ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Czy Pan z elity? Nie, z Wąchocka!

Jesteśmy z sobą tak długo jak sięgam pamięcią. Przez te wszystkie lata wyrobiłem w sobie dogłębny dla niej szacunek, mimo błędów i niedoskonałości, jakie popełniała i nadal popełnia. Pomimo tego, pomimo że myli się często w ocenach i wybiera pochopnie przyjaciół, podziwiam jej mądrość i zdecydowanie, bowiem gdy moja ojczyzna postanawia działać, staje się bezkompromisowa i groźna, co wielokrotnie już pokazała.

Wierzę w mądrość i czujność Polaków. Wierzę, że wyczuwają instynktownie moment, kiedy należy zacząć działać. Wierzę, że ta chwila nadejdzie i wierzę, że może być blisko. Może za pół roku, może za rok albo dwa, może niebawem, ale nadejdzie nieuniknienie, bo tak działa każdy organizm, gdy zagrożona staje się jego egzystencja.

Wierzę, że nadejdzie czas, gdy dobrze wykształceni na dobrych uczelniach ludzie podejmą zjednoczony wysiłek uczynienia Polski europejskim, w najlepszym rozumieniu tego słowa, krajem.

Czy dziś, gdy Polska po transformacji i trzydzieści lat wolna, jest lepiej? Bez żartów! Słyszy się z wielu stron, że pracę licencjacką napisałby i obronił średnio zdolny licealista. Na uczelniach, w bankach, rządzie, sejmie, senacie… you name it – sporo ludzi przeciętnych z tytułami profesorskimi.

To musi potrwać i droga niestety daleka. Bobruję w światowym rankingu – obejmującym tysiąc wyższych uczelni – w poszukiwaniu polskich i znajduję: Uniwersytet Warszawski – 260 miejsce, Jagiellonka – 381, Politechnika Warszawska – 576, krakowska AGH – 633, Politechnika Wrocławska – 844.

Dawno temu, jeszcze głęboko w peerelu, zastanawialiśmy się w gronie zaprzyjaźnionych osób, że w tym wszystkim musi tkwić jakiś feler. Mam na myśli tezę o „powszechnym wykształceniu”, bowiem co rusz spotykało się buca z wyższym wykształceniem. W PRLu tytuł magistra w niektórych społecznościach był jak ukończenie szkoły podstawowej, liczył się i wzbudzał respekt dopiero doktor. Nonsens w postaci powszechności „wyższego wykształcenia”, spowodował, że mieliśmy wysyp kołków z dyplomami ukończenia wyższych studiów i tytułami magistrów. Podobno nie ma nic gorszego, niż człowiek wykształcony ponad własną inteligencję.

Ukończeniem wyższej uczelni chełpili się ludzie, którzy „przed wojną” nie zdaliby matury. Wówczas matura to było „coś” i w rodzinie powód do dumy, magisterium świadczyło o wysokich kompetencjach zawodowych podpartych gruntownym wykształceniem, tytuł doktora oznaczał uzyskania miejsca w elicie nie tylko polskiej, europejskiej.

Kończę już, tylko sobie chwileczkę pomarzę. Wierzę w mądrość moich sztokholmskich i nie tylko przyjaciół i znajomych. Naturalnie mam na myśli tych drugich, wartość przyjaciół znam. Otwórzmy wszyscy oczy i otwórzmy je szeroko. Na nic nikogo nie próbuję namawiać, patrzmy tylko uważnie i oceniajmy obiektywnie, co się w Polsce dzieje. I nie traktujmy się nawzajem na boga w kategorii – wróg! Na szczerzenie zębów jeszcze nikt nie wygrał i świadczy o słabości.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar