Wyprzedaż autografów

„Alfredu Jesionu ot awtora – Josif Brodskij. 23 okt. 1989 g Stokgolm” – tak brzmiącą dedykację znalazłem w małym tomiku wierszy w niebieskiej okładce [1]. Rosyjski noblista wpisał ją dla byłego szefa wydziału rzeźby warszawskiej Akademii Szuk Pięknych Alfreda Jesiona. Poezje te wygrałem na książkowej ruletce, czyli na kiermaszu w Bibliotece Polskiej w Sztokholmie. Wyławiając je spośród śmieci, typu wspomnienia Adolfa Fiderkiewicza, książki Jerzego Putramenta i Władysława Machejka, wymieszanych równo z cennymi pracami Czesława Miłosza, Ryszarda Kapuścińskiego czy Juliana Tuwima.

Nie uważam się za rasowego bibliofila, nie wydaję zawrotnych sum na wymarzone białe kruki, ale równocześnie po prostu mam wiele książek, kupuję je dziesiątkami, setkami. Nigdy ich nie katalogowałem, nie liczyłem, ale nie ulega wątpliwości, że jest to ładnych kilkanaście tysięcy woluminów. Z coraz większym trudem staram się je upychać gdzie się da w domu i w galerii, niektóre trafiają nawet do piwnicznego czyśćca, skąd już pewnie nigdy nie powrócą, ale nie potrafię powstrzymać się od gromadzenia coraz to nowych (i starych, a ciekawych) tytułów. Lubię je mieć na własność, nie lubię pożyczać, ani wypożyczać.

W przeciwieństwie do pseudo-bibliofilów, jak na przykład znany pisarz Waldemar Łysiak, którzy księgi zbierają, ale ich nie czytają, ani chyba nawet nigdy nie otwierają (żeby się broń Boże nie zniszczyły) nie przywiązuję nadmiernej uwagi do ich wyglądu i czystości. Łysiak chlubi się tym, że dziewicze zachowanie wydanych przed laty tomów określa się na polskim rynku antykwarycznym mianem: „w stanie łysiakowym”! Mnie bardziej interesuje „stan wskazujący na czytanie”, oczywiście bez przesady –  typu plamy z jajecznicy, czy ślady kąpieli w wannie. Ale nie obrażam się, jeśli np. blok książki jest pęknięty – z tego prostego powodu, że ktoś ją przede mną dokładnie studiował, albo brakuje obwoluty. Lubię odnajdywać w książkach ślady jej losów, autografy, dedykacje autorów, dedykacje prywatne („Zosi miła koleżanka Ola”, „Lubemu Panu Kierownikowi pra-co-wniczki”), notatki na marginesach, stare pieczęcie biblioteczne, ekslibrisy.

Oczywiście najcenniejsze są wpisy autorów, albo innych osób związanych z wydaniem książki – tłumaczy, ilustratorów, albo czasem bohaterów publikacji, jeśli nie są ich autorami. I rzecz jasna, najbardziej lubię książki z dedykacją dla mnie. Cóż, nikt nie jest wolny od odrobiny próżności…

Lubię je, zwłaszcza jeśli są to dedykacje od przyjaciół, znajomych, czy w każdym razie od autorów w pełni świadomych komu i dlaczego książkę podpisują, a nie tylko wypełniających marketingową powinność na kiermaszu czy po wieczorze autorskim. Dedykacje z sympatii, wdzięczności, albo choćby z chęci podlizania się. Takich też nie brakuje w moich zbiorach. Ostatecznie byłem przez spory kawał czasu tzw. decydentem z branży kultury, czy też dziennikarzem wpływowych mediów.

Dlatego tak cenne są dla mnie wydawnictwa ze spontanicznymi, osobistymi, specjalnie ułożonymi dla mnie dedykacjami Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza, Józefa Hena, Hanny Krall, Rity Gombrowicz, ks. Stanisława Musiała, Michała Pawła Markowskiego, Antoniego Libery (tak, tak, to właśnie ci dwaj panowie publicznie się policzkowali, ale dalibóg, nie ja temu zawiniłem) oraz dziesiątek innych osób władających lepiej lub gorzej piórem jak np. Bronisław Wildstein czy Zygmunt Broniarek.

Szczególnie wzruszająca jest dedykacja z błędem, sporządzona jakby niewprawnym pismem sześciolatka – od najwybitniejszego szwedzkiego poety, noblisty, Tomasa Tranströmera, który po wylewie jest w znacznym stopniu sparaliżowany. Tranströmer, komunikujący się ze światem głównie przy pomocy swojej żony Moniki, był wielokrotnym gościem imprez organizowanych przeze mnie w Instytucie Polskim w Sztokholmie, ostatni raz był na wieczorze poświęconym pamięci swojego wielkiego przyjaciela – Czesława Miłosza. Podobny sentyment mam do autografu Astrid Lindgren, złożonego w chwili, gdy była już prawie niewidoma i ograniczała swoje dedykacje do samego podpisu.

Wróćmy jednak do Alfreda Jesiona. Wpisów dla niego zdobyłem od razu kilka. Niemal za bezcen.

Dwa razy w roku w OPON-ie organizowany jest kiermasz książek niechcianych. Za kilka koron można kupić wydawnictwa ofiarowane Bibliotece Polskiej na ogół przez spadkobierców wymierających już pokoleń imigrantów, tych chyba już ostatnich pokoleń uchodźców, w których bagażu nie mogło zabraknąć książek. Nawet jeśli wyjeżdżali jako ci, którym odmówiono prawa bycia Polakami, zabierali ze sobą całe polskojęzyczne księgozbiory, albo pojedyncze, najcenniejsze dla nich egzemplarze.

Dziś już nikt nie emigruje do Szwecji z książkami. Albo się ich nie czyta, albo łatwo kupuje przy pomocy internetu. Równocześnie w drugim, czy trzecim emigranckim pokoleniu mało kto zna polski na tyle dobrze, by oddawać się lekturze Sienkiewicza czy Gretkowskiej. Są to książki, których nie jest w stanie wchłonąć Biblioteka, a które, nawet jeśli nie wszystkie, warto ocalić przed wyrzuceniem do śmietnika.

Tak jak te, należące kiedyś do Alfreda Jesiona, rzeźbiarza, wykładowcy warszawskiej ASP, który największą sławę zdobył pomnikową… rekonstrukcją, ale za to pomnika świetnego. To Jesion, na podstawie zachowanych fragmentów oryginału, nielicznych fotografii i rysunków oraz siedemdziesięciocentymetrowego modelu przechowywanego w stołecznym Muzeum Narodowym odtworzył zniszczony i przetopiony przez hitlerowców Pomnik Lotnika (1932) w Warszawie, który wyszedł spod dłuta Edwarda Wittiga.

Pomnik był znakomitym, jednym z najlepszych w rzeźbie, przykładem polskiego art déco. Warto pamiętać, że na ten artystyczny fenomen jakim była nasza sztuka dekoracyjna, malarska i rzeźbiarska międzywojnia, oprócz walorów formalnych odwołujących się zarówno do klasycyzmu, secesji jak i kubizmu, składała się fascynacja postępami techniki, zwłaszcza lotnictwa.

Monument, pierwotnie usytuowany na Placu Unii Lubelskiej, odsłonięto ponownie po wojnie we wrześniu 1967 r., na rondzie przy zlocie ulic Żwirki i Wigury, Wawelskiej i Raszyńskiej, a już w półtora roku później prof. Jesion w charakterze marcowego emigranta trafił do Szwecji.

Przywiózł ze sobą wiele książek, nadal je kupował, dostawał w prezencie od przyjaciół oraz dawnych współpracowników. Zbudował bogaty księgozbiór poświęcony teorii i historii sztuki. Żadne tam popularne albumy, tylko najrzetelniejsza literatura przedmiotu. Dzięki temu dziesięć lat po jego śmierci stałem się właścicielem niedostępnych już niemal prac Władysława Strzemińskiego, Heleny Blum, Mieczysława Wallisa. I autografów, m.in. Igora Newerlego, Tomasza Ciecierskiego oraz wspomnianego na wstępie Brodskiego.

Nie wiem czy obaj panowie znali się lepiej, pewnie nie. W tomiku zachował się bilet ze spotkania autorskiego z poetą, które miało miejsce 23 października 1989 r.  o godz. 19.00 w sztokholmskim Kulturhuset i nalepka z księgarni, w której książkę kupiono. Nie wygląda ona też na specjalnie zaczytaną, nie wiem nawet, czy Jesion znał rosyjski.

Nie szkodzi, tym przyjemniej jest mi osobiście „rozdziewiczać” i „odłysiakowiać” ten tomik.

Piotr Cegielski

[1] Iosif Brodskij, Novye stansy k Avgustie, Ann Arbor 1988.

Alfred Jesion (1919 – 97). Urodził się w Płocku, gdzie ukończył Gimnazjum im. Wł. Jagiełły, rysunku, malarstwa i rzeźby uczył się u Czesława Idźkiewicza, znanego malarza płockiego. Talent odziedziczył po swym ojcu, rzeźbiarzu Hermanie Jesionie. Rzeźby wystawiał już przed wojną, w Klubie Artystycznym Płocczan. Po wojnie ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, od 1950 r. pozostał w Akademii jako wykładowca, następnie dziekan na wydziale rzeźby, a od 1968 r.  – kierownik Katedry rzeźby. Atmosfera w kraju po marcu 1968  zmusiła go do emigracji do Szwecji, gdzie do emerytury w 1985 r.  był wykładowcą na wydziale rzeźby w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Sztokholmie. Prace Jesiona znajdują się w Muzeum Narodowym i innych muzeach Warszawy: popiersie gen. Jarosława Dąbrowskiego, Władysława Broniewskiego, Fryderyka Chopina, cykl portretów kobiet w rzeźbie. Na emigracji stworzył cykle rzeźbiarskie poświęcone zagładzie Żydów – „Wypalone pnie”, „Paleni”, „Pod ciśnieniem”. Rzeźby te, zamknięte w odrealnionych symbolicznych formach, powstały w różnym materiale – od gliny i drzewa do granitu i brązu. Tworzył także nowe rzeźby portretowe, w tym popiersia szwedzkich laureatów Nagrody Nobla.
Tekst pochodzi z książki ”Spokojnie to tylko sztuka”, publikowany był także w NGP w 2014 roku

Lämna ett svar