą w Sztokholmie rzecznika rządu PRL, Jerzego Urbana, na spotkanie z którym – bez wcześniejszej konsultacji z Londynem – poszedł min. Patek. W tamtych czasach – był rok 1987 – uznano to za błąd. Sprawę załatwiono dyplomatycznie: aby wyciszyć głosy krytyczne, Wiesław Patek został mianowany specjalnym ministrem pełnomocnym do spraw kontaktów z rządami państw bałtyckich (które miały swoje przedstawicielstwa w Szwecji), a na delegata rządu londyńskiego na terenie Szwecji postanowiono mianować kogoś innego. Wybór padł na Zofię Stadfors, chociaż rozważano także kandydaturę Romana Koby, późniejszego prezesa Kongresu Polaków w Szwecji.

11 listopada 1987 roku w Sztokholmie nominację wręczył jej ówczesny prezydent Kazimierz Sabbat. Decyzja Londynu spotkała się z dobrym przyjęciem w Szwecji, chociaż ze zrozumiałych względów były osoby, które z tej nominacji (na tę dość prestiżową funkcję) nie były zadowolone. Był to już jednak czas przełomu politycznego w Polsce. Stąd też misja Zofii Stadfors trwała zaledwie dwa lata. Po wyborach w 1989 i wyborze Lecha Wałęsy na Prezydenta RP, w 1991 na Zamku Królewskim w Warszawie nastąpiło uroczyste przekazanie insygniów władzy przez Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, legalnie już wybranemu Prezydentowi RP. Stadfors uczestniczyła w tej uroczystości.

Zofia Stadfors z gen. Andersem

Począwszy od roku 1955 aż do lat dziewięćdziesiątych, czyli ponad 35 lat, zaliczała się do najbardziej czynnych i oddanych działaczy niepodległościowych. A czasy nie były ani łatwe, ani nie pozbawione konfliktów. Praca społeczna wiązała się z olbrzymim poświęceniem. Jak wspomina Stadfors, która później pracował w biurze Rady Uchodźstwa Polskiego, często trzeba było pracować wieczorami, w soboty i niedziele. Ale wówczas nikt o tym nie myślał i nikt czasu nie liczył. Chodziło przecież o sprawy nadrzędne. We wspomnianym już wywiadzie dla „Dziennika Polskiego” mówiła:

Muszę przyznać, że będąc zaangażowana społecznie niejednokrotnie zaniedbywałam dom. Teraz, gdy patrzę na to z perspektywy, to chyba nie żałuję”.

Podobnie mówiła w wywiadzie udzielonym Andrzejowi Szmilichowskiemu (Relacje, grudzień 2001). Odpowiadając na pytanie, czy uważa swoje życie za spełnione, mówiła:

Chyba tak. Jako społecznik mogłam pewnie zrobi więcej, choć to co zrobiłam to też sporo. Finansowo nie, nie dorobiliśmy się z mężem niczego znaczącego”.

Jednak nie zaszczyty i sprawowane funkcje były dla niej najważniejsze. To wszystko przysłaniają wspomnienia z czasów wojny. Na pytanie co najbardziej sobie ceni w swojej działalności na rzecz Polski, po krótkim namyśle odpowiada:

Chyba pracę w Rosji, w sztabie Armii. To był trudny czas, ale jednocześnie po tych wszystkich strasznych przeżyciach, rodziła się nadzieja”.

Ci którzy z nią współpracowali przyznają, że dzięki swojej zdolności do kompromisu i łagodnemu charakterowi, potrafiła pogodzić się ze wszystkimi. Nikt więc nie dziwił się, że przez wiele lat była członkiem zarządów wielu organizacji, mimo iż zmieniali się prezesi, a kłótnie zniechęcały do działania. Być może dlatego, że w tym świecie „emigracyjnej polityki”, wówczas zdominowanym przez mężczyzn, potrafiła łagodzić obyczaje. Bo przecież wszyscy – jak często mówiła – pracowaliśmy dla jednej sprawy: niepodległości Polski.

Zmarła w Sztokholmie 16 sierpnia 2007 roku.

/NGP/

 

Lämna ett svar